| Moja dzialalnosc w Armii Krajowej (6) |
Piotr Czechowski "Kuba" |
Nagroda
Pod koniec grudnia 1944r. wojska sowieckie doszly do rzeki Pilicy i
zatrzymaly sie w poblizu mlyna wodnego Czarny Las, niedaleko Sprowy.
Zabudowania zajeto na tymczasowa kwatere czolowych oddzialow i dowodztwa
lacznosci. Pamietam, jak wkroczyli zolnierze i musialem ich oprowadzac po
mlynie i wszystkich zabudowaniach. Zagladali wszedzie, nawet do szuflad.
Gdy zapytalem jednego z nich, czego szukaja, odpowiedzial krotko „Germancow“.
Mialem okazje obserwowac, jak zolnierze marnowali amunicje, ostrzeliwujac
okoliczne tereny – choc od dwoch dni Niemcow juz tam nie bylo. Na poczatku stycznia 1945r. zorganizowano juz miejscowa milicje. Komendantem
powiatowym zostal ppor. „Garbaty“ - d-ca oddzialu GL. Mimo zaleznosci
od NKWD, ktore kwaterowalo w majatku Slupia, „Garbaty“ na swoim
terenie mial prawie nieograniczona wladze. Mianowal wojtow, soltysow,
zabieral majatki ziemskie i aresztowal kazdego, kogo uznal za „wroga
ludu“. Na
poczatku lutego dostalem zlecenie, by przekazac swoim podkomendnym ostatni
rozkaz generela Leopolda Okulickiego, aby rozwiazac Armie Krajowa.
Uczynilem to ze lzami w oczach. Tak samo rozkaz ten przyjeli moi koledzy.
Pare tygodni pozniej zostalem aresztowany. Przyjechalo kilka wozow milicji,
z ktorych dwa ostatnie zaprzegi ciagnely dwie armaty, te same, o ktorych
poprzednio pisalem. Aresztowanego
rowniez „Pikadora“ przyprowadzono do mego wozu. W drodze zatrzymali
sie w Sprowie. Zobaczylismy tam grupe spedzonych kilkudziesieciu
gospodarzy. Eskortujacy nas „Garbaty“ wyglosil propagandowe
przemowienie, podkreslajac bohaterstwo i poswiecenie sowieckich zolnierzy
w walce o nasza wolnosc. Wskazujac palcem na mnie i „Pikadora“ dodal:
„Patrzcie, co ci panowie, to przeklete AK, na was szykowali (tu
wskazal na armaty); gdyby nie my, to teraz bylibyscie skazani na
ciezka prace dla nich“. Co
chwile zwracal sie do sluchajacych z pytaniem: „Powiedzcie, czy nie
prawda?“ Widzialem, jak
wiekszosc przytakiwala, ale bez przekonania, jakby zmuszeni strachem. Nie sluchalem juz tego, co mowil. Zaglebilem sie we wlasnych myslach. Z zalem
patrzylem na armatki, myslalem, a wiec to jest nasza nagroda. Uswiadomilem
sobie, ze cokolwiek bym teraz zrobil, zakonczenie bylo z gory przesadzone.
W Slupi w areszcie zostalismy osadzeni oddzielnie. Po drodze do wiezienia
slyszalem, jak milicjanci rozmawiali polglosem i wskazujac na mnie mowili:
„popatrz, to ten przeklety, pieronski „Kuba““. W areszcie po kilku dniach odwiedzil mnie „Garbaty“ i kazal podac dla
siebie i dla mnie kolacje. W czasie posilku oznajmil, ze zostane zwolniony,
jesli wydam im ukryta bron. Zgodzilem sie pod warunkiem, ze zwolni
takze „Pikadora“. Nie zgadzal sie, ale widzac, ze nie ustapie,
dal slowo honoru, iz z chwila, gdy zobaczy woz z bronia, zwolni nas obydwu.
