Polska nie-sądem stoi...

Tadeusz M. Kilarski

 

 

Tekst ten dedykuję Ministrowi Sprawiedliwości Rzeczypospolitej Polskiej p. Hannie Suchockiej, a także tym Osobom i Instytucjom, które nadzorują prace sądów Rejonowych, szczególnie Sądu Rejonowego w Warszawie. Aby być dobrze do końca zrozumianym – tekst ten nie ma na celu obrażenie kogokolwiek, a tylko zasygnalizowanie aberracji myślenia osób podejmujących decyzje, decyzje, które w sposób istotny zmieniają stan prawny uregulowany na stan przestępczy.

 

 

 Historia, którą  opowiem - choć wyda  się Wam  z pogranicza „Kafki”  i humoru (dość żałosnego) wydarzyła się jednak w rzeczywistości. I przykre w tym wszystkim, że dotyczy instytucji na wskroś poważnej - sądu. Ale przejdźmy do faktów.

 

Otóż małżonkowie A. po zawarciu  związku małżeńskiego w wyniku sytuacji w kraju na początku lat osiemdziesiątych wy-emigrowali do Szwajcarii. Tam otrzymali azyl polityczny. Po kilku latach rozstali się uzyskując rozwód przed sądem szwajcarskim.  Pan A. związał się z nową partnerką, z którą dorobił się syna, pani A. Zawarła nowy związek małżeński – również przed sądem szwajcarskim.

 

Minęło znowu kilka lat, padła (tak nam się wszystkim wtedy wydawało) Komuna, pani  A. wraz nowym mężem otrzymała  bez problemu z Konsulatu RP w Bernie nowy paszport na nowe nazwisko – rzecz jasna. 

Zaczęło robić się normalnie (a może też  nam się tylko to wydawało?). W każdym razie pracownicy konsulatu zaczęli przekonywać, aby i w kraju uregulować swoje sprawy cywilne, aby umiejscawiać w Polsce związki małżeńskie zawarte poza granicami kraju, by składać wnioski o uznanie rozwodów, które orzekły sądy szwajcarskie. To przecież czysta formalność - przekonywano. 

 

Pani A. przetłumaczyła wszelkie potrzebne dokumenty, napisała wniosek o uznanie rozwodu i jednocześnie drugiego małżeństwa trwającego już ponad 10 lat i zło-żyła to wszystko w Sądzie Rejonowym w Warszawie. Pierwsze co przyszło – to powiadomienie o konieczności opłacenia czynności, co zostało bezwłocznie zrobione. A potem... potem nastąpiła cisza.

 

 

Minęło 11 miesięcy. Pani A. postanowiła przypomnieć się sądowi i wysłała list polecony. Pozostał bez odpowiedzi. Wysłała więc drugi list polecony. Po jakimś czasie przyszła decyzja – krótka i ostateczna. Otóż jakiś urzędnik – nowy Gal Anonim, bo podpisujący się inicjałami  napisał, że on odrzuca wniosek i to bez prawa odwołania. Żadnego uzasadnienia, żadnego pouczenia co należy robić dalej, nic, po prostu ten ktoś ma ochotę odrzucić wniosek i to czyni, bez zastanowienia się nad konsekwencjami swojej twórczej decyzji.

 

Osobnik ten za jednym zamachem załatwił 3 rzeczy – potraktował sąd szwajcarski jako instytucję bez znaczenia, z pani A. zrobił bigamistkę co jest  przestępstwem, a na koniec w to przestępstwo wpakował Konsulat RP w Bernie, bo skoro ten wydał paszporty na nowe nazwisko to wziął pośrednio udział w utrwaleniu bigami. Nie muszę dodawać jaką wesołość wzbudziła ta decyzja wśród Polonii szwajcarskiej, do wzrostu powagi sądu na pewno się nie przyczyniła.

 

W czasie różnych spotkań, gdy mnie pytają jak długo będzie trwał w Polsce ten  Gombrowiczowski „ponury sen wariata” odpowiadam zawsze tak samo – dotąd dopóki nie zrobi się porządku z kastą urzędniczą, dopóki  urzędnik będzie bez odpowiedzialności, ale za to z prawem traktowania podatnika - dzięki, któremu żyje - jako persona non grata.

 

P.S: Czytelnicy, którzy spotkali się z równie absurdalnym potraktowaniem przez polskie instytucje administracyjne czy sądowe - proszę napiszcie do redakcji. Tylko publiczne wytykanie może otrzeźwi trochę decydentów w kraju i uzmysłowi im, że dzieje się coś nie tak, że czas na rzeczywiste zmiany