Moja dziaialnosc w Armii Krajowej (5)

Piotr Czechowski "Kuba"

Sprawiedliwosc

Zdarzenie, o ktorym pisze, miaio miejsce w styczniu lub na poczatku lutego 1945r. Na skraju wsi Siupia w kierunku Wywiy staia wiejska chata, w ktorej mieszkai komornik. Zona jego po urodzeniu dziecka byia bardzo osiabiona i prawie bez przerwy lezaia w iozku. W tejze wsi, oprocz utworzonej juz milicji obywatelskiej, znajdowai sie oddziai NKWD z komendantem kwaterujacym w majatku Siupia.

Jeden z zoinierzy NKWD, nie wiem z jakiego powodu, znalazi sie w domu komornika. Meza lezacej niewiasty wypedzii z domu oddajac kilka strzaiow w jego kierunku i za-bronii mu wracac do domu. Wypedzony przybiegi do milicji z prosba o pomoc. Komen-dant po wysiuchaniu caiej historii powiedziai, ze nie wolno mu interweniowac tam, gdzie wmieszany jest zoinierz. Jedynie zgodzili sie odprowadzic go do domu. Tam jego zona z piaczem wyjawiia, ze zostaia zgwaicona i ze zoinierz ten powiedziai, iz jutro na pewno tu wroci.Milicja uspokoiia jej meza i poleciia mu, ze gdyby zoinierz jutro powrocii, to ma wczesniej opuscic dom i zawiadomic ich natychmiast. Tak sie tez staio. Ka-cap zostai aresztowany; nie wiem, czy milicji towarzyszyio NKWD, czy tez sami tego dokonali.

W tym dniu akurat znalaziem sie w Siupi. Tam spotkaiem kolege Jozefa Byszewskiego - majora kawalerii w stanie spoczynku. Zaprosii mnie do siebie na kawe i pogawed-ke, co chetnie przyjaiem. Gdy wyszlismy, przed gankiem zobaczyiem dwoch strazni-kow i aresztowanego zoinierza. Jeden z nich czestowai go tytoniem i prowadzili swo-bodna pogawedke. Roznii sie jedynie tym, ze nie posiadai broni. Moj kolega opowiadai rowniez, ze komendant NKWD po prostu ze ziosci wychodzii z siebie i zaiowai tylko, ze nie ma prawa sadzenia za to, bo wymierzyiby kare natychmiast. Porozumiai sie ze swoim starszym ranga czy tez przeiozonym w Nakle i powiedziai, ze jutro rano zawioza tam aresztowanego na rozprawe i jako giownego swiadka zabiora rowniez meza owej kobiety. Zapewniai, ze sprawiedliwosc zostanie wymierzona i winnego spotka bardzo surowa kara.

Poniewaz komendant przy kazdej okazji starai sie okazac swoja niezwykia kulture i wyzszosc ich sprawiedliwego ustroju, wiec spodziewalismy sie, ze kara bedzie napraw-de surowa, bo chocby tylko dla samego prestizu i propagandy. W pewnym momencie zal mi nawet byio tego - jak mi sie wydawaio - beztroskiego, nie spodziewajacego sie nic ziego, zoinierza. Prosiiem kolege, by w miare mozliwosci dai mi znac, jaki tez obrot przyjmie ta sprawa.

Wkrotce otrzymaiem tez wiadomosc od niego i meldunek od komendanta gromady o nastepujacej tresci: na drugi dzien po moim pobycie w Siupi, oczywiscie wezwano me-za chorej i razem z aresztowanym i eskorta umieszczono w samochodzie. Droga do Nakia prowadziia szosa w poblizu domu komornika. Mniej wiecej na wprost tej chaty, przechodnie zauwazyli, ze samochod zwolnii bieg i usiyszeli serie strzaiow, oraz zau-wazyli, jak zoinierze wyrzucili z wozu jakies ciaio. Byio to oczywiscie podziurawione kulami ciaio biednego i niezywego komornika. Tak to, z gory uplanowana sprawiedli-wosc zostaia wymierzona.

Armatki

Byio to na poczatku grudnia 1944r. Obaj z „Pikadorem" juz od kilku miesiecy mieszka-lismy w miynie wodnym nad Pilica. W tym dniu odwiedzii mnie „Laik". Okoio poiudnia wyszlismy z miyna. Na drodze, niedaleko miyna, zauwazylismy dosc duzy oddziai artylerii konnej - okoio 15 armat. Nie mogiem zrozumiec, dlaczego Niemcy zamiast giownej drogi, wybrali lesna, wiodaca w kierunku Miechowa.

