Moja dzialalnosc w Armii Krajowej (6)

Piotr Czechowski "Kuba"

 
Nagroda

 

Pod koniec grudnia 1944r. wojska sowieckie doszly do rzeki Pilicy i zatrzymaly sie w poblizu mlyna wodnego Czarny Las, niedaleko Sprowy. Zabudowania zajeto na tymczasowa kwatere czolowych oddzialow i dowodztwa lacznosci. Pamietam, jak wkroczyli zolnierze i musialem ich oprowadzac po mlynie i wszystkich zabudowaniach. Zagladali wszedzie, nawet do szuflad. Gdy zapytalem jednego z nich, czego szukaja, odpowiedzial krotko „Germancow“. Mialem okazje obserwowac, jak zolnierze marnowali amunicje, ostrzeliwujac okoliczne tereny – choc od dwoch dni Niemcow juz tam nie bylo.

 

Na poczatku stycznia 1945r. zorganizowano juz miejscowa milicje. Komendantem powiatowym zostal ppor. „Garbaty“ - d-ca oddzialu GL. Mimo zaleznosci od NKWD, ktore kwaterowalo w majatku Slupia, „Garbaty“ na swoim terenie mial prawie nieograniczona wladze. Mianowal wojtow, soltysow, zabieral majatki ziemskie i aresztowal kazdego, kogo uznal za „wroga ludu“.

 

 Na poczatku lutego dostalem zlecenie, by przekazac swoim podkomendnym ostatni rozkaz generela Leopolda Okulickiego, aby rozwiazac Armie Krajowa. Uczynilem to ze lzami w oczach. Tak samo rozkaz ten przyjeli moi koledzy. Pare tygodni pozniej zostalem aresztowany. Przyjechalo kilka wozow milicji, z ktorych dwa ostatnie zaprzegi ciagnely dwie armaty, te same, o ktorych poprzednio pisalem.

 

 Aresztowanego rowniez „Pikadora“ przyprowadzono do mego wozu. W drodze zatrzymali sie w Sprowie. Zobaczylismy tam grupe spedzonych kilkudziesieciu gospodarzy. Eskortujacy nas „Garbaty“ wyglosil propagandowe przemowienie, podkreslajac bohaterstwo i poswiecenie sowieckich zolnierzy w walce o nasza wolnosc. Wskazujac palcem na mnie i „Pikadora“ dodal: „Patrzcie, co ci panowie, to przeklete AK, na was szykowali (tu wskazal na armaty); gdyby nie my, to teraz bylibyscie skazani na ciezka prace dla nich“.  Co chwile zwracal sie do sluchajacych z pytaniem: „Powiedzcie, czy nie prawda?“  Widzialem, jak wiekszosc przytakiwala, ale bez przekonania, jakby zmuszeni strachem.

 

Nie sluchalem juz tego, co mowil. Zaglebilem sie we wlasnych myslach. Z zalem patrzylem na armatki, myslalem, a wiec to jest nasza nagroda. Uswiadomilem sobie, ze cokolwiek bym teraz zrobil, zakonczenie bylo z gory przesadzone.

 

W Slupi w areszcie zostalismy osadzeni oddzielnie. Po drodze do wiezienia slyszalem, jak milicjanci rozmawiali polglosem i wskazujac na mnie mowili: „popatrz, to ten przeklety, pieronski „Kuba““.

 

W areszcie po kilku dniach odwiedzil mnie „Garbaty“ i kazal podac dla siebie i dla mnie kolacje. W czasie posilku oznajmil, ze zostane zwolniony, jesli wydam im ukryta bron.

Zgodzilem sie pod warunkiem, ze zwolni  takze „Pikadora“. Nie zgadzal sie, ale widzac, ze nie ustapie, dal slowo honoru, iz z chwila, gdy zobaczy woz z bronia, zwolni nas obydwu. Wydalem im bron, ktora przechowywalem w budce lesnej.

