Rzeczpospolita 6 luty 2001

 

Nasz dom — Kolska

 

KAZIMIERZ ORŁOŚ

 

 

Politycy obozu posierpniowego robią wszystko, aby ludzie wysługujący się Rosji sowieckiej znów objęli rządy

 

O błędach popełnionych przez obóz posierpniowy na progu lat 90. napisano bardzo dużo. Ale pytania pozostają aktualne: skąd wzięły się bierność i marazm, które uniemożliwiły wówczas rozliczenia z komunizmem? Dlaczego opiniotwórcze kręgi inteligencji polskiej tak łatwo przysiady na ideę „grubej kreski"? Dlaczego cale społeczeństwo tak szybko zapomniało o „realnym socjalizmie" represyjności tamtego systemu i zbrodniach popełnionych przez funkcjonariuszy PZPR? Moim zdaniem, dziś, po upływie dekady, znacznie łatwiej dostrzec przyczyny. Jak również ocenić skutki błędów. Początek nowego pięciolecia prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego jest okazją, aby wrócić do tych spraw.

 

Niska świadomość narodowa

Zmarły przed kilku laty profesor dominikanin, ojciec Józef Bocheński, zwracał uwagę na niską świadomość narodową Polaków. W artykule „Co to znaczy być Polakiem?" („Kultura" paryska, nr 547/93) rozróżniał dwa pojęcia narodu: podstawowe i pełne. W pojęciu podstawowym narodem jest grupa ludzi, których łączą wspólne język, religia i miejsce zamieszkania. Natomiast pełne pojęcie obejmuje ponadto dobrą znajomość historii, kultury oraz to, co profesor nazwał „ideologią narodu", czyli „zespół poglądów i wyobrażeń określających rolę danej grupy ludzi. w dziejach ludzkości". Jeśli uznamy powyższe rozróżnienie za słuszne, należałoby pójść dalej: również świadomość naro-dową podzielić na podstawową i pełną. Pełną świadomość będą mieli ludzie wykształceni — przede wszystkim inteligencja humanistyczna oraz elity. Ci wszyscy, którzy znają historię, interesują się polityką oraz zdają sobie sprawę z uwarunkowań geopo-litycznych. Natomiast tzw. ludzie prości, niewykształceni, podobnym pełnym obrazem nie dysponują. Ich świadomość narodowa jest uboższa — niepełna.

 

Idąc dalej tropem myśli prof. Bocheńskiego, można by. dziś wskazać jeszcze jedną grupę, jak się zdaje, zwłaszcza wśród młodego pokolenia Polaków: ludzi bez żadnej świadomości narodowej. Tych wszystkich, którzy wprawdzie mieszkają nad Wisłą i mówią po polsku, jednakże nie przywiązują wagi do tego, gdzie się urodzili i w jakim kraju żyją.

 

W tym miejscu można by podsumować powyższy wywód: to jasne, że ludzi z podstawową świadomością narodową lub w ogóle pozbawionych świadomości, żyje w Polsce większość. I to oni przesądzają o wynikach wyborów, a tym samym o losach kraju. Taki jest paradoks demokracji. Można by także wspomnieć o coraz częściej wysuwanej tezie: rola inteligencji, więc tej grupy, która posiada pełną świadomość narodową, jest skończona. W nowym świecie, nazwanym wioską globalną — w świecie komputerów, Internetu i elektroniki — inteligenci-humaniści nie mają wiele do powiedzenia.    

 

Myślę, że powyższe dwie uwagi w pewnym stopniu tłumaczą wynik październikowych wyborów prezydenckich. A także uzasadniają prawdopodobny wynik wyborów do Sejmu i Senatu, jaki będziemy mieli w tym roku. Brutalnie można powiedzieć: ogół niewykształconych obywateli głosuje, nie zważając na mamrotania grupki inteligentów o racji stanu, ideałach, wartościach, uczciwości, honorze i temu podobnych mglistych pojęciach. O tym, na kogo głosować, decyduje kolor koszuli, krawat oraz elokwencja, czyli tak zwane gadane. Także to np., czy kandydat jest „swojakiem". Takie pojęcia, jak „swojak” lub znane z wojska „ziomal" (czyli ziomek), zastąpiły inne kryteria. „Niepokorni” patrioci i „ludzie służby" Bohdana Cywińskiego, odeszli na margines. Na placu pozostali „ziomale"!  To oczywiście bardzo uproszczona i jednocześnie przykra konstatacja. Ale wiele wskazuje na to, że jest bliska prawdy. Osiągnęliśmy poziom, którego skutkiem są rezultaty wyborów zaskakujące inteligentów polskich — tych zwłaszcza wiernych tradycjom patriotycznym i społecznikowskim, służbie sprawie i innym wartościom.