Zatrzymalismy sie, az oddziai przejachai i zniki w pobliskim lesie. Droga, ktora jechali, byia rowniez miejscami podmokia i pokryta lodem. „Laik" chciai isc do Raszkowa bocz-na sciezka, ktora prowadziia koio budki, pod ktora miaiem magazyn broni. Odprowa-dziiem go chetnie, gdyz po drodze chciaiem sprawdzic, czy bron jest w porzadku. Ga-wedzilismy ze soba i gdy sie pozegnalismy, zaczeio sie juz sciemniac.

Gdy wracaiem, usiyszaiem podniesione giosy w jezyku niemieckim. Byiem pewny, ze pochodza one od oddziaiu poprzednio widzianego. Wtedy przyszia mi mysl, by ich tro-che popedzic.Zabraiem wiec pepesze, kilka naiadowanych magazynkow i lasem uda-iem sie w ich kierunku. Z odlegiosci okoio 300 m posiaiem im ponad 30 pociskow. W zapadajacym mroku nie widziaiem rezultatu, ale usiyszaiem ostra komende „schnell, schnell" i podniesione giosy. Wycofaiem sie, ukryiem bron i wrociiem do miyna.

Na drugi dzien, wczesnym rankiem, nadbiegi gajowy Przybylski z wiadomoscia, ze za-uwazyi w lesie jakies konie, lecz nie podchodzii blizej sadzac, ze naleza do partyzan-tow. Razem z „Pikadorem" wrocilismy we trojke i na miejscu, gdzie wieczorem siysza-iem ostre nawoiywanie, znalezlismy cztery dziaika z zaprzegiem oraz porzucony war-sztatowy samochod ze sprzetem iacznosciowym. Widoczne byio, ze wszystko to zos-tawiono w pospiechu. Znaleziona w samochodzie piekna fuzje podarowalismy gajowe-mu.

Na drugi dzien sam odkreciiem przyrzady celownicze i ukryiem je w lasku niedaleko miyna. Konie przekazalismy gospodarzom spalonej wsi Wywia. Pozostaiy sprzet za-mierzaiem przeciagnac na wyzszy teren, gdy lod bedzie grubszy, lecz juz pod koniec grudnia wkroczyiy sowieckie oddziaiy.

Osobiste przezycia

Strach

Byio to wczesna wiosna 1944r. Musiaio byc przejmujace zimno, bo pamietam, ze by-iem ubrany w ciepiy i troche przydiugi piaszcz. Wracaiem ze Szczekocin do brata me-go w Sprowie, u ktorego spedziiem prawie caiy okres wojny. Przy sobie miaiem plik pieniedzy (wartosci ok. 10 krow), ktore wreczyi mi „Boruta" z przeznaczeniem na srodki sanitarne. Dlatego nie czekaiem na furmanke, ktora zajechaiem, lecz wczesniej ruszy-iem pieszo, gdyz planowaiem jeszcze w tym samym dniu udac sie do Siupi i doreczyc je profesorowi Szurze lub Michalskiemu.

Mniej wiecej w poiowie drogi lezaia niewielka wioska Chaiupki. Na zakrecie 2 lub 3 do-my dochodziiy tuz do drogi, odgrodzone od niej dosc wysokim piotem. Akurat mijaiem te domy, gdy z przeciwnej strony nadjechai woz konny a w nim czterech zandarmow. Usiyszaiem krotki szwargot i ostra komende „Halt! Hände hoch!". Stanaiem i podnios-iem rece w gore. Z wozu wyskoczyi jeden z zandarmow, chyba sierzant, bo dawai po-zostaiym jakies krotkie instrukcje. Wyciagnietym pistoletem wskazai na sciane poblis-kiego zabudowania, poiozonego niedaleko domu mieszkalnego.

Budynek przeznaczony byi prawdopodobnie na dodatkowe mieszkania, gdyz miai dosc duze okno w kierunku prawie rownolegiym do drogi. Musiaiem wyciagniete rece oprzec o sciane i nie odwracac giowy. Przeprowadzai powierzchowna rewizje i upewniwszy sie, ze nie posiadam broni, pozwolii mi opuscic rece i zwrocic sie w jego kierunku. Bron wiozyi do pochwy. Pytai skad i dokad ide. Kazai rozpiac palto i sam wyciagnai wszyst-ko, co miaiem w kieszeniach. Z paczki papierosow wyjai kilka, rozerwai, sprawdzii tutki i bibuike, a tyton wysypywai najpierw na reke, a pozniej na ziemie.