 

Po wyjsciu z wiezienia, w drodze do domu, podbiegla do nas dziewczyna i szybko powiedziala, ze przynosi wiadomosc od „Lucjana“, ze jesli ja wroce do domu, bede natychmiast aresztowany przez NKWD. Nie chcac niepotrzebnie narazac „Pikadora“, pozegnalem go, obiecujac odwiedzic jego matke w Radomsku, i boczna sciezka udalem sie do kolegi „Murzyna“, ktoremu wyjasnilem cala sytuacje. Prosilem, zeby poszedl do mego brata i powiedzial, ze czekam na niego w umowionym miejscu, jak rowniez, ze potrzebuje zmiane bielizny i jesli ma, rowniez nieco pieniedzy. Polecilem mu rowniez, by w razie aresztowania kogokolwiek, mnie obciazyc odpowiedzialnoscia za wszelkie przewinienia zwiazane z dzialalnoscia AK na naszym terenie.

 

Z bratem zobaczylem sie, i jak dowiedzialem sie pozniej, to on po powrocie zastal juz dom otoczony zolnierzami, ktorzy po dokladnej rewizji domu i calego gospodarstwa, zabrali go na posterunek, celem przesluchania. Na drugi dzien zostal jednak zwolniony. Rewizje u niego i przeszukiwanie lasu powtarzano jeszcze kilka razy. Pozniej nawet zakwaterowano instruktora rolnego u niego, z poleceniem obserwowania. Tak zaczal sie moj okres ciaglego ukrywania sie.

Posiadalem falszywy dowod na nazwisko Jablonski Czeslaw, wiec tylko tym sie odtad poslugiwalem. Zatrzymalem sie na krotki okres u rodziny „Pikadora“ w Radomsku, lecz po paru tygodniach zostalem aresztowany przez NKW-dziste, ktoremu asystowalo dwoch milicjantow. W sukurs przyszly mi dwie mlode studentki, ktore namowily Kacapa, by napil sie wodki i zatrzymal sie na wieczorek. Zgodzil sie, polecajac milicjantom, by odprowadzili mnie do aresztu. W drodze jeden z nich dal mi znak, bym uciekal. Skorzystalem natychmiast.

 

Kilka tygodni spedzilem w Krakowie w domu akademickim, jako student Uniwersytetu Jagiellonskiego. W czasie mego tam pobytu zglosil sie do mnie organista F. Drab ze Slupi, z wiadomoscia, ze ks. Palysiewicz zostal aresztowany pod zarzutem jekiejs „szkodliwej dzialalnosci“. Wydalem mu moj pisemny rozkaz - z wsteczna data – skierowany do ksiedza, z poleceniem wykonania zarzucanej mu dzialalnosci. Mam nadzieje, ze byl mu pomocny do jego obrony. Tam tez, dzieki „Lucjanowi“, otrzymalem wspomniana poprzednio legitymacje, ktora uprawniala mnie do bezplatnych przejazdow. Ze wzgledu na czeste kontrole musialem jednak Krakow opuscic.

 

Od zony „Pikadora“, Marietki, otrzymalem wiadomosc, ze zaistniala mozliwosc wyjazdu za granice razem z transportem francuskich jencow wojennych.  Zglosilem sie natychmiast. Otrzymalem nawet kilka fotografii i list polecajacy do jej krewnych za granica.  Poniewaz mialo byc kilka miejsc, wiec zawiadomilem „Macka“ i „Sokola“. Czekalismy do umowionego czasu, nastapila jednak jakas zmiana i jency zamiast koleja, zostali odeslani samolotem.

 

Myslalem, ze przedostane sie w inny sposob, wiec list ten zabralem ze soba. Wraz z kolegami wyjechalem do Jeleniej Gory. Tam jeden z zolnierzy „Marcina“ -  „Jacek“, dzier zawil duza, w centrum miasta polozona, restauracje pod nazwa „Switezianka“. Przyjal nas chetnie i udzielil gosciny. Uzgodnilismy, ze przedostaniemy sie do Czechoslowacji, a zwlaszcza do Pilzna, skad juz latwo na Zachod. Dolaczyl sie jeszcze do nas Mieczyslaw Mazurkiewicz i Wladyslaw Morsztyn –„Noga“, z majatku Bieganow.

 

W piatke przekroczylismy granice do Czechoslowacji. Na pierwszej stacji kolejowej jakis oficer milicji zaaresztowal mnie i „Noge“, i pociagiem odstawil do wiezienia w Hradec Kralowe. Tam, w czasie rewizji, do ktorej musielismy sie rozebrac do naga, korzystajac z chwilowego oddalenia sie straznika do drugiego pokoju, udalo mi sie list Marietki wsunac do ulozonych przy scianie akt, zdaje mi sie z 1930r.