 

Odpowiedzialność inteligencji

Jednakże trzeba pamiętać, że to właśnie inteligencja odpowiada za ów stan zagubienia i dezorientacji tej podstawowej, większej części społeczeństwa. Wydaje się pewne, że to postawa opiniotwórczych kręgów inteligencji polskiej w okresie przełomu, na początku ubiegłej dekady, odegrała zgubną rolę. Można by powiedzieć, że skutkiem tamtych błędów są dzisiejsze preferencje wyborcze Polaków. Ale winni są nie tylko polity-cy z obozu „Solidarności". Również autorzy programów oświatowych i podręczników, nauczyciele historii w szkołach i na wyższych uczelniach, wykształceni księża, dziennikarze i publicyści. Bo któż inny odpowiada za to, że większość mieszkańców naszego kraju zapewne wciąż uważa Stalina za przyjaciela Polski. Sądzi, że Bierut był patriotą, a generał Anders zdrajcą? Lub za to, że hasło Katyń tak wielu ludziom nie mówi nic?

 

Dodać należy, że ogół Polaków nie rozumie języka książek, gazet, radia i telewizji. Naród porozumiewa się językiem prymitywnym i prostym, w którym pojęcia i słowa z dziedziny historii, polityki, ekonomii, nie mówiąc już o socjologii czy filozofii, są nieobecne, Nieobecne i niepotrzebne, co potwierdzają badania socjologów (m.in. przygnębiające wyniki badań UNESCO, o których pisało niedawno „Wprost").

 

Powtórzmy więc: kilka milionów Polaków idzie do urn wyborczych, nie dysponując elementarną wiedzą na temat historii własnego kraju, nie orientując się, kim są ludzie, na których głosują, jakie istnieją istotne różnice między partiami, opcjami i światopoglądami. Decyduje płytki i powierzchowny obraz zewnętrzny, przez telewizję sterowaną przez SLD. Co więcej, jeśli dziś przeciętny polski inteligent wie, że to komunistyczni generałowie wydający rozkazy, sekretarze rozsyłający dyrektywy i cenzorzy tropiący każde niepokorne słowo, tworzyli i przez lata utrzymywali totalitarny system, zwany komunizmem — to zapewne nie jest pewien, czy odsunięcie tych ludzi od publicznych stanowisk w wolnej Polsce było niezbędne. Zbyt wielu wybitnych polskich inteligentów — zwłaszcza spośród zasiadających przy Okrągłym Stole, a później w pierwszym wolnym Sejmie i rządach (notabene ludzi, bez których upadek komunizmu w Polsce przebiegałby inaczej i trwał dłużej) — przekonywało go, że nic podobnego. I wybrało inne rozwiązanie: „grubą kreskę". Stworzono więc sytuację taką, że wkrótce cała niemal komunistyczna nomenklatura powróciła do życia publicznego.

 

Przekonania można zmieniać jak kapelusze

Myślę, że przede wszystkim ta sytuacja podważyła elementarne społeczne poczucie sprawiedliwości, wprowadziła chaos pojęciowy i zatarła jasne kryteria. I miała jak najgorszy, destrukcyjny wpływ na stan świadomości całego polskiego społeczeństwa: bo skoro nikt nie byt winny, a wprost przeciwnie —komuniści wrócili w roli posłów senatorów ministrów, premierów, a nawet prezydenta — tzn., że nic złego nie działo się przez tamte 45 lat. O zbrodniach, takich jak wymordowanie tysięcy AK-owców po wojnie, zabijanie ludzi na ulicach w Czerwcu ‘56 i Grudniu ‘70, o „ścieżkach zdrowia" i skrytobójczych mordach na działaczach „Solidarności” w latach 80. — o całej wielkiej zapaści cywilizacyjnej, do jakiej doprowadziły rządy PZPR, zapomniano. Natomiast mnóstwo uwagi i słów poświęcono idei rozgrzeszania komunistów.

 

Nikt nie protestował, kiedy komuniści polscy zbiorowo zmienili poglądy i nagle stali się — z dnia na dzień — socjaldemokratami. Ten akt zbiorowego oportunizmu potraktowano jako rzecz naturalną i pobłogosławiono na wszystkie przyszłe wybory. W tym wypadku, naruszając elementarne poczucie przyzwoitości, które podpowiadało, że wierność ideałom i przekonaniom, choćby błędnym, jest godna szacunku. Okazało się, że nic podobnego: przekonania można zmieniać jak kapelusze.  Myślę, że to te błędy właśnie, których pierwszym skutkiem było nie uchwalenie przez wolny Sejm żadnej, choćby najbardziej łagodnej ustawy dekomunizacyjnej — dziś przynoszą dalsze, coraz bardziej niepokojące skutki. A przyniosą, zapewne, jeszcze gorsze.