Staraiem sie utrzymac spokoj i zaproponowaiem, by zapalii mojego papierosa; warknai gniewnie „nie" i kontynuowai czynnosc. Wyjai paczke z pieniedzmi, czesc z nich przeli-czyi i spytai, skad je mam i dokad niose. Tiumaczyiem, ze sprzedaiem swinie i chce kupic pare krow na kontyngent, ktory brat musi odstawic. Z nieco ironicznym usmie-chem popatrzyi na mnie, trzymajac w jednej rece pieniadze, druga wolno opuszczai w kierunku pochwy. Nie wiem, jak diugo to trwaio, ale przez ten krotki moment w mysli przesuneiy mi sie z szalona szybkoscia obrazy z dziecinnych lat i byiy tak wyrazne, jakby na nowo przezywane. Ostatnim z nich byia twarz najstarszej – zyjacej wtedy – siostry. Byia tak blisko, ze czuiem prawie jej oddech i patrzyia mi w oczy. Baiem sie bardzo i ostatnim przebiyskiem byi zal, ze to juz koniec i, ze nie doczekam konca woj-ny.

Na moment spojrzaiem w twarz zandarma i omal nie osiupiaiem. Twarz jego, z czerwo-nej zrobiia sie bardzo blada, za chwile jednak opanowai sie i spojrzai na mnie. Opusci-iem oczy, by ukryc zdziwienie. Oddai mi papierosy i pieniadze. Zapytai giosno, czy znam wiasciciela majatku w sasiedniej wiosce. Gdy wymieniiem nazwisko, rowniez giosno przytaknai i kazai mi isc za nim do drogi. Podchodzac blizej furmanki zauwazy-iem, ze siedzacy zandarmi mieli bron skierowana lufami w gore. Nie wiem, kiedy im to kazai zrobic. Siadajac powiedziai, ze mam isc do domu, i natychmiast odjechai w kie-runku Szczekocin; odwrociiem sie i ruszyiem w droge.

Nieco dalej spotkaiem biegnaca w moim kierunku Marysie Nitecka - siostre „Pikado-ra". Ktorys z przechodniow widziai caie zajscie i zawiadomii ja o tym; poniewaz brata nie byio, sama biegia z pomoca. Opowiedziaiem w skrocie co zaszio, umyslnie starajac sie zajscie zbagatelizowac. W odpowiedzi zwymyslaia mnie za brak ostroznosci.

Ciagle nurtowaia mnie mysl, dlaczego zandarm tak ze mna postapii. Za kilka dni zagadka sie wyjasniia. W przybudowce - o ktorej pisaiem wyzej – mieszkaio dwoch braci - miodych chiopakow, nazwiskiem Kopanscy; ojciec ich byi nadgajowym, lecz, nie wiem dlaczego, stracii prace, na skutek czego miodzi mezczyzni zamieszkali wraz z ojcem w w/w przybudowce w zamian za wykonywana u wiasciciela prace. Dorywczo przyjmowali tez prace na terenie lasu. Bracia ci - zoinierze AK - otrzymali poprzednio zlecenie dostarczenia lekkiego karabinu maszynowego do Goleniow. Przyniesli go ze skrytki, lecz poniewaz zaczynaio switac, ukryli go w stodole, tuz koio ich mieszkania, z zamiarem przeniesienia go wieczorem.

Widzac sytuacje, w ktorej sie znalaziem, natychmiast powzieli decyzje przyjscia mi z odsiecza. Wniesli po cichu wspomniany karabin do mieszkania i umiescili go na wprost okna. Przypuszczali, ze zandarm zauwazyi, gdy wkiadali magazyn z pociskami. To wy-jasniio moja zagadke. Szczerze moge powiedziec, ze wtedy przezyiem i zrozumiaiem, co znaczy STRACH !

Swinia

Kilka tygodni po opisanej przygodzie, komendant rejonu por. "Sep" zwrocii sie do mnie o jak najpredsze dostarczenie mu jednego RKM-u. Nie chciaiem zadnego z goncow odrywac od prac gospodarskich. Wziaiem woz i konia brata; bron ukryiem w tylnym, siomianym siedzeniu, obwiazujac ja dodatkowo powrosiem. Do kieszeni wsadziiem „Vi-sa" i zapasowy magazynek z nabojami. W czasie jazdy zauwazyiem, ze lufa pistoletu wychyla sie za kazdym poruszeniem lejcami. Wyjaiem go wiec z kieszeni i wcisnaiem gieboko w przednie siedzenie.

