ILU MASZ PRZYJACIÓŁ…

 

IRENA SANTOR W «PIWNICY U INEZ»

 

 

Wywiad z Ireną Santor, przeprowadzony przez Piotra Lisowskiego z Widen

 

«Piwnica u Inez» – jedyna w swym rodzaju placówka polskiej kultury w Szwajcarii, mieszcząca się w Baden, obchodziła 20 listopada 1999 r. swój jubileusz: pięć lat upłynęło od czasu, kiedy to Radca Ambasady w Bernie d/s Kultury i Prasy, Jan Zieliński, otworzył podwoje «Piwnicy» przecinając symboliczną wstęgę.

"Ilu masz przyjaciół" – to tytuł piosenki, którą gospodyni, Inez Kilarska-Naglicka, powitała gości na kolejnym spotkaniu ważnym nie tylko z okazji tej rocznicy, ale przede wszystkim z racji recitalu Ireny Santor, która zechciała zaszczycić piwniczne progi. Pełna salka dowiodła po raz kolejny, że grono przyjaciół Inez jest wielkie.

 

 

 

 

foto: F. Naglicki

 

„Nie mogłam odmówić koleżance po fachu“ – tak skomentowała Irena Santor fakt przyjęcia zaproszenia przez Inez Naglicką – obie są bowiem wychowankami słynnej śpiewaczki, prof. Wandy Wermińskiej, pod okiem której przed laty szkoliły sztukę wokalną. Irenie Santor towarzyszyły dwie osoby: Maria Figiel, która wywiązała się doskonale nie tylko z zadań konferansjera, ale też wokalistki i pianistki zapewniając w sposób interesujący i dowcipny ciągłość programu, oraz Marian Siejka, pianista i skrzypek, który poza akompaniamentem dla gwiazdy wieczoru, Ireny Santor, dał również próbkę wirtuozerii muzycznej w utworach solowych.

 

 

Ten wieczór pełen natchnień, wspomnień i atmosfery polskości pozostanie na długo
w pamięci wszystkich, którzy go przeżyli.

 

Piotr Lisowski (PL):  Był to już kolejny wspaniały wieczór w „Piwnicy u Inez“. Gościło tu wielu naprawdę wybitnych artystów, niemniej potrzeba było aż pięciu lat, by móc zobaczyć i usłyszeć tu Panią.

 

Irena Santor (IS): To tylko dlatego, że przed pięciu laty postanowiłam zrezygnować
z pracy na estradzie. Po czterdziestu latach pracy poczułam się zmęczona ciągłymi wyjazdami i mieszkaniem w walizce, kiedy grzałka wydawała się być przedmiotem czasem nawet ważniejszym od ubioru. Chciałam się wyzwolić od wszystkich trudów, gdyż mimo, że przejechałam Polskę wzdłuż, wszerz i na ukos, że przejechałam świat, to tak naprawdę widziałam z tego jedynie drogi, hotele i sceny. Chciałam pomieszkać trochę w domu, we własnej szafie i dlatego przez pięć lat nie występowałam, ale piąte urodziny «Piwnicy u Inez» oraz fakt, że jesteśmy koleżankami z tego samego fachu – to wystarczający powód, żeby się złamać i wystąpić ponownie. Jest mi bardzo miło, że Inez zechciała mnie zaprosić. Miałam dużą tremę – zapomniałam o technice zdobywania słuchacza. Zdradzę Panu pewną tajemnicę: otóż kiedy występujemy, musimy go za każdym razem zdobyć, naszym celem jest zawojowanie słuchacza. Jeżeli widz, słuchacz przychodzi na koncert, to musi on być ‚mój‘, czyli musi przejąć ode mnie to, co ja chcę mu powiedzieć – to się oczywiście nie zawsze udaje, bo każdy ma prawo powiedzieć:  „a mnie się to nie podoba“ i być opornym, ale  to zdobycie jest zawsze  naszym celem. My, wykonawcy, chcemy słuchacza ‚zawojować‘ duchowo, Emocjonalnie. Tego nie można przygotować na próbie, to wszystko dokonuje się dopiero wtedy, gdy przychodzi widz.