Wydalem im bron, ktora przechowywalem w budce lesnej. Po wyjsciu z wiezienia, w drodze do domu, podbiegla do nas dziewczyna i
szybko powiedziala, ze przynosi wiadomosc od „Lucjana“, ze jesli ja
wroce do domu, bede natychmiast aresztowany przez NKWD. Nie chcac
niepotrzebnie narazac „Pikadora“, pozegnalem go, obiecujac odwiedzic
jego matke w Radomsku, i boczna sciezka udalem sie do kolegi „Murzyna“,
ktoremu wyjasnilem cala sytuacje. Prosilem, zeby poszedl do mego brata i
powiedzial, ze czekam na niego w umowionym miejscu, jak rowniez, ze
potrzebuje zmiane bielizny i jesli ma, rowniez nieco pieniedzy. Polecilem
mu rowniez, by w razie aresztowania kogokolwiek, mnie obciazyc
odpowiedzialnoscia za wszelkie przewinienia zwiazane z dzialalnoscia AK na
naszym terenie. Z bratem zobaczylem sie, i jak dowiedzialem sie pozniej, to on po powrocie
zastal juz dom otoczony zolnierzami, ktorzy po dokladnej rewizji domu i
calego gospodarstwa, zabrali go na posterunek, celem przesluchania. Na
drugi dzien zostal jednak zwolniony. Rewizje u niego i przeszukiwanie lasu
powtarzano jeszcze kilka razy. Pozniej nawet zakwaterowano instruktora
rolnego u niego, z poleceniem obserwowania. Tak zaczal sie moj okres
ciaglego ukrywania sie. Posiadalem falszywy dowod na nazwisko Jablonski Czeslaw, wiec tylko tym sie
odtad poslugiwalem. Zatrzymalem sie na krotki okres u rodziny „Pikadora“
w Radomsku, lecz po paru tygodniach zostalem aresztowany przez NKW-dziste,
ktoremu asystowalo dwoch milicjantow. W sukurs przyszly mi dwie mlode
studentki, ktore namowily Kacapa, by napil sie wodki i zatrzymal sie na
wieczorek. Zgodzil sie, polecajac milicjantom, by odprowadzili mnie do
aresztu. W drodze jeden z nich dal mi znak, bym uciekal. Skorzystalem
natychmiast. Kilka tygodni spedzilem w Krakowie w domu akademickim, jako student
Uniwersytetu Jagiellonskiego. W czasie mego tam pobytu zglosil sie do mnie
organista F. Drab ze Slupi, z wiadomoscia, ze ks. Palysiewicz zostal
aresztowany pod zarzutem jekiejs „szkodliwej dzialalnosci“. Wydalem mu
moj pisemny rozkaz - z wsteczna data – skierowany do ksiedza, z
poleceniem wykonania zarzucanej mu dzialalnosci. Mam nadzieje, ze byl mu
pomocny do jego obrony. Tam tez, dzieki „Lucjanowi“, otrzymalem
wspomniana poprzednio legitymacje, ktora uprawniala mnie do bezplatnych
przejazdow. Ze wzgledu na czeste kontrole musialem jednak Krakow opuscic. Od zony „Pikadora“, Marietki, otrzymalem wiadomosc, ze zaistniala
mozliwosc wyjazdu za granice razem z transportem francuskich jencow
wojennych. Zglosilem sie
natychmiast. Otrzymalem nawet kilka fotografii i list polecajacy do jej
krewnych za granica. Poniewaz
mialo byc kilka miejsc, wiec zawiadomilem „Macka“ i „Sokola“.
Czekalismy do umowionego czasu, nastapila jednak jakas zmiana i jency
zamiast koleja, zostali odeslani samolotem. Myslalem, ze przedostane sie w inny sposob, wiec list ten zabralem ze soba.
Wraz z kolegami wyjechalem do Jeleniej Gory. Tam jeden z zolnierzy „Marcina“
- „Jacek“, dzier zawil
duza, w centrum miasta polozona, restauracje pod nazwa „Switezianka“.
Przyjal nas chetnie i udzielil gosciny. Uzgodnilismy, ze przedostaniemy
sie do Czechoslowacji, a zwlaszcza do Pilzna, skad juz latwo na Zachod.
