|
Od WOJNY NA "GÓRZE" DO WOJNY NA "DOLE" |
Mieczysław H.Falkowski |
|
Od lat przywykliśmy do tego co w kraju nazywają, wojną na "górze ".Chodzi tu, jak wiemy, o boje, podjazdowe walki na szczytach władzy: prezydent przeciwko premierowi, premier przeciwko vice-premierowi, koalicjant przeciw koalicjantowi itd... itp... |
|
Rok 1999 gruntownie zmienił scenerię. Jesteśmy bowiem świadkami innej wojny, tej na "dole".Oto całe grupy społeczne czy zawodowe wypowiadają wojnę władzy, manifestując w ten sposób swoje niezadowolenie. Chłopi blokują drogi, nie dopuszczają do importu zboża z zagranicy, górnicy protestują przeciwko zamykaniu kopalń, nauczyciele i pielęgniarki wychodzą na ulicę. Niezadowolenie wydaje się powszechne. Opozycja mówi o arogancji rządu, żąda jego dymisji, a nawet rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów. Rząd mówi o prowokacji i celowym zaostrzaniu napięć przez opozycję. Prezydent Aleksander Kwaśniewski nawołuje do negocjacji, ale konkretnych środków nie podejmuje. Czy Polska jest - jak twierdzi rząd - na dobrej drodze do realizacji reform, które były niezbędne, a których lewica, gdy była u władzy nie chciała lub bała się podjąć, czy na odwrót kraj zmierza do chaosu, który nasila się coraz bardziej i wróży klęskę wyborczą rządzącej centro-prawicy? Nie podzielam tezy o konieczności natychmiastowego rozwiązania parlamentu i zdymisjonowania rządu en bloc. Jednakże niezadowolenie wielu grup społecznych wskazuje, że rząd popełnił błędy, niekiedy poważne, i że powinien je z pełną energią naprawić, jeśli chce uniknąć sankcji społecznej. Wśród popełnionych błędów dwa wydają mi się zasadnicze: błąd w metodzie sprawowania władzy i błąd w polityce płac i wynagrodzeń. Otóż w sytuacjach napięć i konfliktów rząd odmawia negocjacji ze strajkującymi i odsyła ich do szczebla bezpośredniego zarządzania: do dyrektorów szpitali, kopalń i innych przedsiębiorstw publicznych. Rząd utrzymuje bowiem, że przeprowadzane reformy nie przewidują bezpośrednich negocjacji między strajkującymi a rządem. W tym właśnie, jak sądzę, tkwi poważny błąd. Państwo prawa nie może w żadnym wypadku zrzec się roli arbitra, na odwrót – tę swoją rolę powinno aktywnie odgrywać. Tym bardziej, że w większości wypadków, strajkujący zwracają się do premiera i jego ministrów, gdy negocjacje z dyrektorami nie dały rezultatów, lub gdy decyzje finansowe, a o nie głównie chodzi, są w gestii rządu. Zresztą premier i ministrowie, wbrew uprzednim deklaracjom i pod naciskiem ulicy, gdy sytuacja staje się niebezpieczna i grozi wybuchem społecznym, negocjują bezpośrednio ze strajkującymi. Tylko, że robią to za późno i tracą autorytet. Gdyby Minister Obrony Janusz 0nyszkiewicz, czy ktoś z jego zastępców, zapowiedzieli manifestantom "Łucznika", że zlecą agencji państwowej sfinansowanie określonej produkcji i umożliwią w ten sposób rozwiązanie problemu zaległych wynagrodzeń, czyli to co zrobili w parę dni później, uniknięto by rozlewu krwi. Być może za kilka lat, gdy samorządy okrzepną, zmniejszy się rola rządu i ministerstw niejako w sposób naturalny. Ale w chwili obecnej odmowa pertraktacji, zwlekanie i chwiejność w postawie, obniża autorytet rządu i przygotowuje grunt pod klęskę wyborczą AWS - Unia Wolności. Druga sprawa dotyczy płac i wynagrodzeń ludzi związanych z władzą. W kraju, w którym, jak głoszą statystyki, około połowa ludności żyje w ciężkich warunkach materialnych, niekiedy na granicy nędzy, uprzywilejowywanie grupy społecznej związanej z władzą jest niczym nieuzasadnione. Pisałem już o tym w |