 

W Warszawie — przed wyborami prezydenckimi w październiku ubiegłego roku — na wielkich afiszach przedstawiających prezydenta Kwaśniewskiego na tle hasła „Dom wszystkich — Polska", wymazywano niekiedy literę „P", wpisując na jej miejsce „K". Hasło „Dom wszystkich — Kolska" jest zrozumiałe dla warszawiaków. Na tej ulicy, jak wiadomo, znajduje się znana izba wytrzeźwień. Można by powiedzieć, że autorzy żartu-aluzji, zwracali przy okazji uwagę na wielki społeczny problem. Na plagę pijaństwa. Na ten swobodny, niczym nieograniczony dostęp do alkoholu i coraz niższy wiek młodych ludzi, często dzieci, zbieranych z ulic i zwożonych do izb wytrzeźwień. Zapewne również z tego powodu — zwłaszcza dla tych, którym hasło Katyń nie mówi nic — zachowanie prezydenta nad grobami w Charkowie nie było żadnym skandalem: obyczaj pijacki w naszym kraju jest powszechnie akceptowany i swojski.

 

Partia Rosji w Polsce

Jednakże dziś nie chodzi już tylko o to, jakiego typu i formatu ludzie będą reprezentować kraj i rządzić Polską przez najbliższe lata (co na przykładach zachowań prezyden-ta lub historii byłego premiera widać najlepiej). Moim zdaniem doprowadzono do bar-dzo niebezpiecznej sytuacji wewnętrznej, rzutującej na bezpieczeństwo państwa. Ludzie z SLD są przecież skompromitowani wieloletnią współpracą z ZSRR. Można by powiedzieć, że i dziś tworzą „partię Rosji" w Polsce. Gęsta sieć wzajemnych powiązań, zależności i kontaktów z „towarzyszami radzieckimi" była dla nich, jeszcze wczoraj, czymś powszednim i normalnym. Może nadal istnieje? Jaką możemy mieć gwarancję, że ci ludzie — przez tak wielu polskich inteligentów uznawani za „normalną europejską lewicę" — znów nie popchną kraju w objęcia Rosji?

 

To prawda: z obecnej perspektywy taka ewentualność jest mało prawdopodobna. Demokracja oraz międzynarodowa koniunktura zdają się być trwałymi gwarancjami polskiej niepodległości. Ale — jak uczy historia — zawsze trzeba pamiętać o możliwych kryzysach. Zwłaszcza w takim miejscu, jak nasz kraj — do niedawna korytarz z Azji do Europy. Miejsce, w którym nigdy nic nie było dane raz na zawsze.

 

O potrzebie czujności przypomniała dobitnie sprawa wykrycia rakiet (zapewne z głowicami nuklearnymi) zainstalowanych przez Rosję w obwodzie królewieckim. To bardzo groźne ostrzeżenie. Należy mieć nadzieję, że politycy AWS, odpowiedzialni za bezpieczeństwo kraju, zdają sobie w pełni sprawę, co to oznacza. Ale jak sprawę oceniają niedawni „właściciele Polski Ludowej" — polscy towarzysze komunistów rosyjskich? Czy możemy mieć pewność, że ci ludzie nie ulękną się gróźb? Nie ustąpią wobec tego typu szantażu i nie pójdą na podyktowane, w czasie spotkań, o których nie będziemy wiedzieli, warunki?

Wciąż niebezpiecznie

Reasumując powyborcze i przedwyborcze rozważania (z ubiegłego i tego roku) można by powiedzieć: dwie sprawy są dziś widoczne znacznie wyraźniej niż na początku lat 90. Po pierwsze, pod bokiem Rosji nasz kraj jeszcze długo nie będzie bezpieczny. I po drugie, ludziom, którzy tak niedawno współpracowali z sowiecką Rosją, nie należy ufać. Do pytań zatem, przypomnianych na wstępie, można dopisać nowe: dlaczego politycy obozu posierpniowego — prezesi różnych partii, frakcji, marszałkowie i ministrowie związani z AWS i UW — zachowują się tak, jakby żadnego niebezpieczeństwa nie było?

 

Dlaczego przez niekończące się kłótnie, podziały i wzajemne oskarżenia, wciąż rozbijają kruchą jedność? Patrząc z boku można powiedzieć, że robią raczej wszystko, aby ludzie wysługujący się wczoraj Rosji sowieckiej znów objęli rządy w kraju. Jak wówczas: niepodzielnie i na długie lata.

                                                                                                                 KAZIMIERZ ORŁOŚ