Dolaczyl sie jeszcze do nas Mieczyslaw Mazurkiewicz i Wladyslaw Morsztyn
–„Noga“, z majatku Bieganow. W piatke przekroczylismy granice do Czechoslowacji. Na pierwszej stacji
kolejowej jakis oficer milicji zaaresztowal mnie i „Noge“, i pociagiem
odstawil do wiezienia w Hradec Kralowe. Tam, w czasie rewizji, do ktorej
musielismy sie rozebrac do naga, korzystajac z chwilowego oddalenia sie
straznika do drugiego pokoju, udalo mi sie list Marietki wsunac do
ulozonych przy scianie akt, zdaje mi sie z 1930r. Poczatkowo bylismy rozdzieleni, lecz po paru dniach "Noge"
przyprowadzili do mej celi. Od czasu do czasu - za nasza zgoda – brali
nas do pracy wewnatrz zabudowan, jak mycie wozow lub sprzatanie. Musze
przyznac, ze nie stosowano w stosunku do nas zadnych grozb czy bicia.
Widocznie nasze tlumaczenia, ze szukalismy krewnych, wydaly im sie
prawdopodobne. Po okolo dwu tygodniach oznajmiono nam, ze zostaniemy odeslani do polskiej
placowki granicznej. Przyjalem to z udana radoscia. Odprowadzal nas
uzbrojony straznik. Poznym popoludniem minelismy miasto. Juz na dalekim
przedmiesciu straznik zatrzymal sie przed sklepikiem, kazal nam pozostac, a sam wszedl,
by kupic chleb dla siebie. Prosilem o kupno i dla nas, i wreczylem mu
pieniadze. Gdy tylko drzwi zamknely sie za nim, ucieklismy natychmiast.
Przylegajace ogrody dawaly nam dobre schronienie, a na dodatek zaczelo sie
nieco sciemniac. Z ukrycia uslyszelismy kilka strzalow lecz na tym sie
skonczylo. W nocy przekroczylismy granice i na drugi dzien pozegnalem sie z „Noga",
ktory mial wrocic na studia, a ja do Jacka. "Noga" prosil mnie o
przyrzeczenie, ze jesli bede znow wyjezdzal, zeby go zabrac ze soba.
Podalem mu adres do „Jacka“ i prosilem, by napisal. Otrzymalem list,
lecz nie od niego, a od siostry, ktora prosila mnie, by go z soba nie
zabierac, gdyz ani ona ani matka, nie przebolalyby rozlaki. Przystalem
wiec na jej prosbe. "Jacek" ucieszyl sie z mego powrotu. Za utrzymanie prowadzilem mu
ksiegowosc, jak rowniez rozliczalem kelnerow. Z poczatkiem grudnia do
"Jacka" przyjechal jego znajomy, kol. Zygmunt Szreniawski ze
Szczekocin. Byl goncem u "Boruty i znal mnie rowniez. W drugiej polowie grudnia przyjechala do "Switezianki" pani Cioch -
zona majora, ktory przebywal za granica w armii gen. Andersa. Towarzyszyl
jej mezczyzna, ktorego przedstawila jako kuzyna. Zglosila sie nie do
"Jacka" lecz do mnie, a na pytanie skad o mnie wie, wyjasnila,
ze zostala tu skierowana przez AK i ma nadzieje, ze ja im pomoge. Na
pytanie, kim jest jej towarzysz wyznala, ze jest to - o ile pamietam - dr
Wodzinski - profesor na wydziale medycznym Uniwersytetu Jagiellonskiego,
ktory przewodniczyl komisji Czerwonego Krzyza wyslanej z Generalnego
Gubernatorstwa do badan zbrodni w Katyniu. W pozniejszym czasie opowiadal
mi, ze na podstawie porownania rodzaju ziemi ze stanem cial pomordowanych,
mogl okreslic w przyblizeniu date smierci. Do "Switezianki" prawie codziennie przychodzil komendant miasta na
jeden kieliszek. "Jacek" obarczyl mnie funkcja gospodarza w
stosunku do niego. Przyjmowalem go zawsze w oddzielnym pokoju, a
napelniajac rownoczesnie kieliszek dla siebie, stworzylem mozliwosc
nieprzyjmowania pieniedzy. Przyjemnie bylo z nim pogawedzic; byl
kulturalny i chyba mial wyzsze wyksztalcenie. Rzadko kiedy wypil wiecej
niz dwa kieliszki. Pare dni po przyjezdzie pani Ciochowej, przyszedl jak zwykle. Zegnajac sie,
zawrocil od drzwi, i uzywajac mego wlasciwego nazwiska powiedzial, ze
otrzymal wiadomosc, ze ze Szczekocin przyjedzie gosc do rozpoznania mnie.