 

PL: Pragnę wyrazić wdzięczność słuchaczy, których Pani ‚zawojowała‘, byliśmy wszyscy oczarowani, ale wracając do przeszłości – występy publiczne rozpoczęła Pani
 w zespole «Mazowsze» piosenką „Ej przeleciał ptaszek“ – czy chętnie wspomina Pani tamte czasy?  

 

IS: Tak, z rozczuleniem - to była bajkowa przygoda w moim życiu. Przecież do momentu, kiedy znalazłam się w «Mazowszu» byłam sobie uczennicą i to – proszę sobie wyobrazić – w Gimnazjum Zdobienia Szkła w Szczytnej Śląskiej koło Polanicy Zdroju. Już od dzieciństwa, od przedszkola, zawsze musiałam odśpiewywać wszystkie akademie, wszystkie rocznice, tak więc moja nauczycielka zdecydowała, że może dla wspólnego dobra fabryk, które produkowały szkło i tych, którzy je potem kupowali oraz dla mojego dobra powinnam po skończeniu szkoły zmienić profesję. Kiedyś do tamtejszego Domu Zdrojowego przyjechał Zdzisław Burzyński, który był wtedy dyrektorem opery w Poznaniu. On to mnie przeegzaminował, tak sobie ‚z marszu‘ i dał mi list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego. Tak oto dostałam się do «Mazowsza» – takimi trochę ‚bocznymi drzwiami‘ – tam przepracowałam, przeżyłam, przeuczyłam się pełnych osiem lat. Tak się złożyło, że po opuszczeniu zespołu Stefan Rachoń zaproponował mi trudne nagra-nie do podkładu sporządzonego uprzednio dla Sławy Przabylskiej – z tym, że ona jak wiadomo jest altem – ja natomiast sopranem. Ile ja się namęczyłam – zaczęłam palić papierosy, żeby obniżyć głos. Zachrypłam, ale jakimś cudem nagrałam tą piosenkę i to był mój bilet wstępu do radia.

 

PL:  Od piosenki Sławy Przybylskiej się zaczęło.

 

IS:  Tak – później dostałam propozycję, abym nagrała walca „Embarras“. Dla mnie najtrudniejszą sprawą była zmiana – że to tak nazwę – estetyki, przejście od piosenki ludowej do piosenki rozrywkowej, która wymaga innego sposobu śpiewania – co nie było wcale łatwe. Musiałam przestawić się duchowo, mentalnie, usłyszeć inny rodzaj dźwięków, śpiewać w innej harmonii, śpiewać inną frazą, inny tekst – poza tym słuchać kolegów, jak oni to robią i nie powtarzać tego, co oni robili.

 

PL:  Czyli pobyt w «Mazowszu» był dla Pani bardzo znaczący?

 

IS:  Tak, zetknięcie z osobowością Sygietyńskiego, który prowadził «Mazowsze» było kontaktem z człowiekiem – użyję jego słowa świadomie – nadzwyczajnym. Studiował medycynę, muzykę, ale czuł się etnografem i tak też sam mówił o sobie. Okres ośmiu lat w «Mazowszu» zostawił na mnie to piętno muzyki ludowej, ja ją kocham, potrafię jej słuchać, ja umiem wyłuskać jakby tą prawdę z piosenek ludowych. Niestety doszło do zabrudzenia muzyki ludowej przez np. „disco-polo”.

 

PL: Jest Pani obeznana ze stanem oraz z rozwojem ‚kultury śpiewanej‘ w Polsce.
W programie telewizyjnym „Szansa na sukces“ oceniała Pani potencjalne piosenkarki
i piosenkarzy. Co sądzi Pani o rozwoju polskiej piosenki w chwili obecnej, w lustrze przemian ostatnich lat.