 

Poczatkowo bylismy rozdzieleni, lecz po paru dniach "Noge" przyprowadzili do mej celi. Od czasu do czasu - za nasza zgoda – brali nas do pracy wewnatrz zabudowan, jak mycie wozow lub sprzatanie. Musze przyznac, ze nie stosowano w stosunku do nas zadnych grozb czy bicia. Widocznie nasze tlumaczenia, ze szukalismy krewnych, wydaly im sie prawdopodobne.

 

Po okolo dwu tygodniach oznajmiono nam, ze zostaniemy odeslani do polskiej placowki granicznej. Przyjalem to z udana radoscia. Odprowadzal nas uzbrojony straznik. Poznym popoludniem minelismy miasto. Juz na dalekim przedmiesciu straznik zatrzymal sie przed sklepikiem, kazal nam pozostac, a sam wszedl, by kupic chleb dla siebie. Prosilem o kupno i dla nas, i wreczylem mu pieniadze. Gdy tylko drzwi zamknely sie za nim, ucieklismy natychmiast. Przylegajace ogrody dawaly nam dobre schronienie, a na dodatek zaczelo sie nieco sciemniac. Z ukrycia uslyszelismy kilka strzalow lecz na tym sie skonczylo.

 

W nocy przekroczylismy granice i na drugi dzien pozegnalem sie z „Noga", ktory mial wrocic na studia, a ja do Jacka. "Noga" prosil mnie o przyrzeczenie, ze jesli bede znow wyjezdzal, zeby go zabrac ze soba. Podalem mu adres do „Jacka“ i prosilem, by napisal. Otrzymalem list, lecz nie od niego, a od siostry, ktora prosila mnie, by go z soba nie zabierac, gdyz ani ona ani matka, nie przebolalyby rozlaki. Przystalem wiec na jej prosbe.

 

"Jacek" ucieszyl sie z mego powrotu. Za utrzymanie prowadzilem mu ksiegowosc, jak rowniez rozliczalem kelnerow. Z poczatkiem grudnia do "Jacka" przyjechal jego znajomy, kol. Zygmunt Szreniawski ze Szczekocin. Byl goncem u "Boruty i znal mnie rowniez.

 

W drugiej polowie grudnia przyjechala do "Switezianki" pani Cioch - zona majora, ktory przebywal za granica w armii gen. Andersa. Towarzyszyl jej mezczyzna, ktorego przedstawila jako kuzyna. Zglosila sie nie do "Jacka" lecz do mnie, a na pytanie skad o mnie wie, wyjasnila, ze zostala tu skierowana przez AK i ma nadzieje, ze ja im pomoge. Na pytanie, kim jest jej towarzysz wyznala, ze jest to - o ile pamietam - dr Wodzinski - profesor na wydziale medycznym Uniwersytetu Jagiellonskiego, ktory przewodniczyl komisji Czerwonego Krzyza wyslanej z Generalnego Gubernatorstwa do badan zbrodni w Katyniu. W pozniejszym czasie opowiadal mi, ze na podstawie porownania rodzaju ziemi ze stanem cial pomordowanych, mogl okreslic w przyblizeniu date smierci.

 

Do "Switezianki" prawie codziennie przychodzil komendant miasta na jeden kieliszek. "Jacek" obarczyl mnie funkcja gospodarza w stosunku do niego. Przyjmowalem go zawsze w oddzielnym pokoju, a napelniajac rownoczesnie kieliszek dla siebie, stworzylem mozliwosc nieprzyjmowania pieniedzy. Przyjemnie bylo z nim pogawedzic; byl kulturalny i chyba mial wyzsze wyksztalcenie. Rzadko kiedy wypil wiecej niz dwa kieliszki.