Dodal, ze juz od dluzszego czasu wiedzial, kim jestem; powiedzial mi
rowniez, ze ma prawo wydac przepustke na przejscie granicy i przebywanie w
Czechoslowacji, lecz nie dalej, niz 8 km od granicy. Gdybym uwazal, ze to
korzystne, to chetnie mi ja wystawi. Podziekowalem za propozycje i
poprosilem o czas do namyslu. Przedstawilem sytuacje moim gosciom i
postanowilismy na drugi dzien opuscic goscinna Jelenia Gore.
"Jacek" obdarowal mnie markami niemieckimi i na pamiatke
wreczyl mi zlota monete, powszechnie zwana "kasztanem", wartosci
okolo 25 funtow angielskich. Zygmunt mial kuzynke, ktora mieszkala w Niemczech Wschodnich, niedaleko
granicy. Udalismy sie w jej kierunku. W miejscowosci polozonej nad Nysa
Luzycka zatrzymalismy sie dla zorientowania sie w naszej sytuacji. Byl tam
opuszczony i czesciowo zrujnowany majatek ziemski z duzymi zabudowaniami
gospodarczymi. Przez Nyse prowadzil most, na ktorym straznicy sprawdzali
przepustki. W miescie stacjonowali zolnierze sowieccy i milicja. Na
pietrze nad jakims magazynem znajdowala sie duza kuchnia. Znalezlismy
troche naczyn kuchennych, duzo drzewa i siano w bocznych pomieszczeniach.
Zagospodarowalismy sie jak na swoim. W ogrodzie znalezlismy przemarznieta brukselke, ktora p. Ciochowa przyrzadzila na jarzyne. W
dalszych poszukiwaniach znalezlismy jedno wioslo i niewielka wanne z
lekkiej blachy. Sprawdzilismy, ze nie byla uszkodzona, wiec postanowilismy
sie nia posluzyc do przeprawy przez Nyse. Znalezlismy tez sznury, ktore po
zwiazaniu dawaly nam ponad 200 m dlugosci. Upatrzylismy miejsce przeprawy
i z nastaniem nocy zorganizowalismy sie do przeprawy. Jako najwiecej obznajomiony ze sportem wodnym, przeplynalem pierwszy; reszta
poszla latwo, bo z jednej strony przeciagali pusta a ja juz obciazona
pasazerami wanne z drugiej strony. Tak wiec kolejno profesor, p. Cioch i
na koncu Zygmunt, znalezlismy sie na niemieckiej stronie. Odetchnelismy z
ulga i z nadzieja ruszylismy dalej. Po przejsciu okolo kilometra spotkala
nas niezbyt mila niespodzianka. Na rozlewisku pokrytym lodem wylala woda
okolo 20 - 30 cm gleboka. Nie bylo innej rady, jak zdjac obuwie i te
kilkaset metrow przejsc boso. Nie bylo tak zle, bo po wlozeniu obuwia i
szybkim marszu, nogi sie szybko rozgrzaly. Do krewnych Zygmunta dotarlismy
nastepnego dnia. Przyjeto nas bardzo goscinnie, i co najwazniejsze,
dostalismy od kuznki adres i nazwisko przewodnika, ktory przeprowadzal na
strefe amerykanska. Wykupila rowniez dla kazdego bilety do ostatniej
stacji. Nastepnego dnia jechalismy juz koleja i po przesiadce w Lipsku, gdzie
spotkala mnie i Zygmunta niemila niespodzianka, dotarlismy do celu.
Przewodnik, ktory mieszkal u krewnych na wsi, przenocowal nas w stodole i
dopiero nastepnej nocy ruszylismy do przejscia granicy. Jak sie okazalo,
byl on profesorem w Austrii. Jesli chodzi o wynagrodzenie, oferowalem mu otrzymana od "Jacka"
zlota monete. Akceptowal ja bardzo chetnie. Opowiadal nam, ze
przeprowadzal uciekinierow juz wiele razy i po przejsciu na druga strone
straz amerykanska chetnie im pomagala. Uczulil nas rowniez, ze winnismy
sie zachowywac bardzo cicho, bo straznicy zwykle patroluja z psami.