 

 IS:  Zmieniło się właściwie wszystko i to zasadniczo. Świat się przekręcił. Kiedy przed laty przyszła moda na to, co się u nas nazywało mocnym uderzeniem – to była rewolucja, trzęsienie ziemi globalne. Wywarło to wpływ na całą muzykę rozrywkową – zanim się to wszystko uporządkowało, zanim się okazało, że nowy styl jest równie wartościowy, musieliśmy przejść przez to, co niesie każda rewolucja – przez odsuwanie tego, co było dawniej na margines, zalała nas nowa moda. Okazało się wkrótce, że różne kierunki muzyki mogą z sobą współgrać, mogą się ze sobą łączyć, przenikać nawzajem i dopiero wtedy stać się czymś ważnym i dobrym. Urodziłam się i wychowałam w czasach, kiedy gwóźdź i młotek wystarczał, by zrobić rzeczy wspaniałe. Dlaczego Pan mówi, że 01 i 01 i 01 to niekoniecznie jest trzy – ja bym to chciała pojąć. Ale chyba nie pojmę... Dochodzę do wniosku, że w obecnych czasach z powodu tego, iż człowiek nie jest w stanie wszystkiego zrozumieć i na wszystkim się znać, jest łatwym łupem dla manipulacji. Dzisiaj jakiś hochsztapler, który będzie wyrywał struny z fortepianu, może stanąć i patrząc Panu w oczy, powiedzieć: „To jest odkrycie Ameryki, tylko Pan się na tym nie zna, czy Pan rozumie – to jest muzyka“. W zależności od tego, jakim jest demagogiem, wmówi to Panu, a Pan dojdzie do wniosku: „Ja się rzeczywiście na tym nie znam, to być może jest wspaniałe“.

 

PL: Co Pani sądzi o neologizmach obcego pochodzenia w języku polskim typu: „fan“ zamiast „wielbiciel“?

 

IS:  To jest właściwie to samo, co brak szacunku dla własnego domu. Dla mnie wielbiciele są ważni, z „fanów“ mogę zrezygnować.

 

PL:  Występowała Pani na największych scenach Polski i świata, gdzie na widowni siedziały tysiące ludzi, miliony podziwiały Pani kunszt piosenkarski przy ekranach telewizyjnych. Wczoraj wystąpiła Pani na maleńkiej scenie. Gdzie śpiewa się Pani najlepiej?

 

IS:  Małe sceny są przyjemniejsze, ale i trudniejsze. Na dużej estradzie wobec tej wielkiej, masowej widowni człowiek, choć jest malutki, jeden na wielkiej scenie, jest bardziej anonimowy. Może jest trudniej tę masę ludzi ogarnąć, skupić ich wokół siebie, z drugiej jednak strony można ukryć wiele, czego widz nie dostrzega. W małej sali, jak wczorajsza, trudność polega na tym, że publiczność widzi każdy grymas, każdy gest, każdy oddech, krople potu na twarzy.

 

P L:  Jak Pani ocenia atmosferę «Piwnicy u Inez»?

 

IS:  Jestem zafascynowana faktem, że Inez okazała tyle entuzjazmu, wręcz fanatyzmu i stworzyła coś takiego jak ta «Piwnica». Wszyscy inni dbają o to, aby mieć ciszę w swoim domu, zabezpieczając swoją intymność. Inez natomiast, wkładając w to wielką energię, skupia wokół siebie ludzi – jest to zalążkiem wspólnych zainteresowań, wymiany myśli i przyjaźni. Uważam, że jest to bardzo wielka rzecz.

 

PL:  Czy śpiewając „Powrócisz tu“ myślała Pani o ponownym przyjeździe do badeńskiej «Piwnicy»?

 

IS:  Jeżeli Pan to tak interpretuje, to czuję się zaproszona, z czego oczywiście jak najchętniej skorzystam. Bardzo dziękuję za zaproszenie.

 

PL:  Ja również dziękuję za bardzo miłą rozmowę.

Piotr Lisowski

________________________________________________________________________

 

P.S.   Irena Santor pochodzi z Pomorza, widziała jednak, jak z powojennych gruzów podnosiła się Warszawa – stąd zamiłowanie do tego miasta i wiele piosenek jej po-święconych.

Pani Irena nagrała 20 czarnych płyt długogrających (z tego dwie dla dzieci – śpiewane baśnie Andersena ‚Dzięcioł i sosna‘ oraz jedna poświęcona tylko Warszawie). Wszystkie te nagrania zostaną wznowione jako płyty kompaktowe – będzie ich 25.

________________________________________________________________________

 

Szczególne podziękowanie od Inez Kilarskiej-Naglickiej dla Pana Andrzeja Opary
(„Polonica Reisen“) oraz dr Paula Lipko za sponsorowanie biletów lotniczych dla artystów.