 

Pare dni po przyjezdzie pani Ciochowej, przyszedl jak zwykle. Zegnajac sie, zawrocil od drzwi, i uzywajac mego wlasciwego nazwiska powiedzial, ze otrzymal wiadomosc, ze ze Szczekocin przyjedzie gosc do rozpoznania mnie. Dodal, ze juz od dluzszego czasu wiedzial, kim jestem; powiedzial mi rowniez, ze ma prawo wydac przepustke na przejscie granicy i przebywanie w Czechoslowacji, lecz nie dalej, niz 8 km od granicy. Gdybym uwazal, ze to korzystne, to chetnie mi ja wystawi. Podziekowalem za propozycje i poprosilem o czas do namyslu. Przedstawilem sytuacje moim gosciom i postanowilismy na drugi dzien opuscic goscinna Jelenia Gore.  "Jacek" obdarowal mnie markami niemieckimi i na pamiatke wreczyl mi zlota monete, powszechnie zwana "kasztanem", wartosci okolo 25 funtow angielskich.

 

Zygmunt mial kuzynke, ktora mieszkala w Niemczech Wschodnich, niedaleko granicy. Udalismy sie w jej kierunku. W miejscowosci polozonej nad Nysa Luzycka zatrzymalismy sie dla zorientowania sie w naszej sytuacji. Byl tam opuszczony i czesciowo zrujnowany majatek ziemski z duzymi zabudowaniami gospodarczymi. Przez Nyse prowadzil most, na ktorym straznicy sprawdzali przepustki. W miescie stacjonowali zolnierze sowieccy i milicja. Na pietrze nad jakims magazynem znajdowala sie duza kuchnia. Znalezlismy troche naczyn kuchennych, duzo drzewa i siano w bocznych pomieszczeniach. Zagospodarowalismy sie jak na swoim. W ogrodzie znalezlismy przemarznieta brukselke, ktora p. Ciochowa przyrzadzila na jarzyne. W dalszych poszukiwaniach znalezlismy jedno wioslo i niewielka wanne z lekkiej blachy. Sprawdzilismy, ze nie byla uszkodzona, wiec postanowilismy sie nia posluzyc do przeprawy przez Nyse. Znalezlismy tez sznury, ktore po zwiazaniu dawaly nam ponad 200 m dlugosci. Upatrzylismy miejsce przeprawy i z nastaniem nocy zorganizowalismy sie do przeprawy.

 

Jako najwiecej obznajomiony ze sportem wodnym, przeplynalem pierwszy; reszta poszla latwo, bo z jednej strony przeciagali pusta a ja juz obciazona pasazerami wanne z drugiej strony. Tak wiec kolejno profesor, p. Cioch i na koncu Zygmunt, znalezlismy sie na niemieckiej stronie. Odetchnelismy z ulga i z nadzieja ruszylismy dalej. Po przejsciu okolo kilometra spotkala nas niezbyt mila niespodzianka. Na rozlewisku pokrytym lodem wylala woda okolo 20 - 30 cm gleboka. Nie bylo innej rady, jak zdjac obuwie i te kilkaset metrow przejsc boso. Nie bylo tak zle, bo po wlozeniu obuwia i szybkim marszu, nogi sie szybko rozgrzaly. Do krewnych Zygmunta dotarlismy nastepnego dnia. Przyjeto nas bardzo goscinnie, i co najwazniejsze, dostalismy od kuznki adres i nazwisko przewodnika, ktory przeprowadzal na strefe amerykanska. Wykupila rowniez dla kazdego bilety do ostatniej stacji.

 

Nastepnego dnia jechalismy juz koleja i po przesiadce w Lipsku, gdzie spotkala mnie i Zygmunta niemila niespodzianka, dotarlismy do celu. Przewodnik, ktory mieszkal u krewnych na wsi, przenocowal nas w stodole i dopiero nastepnej nocy ruszylismy do przejscia granicy. Jak sie okazalo, byl on profesorem w Austrii.

 

Jesli chodzi o wynagrodzenie, oferowalem mu otrzymana od "Jacka" zlota monete. Akceptowal ja bardzo chetnie. Opowiadal nam, ze przeprowadzal uciekinierow juz wiele razy i po przejsciu na druga strone straz amerykanska chetnie im pomagala. Uczulil nas rowniez, ze winnismy sie zachowywac bardzo cicho, bo straznicy zwykle patroluja z psami. Szczesliwie udalo nam sie wszystko. Przewodnik oferowal, ze jesli sobie zyczymy, doprowadzi nas do placowki amerykanskiej.