Tuz przy nieszczesnych Chaiupkach, w miejscu, gdzie droga rozwidlaia sie, nadjechai furman z trzema zandarmami. Tym razem wygladaiem jak prawdziwy wiesniak i nawet nie przyszio mi na mysl, ze moga mnie indagowac. Gdy jednak zblizyiem sie do nich, wyskoczyi jeden z zandarmow i zapytai dokad jade. Wyjasniiem, ze do Goleniow, po cukier dla pszczoi. Kazali mi zawrocic, wyjasniajac, ze ich konie sa bardzo zmeczone, a oni musza szybko jechac dalej. Dwoch usiadio na tylnym siedzeniu, a trzeci na przednim, zwrocony twarza do nich. Mijajac Sprowe powiedzieli, ze musza jechac dalej - do Raszkowa.

Caiy czas myslaiem, jak wybrnac z tej sytuacji. Wykluczyiem uzycie pistoletu, gdyz mo-je szanse byiy znikome i skazaibym siebie i mych najblizszych na pewna smierc. Poza tym nie byiem o nic podejrzany, nikt mnie nie rewidowai, ani pytai o nazwisko. Dowioze ich na miejsce i wroce – pomyslaiem. W najgorszym wypadku uzyje trucizne, ktora tym razem miaiem przy sobie. Jechaiem wiec dalej modlac sie, by ktores z powrosei nie pekio i nie wyszia na jaw zawartosc siedzenia.

Tak dojechalismy do Raszkowa. Zandarmi kazali mi zajechac na podworze jednego z gospodarzy. Gdy tam wjechaiem, natychmiast zrozumiaiem cel ich przyjazdu. W maiej, otwartej szopce, wisiaia zabita i czesciowo juz oczyszczona swinia. Wiedziaiem, co be-dzie dalej; swinia nie zmiesci sie w moim wozie miedzy siedzeniami. Bede musiai jed-no rozwiazac, siome rozciagnac i na niej poiozyc mieso.

Miaiem nadzieje, ze zandarm chociaz na chwile odejdzie od wozu. Zauwazyiem dwoch chiopcow, ktorzy staneli blisko wozu, zdawaio mi sie, ze jednego juz gdzies widziaiem. Powiedziaiem zandarmowi, ze musze napoic konie, na co kiwnai przyzwalajaco giowa. Zwrociiem sie do jednego z chiopcow z prosba, aby przyniosi wiadro, a drugiego zapy-taiem szeptem, czy zna Sikorskich; gdy przytaknai poprosiiem, zeby co tchu pobiegi do nich i powiedziai, ze jest tu Piotr ze Sprowy i prosi, zeby ktos natychmiast przyjechai i zatrzymai zandarmow. Odwrocii sie i poczatkowo wolno, a pozniej szybko, pobiegi do dworku oddalonego o kilkaset metrow. Za kilka minut przyjechai bryczka kol. ppor. Ta-deusz Sikorski „Rogacz" i powiedziai zandarmom, ze przed chwila dowiedziai sie o ich przybyciu, wiec zaprasza ich do siebie. Od niechcenia popatrzyi w moja strone i dodai, zeby zwolnili tego furmana, a on da im wieksza i wygodniejsza furmanke.

Zandarmi chetnie skorzystali z zaproszenia i podziekowali mi, pozwalajac odjechac. Byi to najwyzszy czas, bo jeden z Niemcow juz zaczai pokazywac, gdzie uioza swinie. Z caia pewnoscia kol. „Rogacz" zapobiegi tragedii, ktora mogiaby sie rozegrac.

Pewnego dnia - po opisanym wyzej wypadku - pojechaiem z Gola do Szczekocin; gdy dojezdzalismy do posterunku zandarmerii, nalegai, abym z nim wstapii do nich na chwile. Komendant zandarmerii przyjai nas i poczestowai wodka. Po kilku kieliszkach Gola wyszedi. Wowczas komendant wyjai z szuflady kilka listow, dajac mi je do prze-czytania. Byiy to anonimy donoszace o roznach „wykroczeniach" gospodarzy. W jed-nym byia informacja, ze syn gospodarza w Obiechowie posiada karabin i gdzie go przechowuje. Gdy skonczyiem czytac, zabrai mi je i wrzucii wszystkie do ognia, mo-wiac, ze z takich donosow nie korzysta; jedynie, gdy dostana informacje o zabiciu swini, jada i zabieraja mieso. Dodai, ze to przeciez nie to samo, co zabicie cziowieka.

Byiem zaskoczony jego wypowiedzia. Po powrocie Goli pozegnalismy sie. Gole i jego rodzine spotkaiem po wojnie. Byi znow administratorem duzego majatku na Slasku. Donos o karabinie, po sprawdzeniu przeze mnie, okazai sie prawdziwy.

Tak wiec, kiedy miaiem pisac o niewinnym zwierzeciu, przyszia mi w trakcie refleksja o swini podlejszego gatunku, z jaka spotykalismy sie w czasie wojny.

Piotr Czechowski "Kuba"