Szczesliwie udalo nam sie wszystko. Przewodnik oferowal, ze jesli sobie
zyczymy, doprowadzi nas do placowki amerykanskiej. Jakiez
jednak bylo zaskoczenie nas wszystkich; zolnierze ci nie tylko, ze nam
pomocy nie udzielili, lecz natychmiast aresztowali nas wszystkich, lacznie
z przewodnikiem. Po sprawdzeniu dokumentow, naszego opiekuna przekazali
policji niemieckiej, a nas czworo umieszczono w sali sadowej, w ktorej
spotkalismy kilkanascie osob poprzednio zatrzymanych. Straznik
poinformowal nas, ze najprawdopodobniej bedziemy odeslani do granicy.
Prosilismy dowodce tego oddzialu, by odeslal nas do jakiejs jednostki
wojska polskiego, lecz nic nie pomoglo. Powiedzial krotko, ze jaki ma
rozkaz, taki wykona. Na drugi czy trzeci tez dzien zaladowali nas do ciezarowki i w asyscie
uzbrojonych MP odwiezli do straznicy granicznej. Tam jednak podoficer
sowiecki, widocznie nie w humorze, stwierdzil, ze nie ma zadnej umowy
dotyczacej przejmowania uciekinierow, i jesli, to moze przyjac tylko
wojskowych, a cywilow nie chce znac. Widzac, ze sie nie dogadaja,
przywiezli nas z powrotem. Na drugi dzien dowiedzielismy sie od tego
samego straznika, ze z poczatkiem przyszlego roku zostaniemy odeslani do
miasteczka Hof, gdzie znajduje sie placowka wymienna. Myslelismy wspolnie
o ucieczce, lecz profesor zalamal sie i probowal znalezc inny sposob
wyzwolenia sie; pani Ciochowa, przeczuwajac cos, w ostatniej chwili przy
pomocy straznika uratowala go od smierci przez powieszenie sie w toalecie.
W czasie poprzedniego aresztowania przez UB byl katowany. Zolnierze AK
odbili go, gdy byl przewozony pociagiem. Najwidoczniej wolalby smierc, niz
powtorne "badania". Ustalilismy, ze ja z Zygmuntem bedziemy probowali ucieczki, a oni pozostana.
Pomoca w tym celu bylo polozenie sali. Czesc jej byla podwyzszona i
okolona okolo 1-go metra wysokim pulpitem; tam tez znajdowaly sie drugie
zamkniete drzwi do innych pomieszczen. Zygmunt pomagal swemu bratu w prowadzeniu warsztatu
slusarskiego i latwo zamienial lyzeczke do herbaty na wytrych;
sprobowalismy i zamek otwieral sie z jego pomoca. Umowilismy sie, ze noca w Nowy Rok, profesor wyjdzie do toalety, a my,
korzystajac z nieobecnosci straznika, nawiejemy. Mimo nieprzewidzianych
trudnosci, plan wykonalismy. Zmeczeni dotarlismy do polskiego obozu z
nadzieja, ze uzyskamy jakas pomoc, chocby w postaci zaswiadczenia
upowazniajacego nas do przebywania w tej strefie. Zostalismy natomiast
wystraszeni nagla rewizja tegoz obozu przez M.P. Pociagiem dojechalismy do Norymbergi, gdzie w niedalekiej odleglosci
przebywala i nadal tworzyla sie kompania wartownicza NSZ. Zglosilismy sie
do d-cy kompanii, ktory, przypuszczam, ze znal mnie poprzednio, gdyz po
kilku moich wyjasnieniach zaproponowal mi stanowisko d-cy plutonu w
stopniu pporucznika. Zgodzilem sie chetnie proszac go, by jak najpredzej
dal znac polskiej jednostce wojskowej, ktora moglaby przyjsc z pomoca
pozostalym w areszcie naszym towarzyszom. Dowiedzialem sie pozniej, ze po
naszej ucieczce zostali oni oskarzeni o wspoludzial i sadownie skazani na
kare dwoch tygodni aresztu. W czasie odsiadywania aresztu interweniowala
polska placowka wojskowa. Traktowanie ich polepszylo sie i po odsiedzeniu
kary zostali zwolnieni. Wyjasnil sie rowniez powod aresztowania nas. Przypuszczalnie na zyczenie
Stalina, Truman w grudniu wydal zarzadzenie – pozniej wycofane - azeby
wszyscy uciekinierzy ze wschodu byli natychmiast odsylani do swych krajow
pochodzenia. W kompaniach wartowniczych pelnilem sluzbe az do wyjazdu do Australii, tj. do
polowy 1949r. W Australii przez pierwsze pare lat pracowalem jako robotnik
kolejowy, prawie, ze na pustyni. Pozniej jako mierniczy w tej samej
instytucji. W 1959r. sprowadzilem z Polski panne Ludwike Zdrojewska z
Bydgoszczy; przezyla ona "krwawa niedziele" w Bydgoszczy,
rowniez jako Polka – niemiecka okupacje. Jest na pewno lepsza Polka niz
ja. Poslubilem ja i do tej pory razem zyjemy. W 1974r. przeszedlem na
emeryture a w 1980r. przenioslem sie z Poludniowej Australii na Tasmanie.