poprzednich artykułach, dawałem przykłady. W skali jednostki mówilibyśmy o egoizmie i pazerności poszczególnych przedstawicieli władzy. W skali zaś ogólnej tworzenie finansowych elit władzy prowadzi do polaryzacji społeczeństwa, jest zarzewiem antagonizmów o nieobliczalnych skutkach na dłuższą metę. Oto dyrektor szpitala, czy Kasy Chorych po reformie zarabia miesięcznie 25‘000 zł., a strajkująca pielęgniarka 600-700 zł. Nie kieruję się żadną obsesjonalną awersją do dyrektorów, ale 35-krotnie większa pensja wykopuje fosę między pracodawcą a pracobiorcą tego samego przedsiębiorstwa publicznego, nie pozwala - moim zdaniem - zadość uczynić skromnym wymaganiom bądź co bądź kwalifikowanych pracowników jakim są pielęgniarki, będzie stałym zarzewiem konfliktów. Załóżmy, że w szpitalu zatrudnionych jest 1 dyrektor i 40 pielęgniarek, które domagają się 12% podwyżki (inflacja + 2%). Przy obecnych zarobkach zaspokojenie żądań 40 pielęgniarek wyniosłoby 40‘320 zł. w skali rocznej, co stanowi około 1,6 miesięcznej pensji dyrektorskiej. Moim zdaniem w obecnych warunkach pensja 3‘000 zł. miesięcznie byłaby godziwa dla dyrektora szpitala, 5‘000 zł. stanowiłyby warunki luksusowe. Inny przykład przerostu biurokratycznego i wynaturzenia wynagrodzeń dotyczy samorządu terytorialnego. Warszawa liczy 700 radnych i to bez uwzględnienia radnych województwa warszawskiego. Radni Warszawy przewyższają liczbowo posłów na Sejm i żeby było śmieszniej nawet liczbę posłów do Parlamentu Europejskiego. Ta hypertrofia przedstawicieli ludności sto licy ma swój odpowiednik w budżecie Rady. Otóż Rada zadecydowała we własnym zakresie, że każdy z wybrańców otrzymywać będzie 5‘000 zł. miesięcznie. Nie mówiąc o wszelkiego rodzaju dodatkach, dietach i przywilejach. Nie sądzę aby radni poświęcali cały swój czas Radzie lub zrezygnowali z pracy zawodowej, Niedawno nowy Prezydent Warszawy Piskorski apelował do najlepiej zarabiających o zrezyg-nowanie z 20% zarobków, co sam uczynił. Nie wiem ilu poszło jego śladem. Obecnie same wynagrodzenia pochłaniają 42 mln rocznie. Moim skromnym zdaniem zmniejszenie o połowę parlamentu stolicy nie wyszłoby jej na niekorzyść. Przykłady takie możnaby mnożyć. Społeczeństwo jest przekonane, że rząd stawia na polaryzację, że tworzy niewspółmierne do potrzeb klasy przywilejowane, związane z rządzeniem, pozostawiając w tym samym czasie inne grupy społeczne na progu przeżycia. Jerzy Giedroyc w swojej "Autobiografii na cztery ręce" (Czytelnik 1999, s.328) wspomina lata 20-te, podkreslając "skrom-ność ludzi sprawujących władzę, ich uczciwosć, choć pensje urzędnicze były bardzo niskie. Nadużycia i łapownictwo zdarzały się rzadko, nie wykorzystywano stosunków i protekcji. Gdy Premier Switalski pojechał do Nicei na wakacje samochodem służbowym płacąc z własnej kieszeni za benzynę czy reparacje - wywołało to taką burzę, że spowodowało jego dymisję". Rząd ma jeszcze dość czasu, aby naprawić popełnione błędy. Im szybciej tym lepiej... dla społeczeństwa. Mieczysław H.Falkowski |