 

Jakiez jednak bylo zaskoczenie nas wszystkich; zolnierze ci nie tylko, ze nam pomocy nie udzielili, lecz natychmiast aresztowali nas wszystkich, lacznie z przewodnikiem. Po sprawdzeniu dokumentow, naszego opiekuna przekazali policji niemieckiej, a nas czworo umieszczono w sali sadowej, w ktorej spotkalismy kilkanascie osob poprzednio zatrzymanych. Straznik poinformowal nas, ze najprawdopodobniej bedziemy odeslani do granicy. Prosilismy dowodce tego oddzialu, by odeslal nas do jakiejs jednostki wojska polskiego, lecz nic nie pomoglo. Powiedzial krotko, ze jaki ma rozkaz, taki wykona.

 

Na drugi czy trzeci tez dzien zaladowali nas do ciezarowki i w asyscie uzbrojonych MP odwiezli do straznicy granicznej. Tam jednak podoficer sowiecki, widocznie nie w humorze, stwierdzil, ze nie ma zadnej umowy dotyczacej przejmowania uciekinierow, i jesli, to moze przyjac tylko wojskowych, a cywilow nie chce znac. Widzac, ze sie nie dogadaja, przywiezli nas z powrotem. Na drugi dzien dowiedzielismy sie od tego samego straznika, ze z poczatkiem przyszlego roku zostaniemy odeslani do miasteczka Hof, gdzie znajduje sie placowka wymienna. Myslelismy wspolnie o ucieczce, lecz profesor zalamal sie i probowal znalezc inny sposob wyzwolenia sie; pani Ciochowa, przeczuwajac cos, w ostatniej chwili przy pomocy straznika uratowala go od smierci przez powieszenie sie w toalecie. W czasie poprzedniego aresztowania przez UB byl katowany. Zolnierze AK odbili go, gdy byl przewozony pociagiem. Najwidoczniej wolalby smierc, niz powtorne "badania".

 

Ustalilismy, ze ja z Zygmuntem bedziemy probowali ucieczki, a oni pozostana. Pomoca w tym celu bylo polozenie sali. Czesc jej byla podwyzszona i okolona okolo 1-go metra wysokim pulpitem; tam tez znajdowaly sie drugie zamkniete drzwi do innych pomieszczen. Zygmunt pomagal swemu bratu w prowadzeniu warsztatu slusarskiego i latwo zamienial lyzeczke do herbaty na wytrych; sprobowalismy i zamek otwieral sie z jego pomoca.

 

Umowilismy sie, ze noca w Nowy Rok, profesor wyjdzie do toalety, a my, korzystajac z nieobecnosci straznika, nawiejemy. Mimo nieprzewidzianych trudnosci, plan wykonalismy. Zmeczeni dotarlismy do polskiego obozu z nadzieja, ze uzyskamy jakas pomoc, chocby w postaci zaswiadczenia upowazniajacego nas do przebywania w tej strefie. Zostalismy natomiast wystraszeni nagla rewizja tegoz obozu przez M.P.

 

Pociagiem dojechalismy do Norymbergi, gdzie w niedalekiej odleglosci przebywala i nadal tworzyla sie kompania wartownicza NSZ. Zglosilismy sie do d-cy kompanii, ktory, przypuszczam, ze znal mnie poprzednio, gdyz po kilku moich wyjasnieniach zaproponowal mi stanowisko d-cy plutonu w stopniu pporucznika. Zgodzilem sie chetnie proszac go, by jak najpredzej dal znac polskiej jednostce wojskowej, ktora moglaby przyjsc z pomoca pozostalym w areszcie naszym towarzyszom. Dowiedzialem sie pozniej, ze po naszej ucieczce zostali oni oskarzeni o wspoludzial i sadownie skazani na kare dwoch tygodni aresztu. W czasie odsiadywania aresztu interweniowala polska placowka wojskowa. Traktowanie ich polepszylo sie i po odsiedzeniu kary zostali zwolnieni.

 

Wyjasnil sie rowniez powod aresztowania nas. Przypuszczalnie na zyczenie Stalina, Truman w grudniu wydal zarzadzenie – pozniej wycofane - azeby wszyscy uciekinierzy ze wschodu byli natychmiast odsylani do swych krajow pochodzenia.