W kraju od czasu ucieczki nie bylem. Wyjasnienia
Pragne wyjasnic, ze Slupia, o ktorej pisze, obecnie nosi nazwe Slupia
Jedrzejowska. Przy podawaniu niektorych szczegolow korzystalem z bardzo
dobrej ksiazki pt. "Jodla" - autor Wojciech Borzobohaty, (Instytut
Wydawniczy Pax, Warszawa 1988r., wyd. II). Szczegoly dotyczace tajnego
nauczania uzgodnilem korespondencyjnie z kolegami w Polsce, szczegolnie z
Janem Kubickim ze Slupi, ktory jest wspolautorem ksiazki o tajnym
nauczaniu. Ksiazka ta, o ile mi wiadomo, nie zostala jeszcze wydana. Po
zapo-znaniu sie z ksiazka "Jodla", prosilem kol. "Cisa",
by zwrocil sie do jej autora z prosba o uzupelnienie. Otrzymalem odpowiedz,
ze plk. Borzobohaty w rozmowie telefonicznej zgodzil sie chetnie to
uczynic w nastepnym wydaniu. Wydawca Pax'u radzil, ze zanim to nastapi, postara sie umiescic artykul w
wydawnictwie "Kierunki", co rowniez uczynil. Fotokopie w/w
zalaczam. Uwazam jednak, iz artykul ten nie daje pelnego i prawdziwego
obrazu; przedstawilem go wiec takim, jakim byl w rzeczywistosci. Dziwi
mnie, ze w calym obwodzie wloszczowskim nie ujeto dzialalnosci placowek.
Podejrzewam, ze na skutek aresztowania komendanta obwodu, majora
"Jura", dowody te zostaly ukryte, wzglednie zniszczone. W 1978r.
pisal do mnie "Murzyn" proszac o interwencje w sprawie
odznaczenia. Przy tej okazji prosilem o weryfikacje dla mnie, zwracajac
sie do Komendy Glownej w Londynie. Z odpowiedzi, jaka otrzymalem, wynika,
ze komenda zadnej ewidencji o mnie nie posiadala. Bedac w Niemczech
slyszalem pogloski, ze czesc dokumentow AK zostala wykradziona i
przewieziona do Polski. Czyzby pech chcial, ze i moje tam sie znalazly? Ale
jeszcze pare slow o mnie. Nauke w gimnazjum z powodow rodzinnych przerwalem.
Sluzbe wojskowa odbylem w 27 p.p. w Czestochowie. Szkole podoficerska w
kompanii CKM ukonczylem w stopniu kaprala. Swiadectwo dojrzalosci
uzyskalem jako ekstern. Kurs podchorazych skonczylem w AK. Marzeniem moim
byly wyzsze studia. Zapisywalem sie na nie dwukrotnie, lecz nie bylo mi
danym ich ukonczyc. Wychodzac z zalozenia, ze latwiej jest cos odrzucic niz dodac, pozwolilem
sobie na tak obszerne i moze w niektorych wypadkach niepotrzebne opisy.
Chcialem jednak przedstawic prace, wzloty i upadki na tej - jak to mowia -
zapadlej wsi - placowce taka, jaka byla w rzeczywistosci i jak ja pamietam.
P.
Czechowski "Kuba" Od Redakcji: Tym
odcinkiem koncza sie wspomnienia p. Piotra Czechowskiego ps. „Kuba“
– zolnierza Armii Krajowej, ktoremu dziekujac za nadeslane materialy,
zyczymy wiele lat zdrowia i pomyslnosci. T.M.Kilarski |