 

W kompaniach wartowniczych pelnilem sluzbe az do wyjazdu do Australii, tj. do polowy 1949r. W Australii przez pierwsze pare lat pracowalem jako robotnik kolejowy, prawie, ze na pustyni. Pozniej jako mierniczy w tej samej instytucji. W 1959r. sprowadzilem z Polski panne Ludwike Zdrojewska z Bydgoszczy; przezyla ona "krwawa niedziele" w Bydgoszczy, rowniez jako Polka – niemiecka okupacje. Jest na pewno lepsza Polka niz ja. Poslubilem ja i do tej pory razem zyjemy. W 1974r. przeszedlem na emeryture a w 1980r. przenioslem sie z Poludniowej Australii na Tasmanie.  W kraju od czasu ucieczki nie bylem.

 

Wyjasnienia

 

Pragne wyjasnic, ze Slupia, o ktorej pisze, obecnie nosi nazwe Slupia Jedrzejowska. Przy podawaniu niektorych szczegolow korzystalem z bardzo dobrej ksiazki pt. "Jodla" - autor Wojciech Borzobohaty, (Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1988r., wyd. II). Szczegoly dotyczace tajnego nauczania uzgodnilem korespondencyjnie z kolegami w Polsce, szczegolnie z Janem Kubickim ze Slupi, ktory jest wspolautorem ksiazki o tajnym nauczaniu. Ksiazka ta, o ile mi wiadomo, nie zostala jeszcze wydana. Po zapo-znaniu sie z ksiazka "Jodla", prosilem kol. "Cisa", by zwrocil sie do jej autora z prosba o uzupelnienie. Otrzymalem odpowiedz, ze plk. Borzobohaty w rozmowie telefonicznej zgodzil sie chetnie to uczynic w nastepnym wydaniu.

 

Wydawca Pax'u radzil, ze zanim to nastapi, postara sie umiescic artykul w wydawnictwie "Kierunki", co rowniez uczynil. Fotokopie w/w zalaczam. Uwazam jednak, iz artykul ten nie daje pelnego i prawdziwego obrazu; przedstawilem go wiec takim, jakim byl w rzeczywistosci. Dziwi mnie, ze w calym obwodzie wloszczowskim nie ujeto dzialalnosci placowek. Podejrzewam, ze na skutek aresztowania komendanta obwodu, majora "Jura", dowody te zostaly ukryte, wzglednie zniszczone. W 1978r. pisal do mnie "Murzyn" proszac o interwencje w sprawie odznaczenia. Przy tej okazji prosilem o weryfikacje dla mnie, zwracajac sie do Komendy Glownej w Londynie. Z odpowiedzi, jaka otrzymalem, wynika, ze komenda zadnej ewidencji o mnie nie posiadala. Bedac w Niemczech slyszalem pogloski, ze czesc dokumentow AK zostala wykradziona i przewieziona do Polski. Czyzby pech chcial, ze i moje tam sie znalazly?

 

 Ale jeszcze pare slow o mnie. Nauke w gimnazjum z powodow rodzinnych przerwalem. Sluzbe wojskowa odbylem w 27 p.p. w Czestochowie. Szkole podoficerska w kompanii CKM ukonczylem w stopniu kaprala. Swiadectwo dojrzalosci uzyskalem jako ekstern. Kurs podchorazych skonczylem w AK. Marzeniem moim byly wyzsze studia. Zapisywalem sie na nie dwukrotnie, lecz nie bylo mi danym ich ukonczyc.

 

Wychodzac z zalozenia, ze latwiej jest cos odrzucic niz dodac, pozwolilem sobie na tak obszerne i moze w niektorych wypadkach niepotrzebne opisy. Chcialem jednak przedstawic prace, wzloty i upadki na tej - jak to mowia - zapadlej wsi - placowce taka, jaka byla w rzeczywistosci i jak ja pamietam.

                                                                            P. Czechowski "Kuba"

Od Redakcji:

Tym odcinkiem koncza sie wspomnienia p. Piotra Czechowskiego ps. „Kuba“ – zolnierza Armii Krajowej, ktoremu dziekujac za nadeslane materialy, zyczymy wiele lat zdrowia i pomyslnosci.

T.M.Kilarski