|
Na marginesie "Listu otwartego" z
numeru 1(214) 2001 N.G. Zarzuty
skierowane przeciwko mnie osobiście pomijam milczeniem. Nie
mogę natomiast nie zareagować na zarzuty skierowane pod adresem
zdegradowanego do "fałszerza historii" Juerga Stadelmanna. Z
Juergiem Stadelmannem zawarłem znajomość w roku 1989.
Wtedy to, z okazji 50 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej,
w Muzeum Historycznym w Lucernie zorganizowana została wystawa pod
tytułem "Zeugen der Zeit". (Nieco później ta sama wystawa ta
była pokazywana w Solurze).
Wystawa miała na celu zobrazować ważne wydarzenia
natury gospodarczej, społecznej i politycznej, jakie miały
miejsce w Szwajcarii
przed wybuchem wojny oraz
w latach wojennych. Urządzenie
całości sektora
"Cudzoziemcy w Szwajcarii" powierzono zurychskiemu
Stadelmannowi, zaś piszący te słowa otrzymał zaszczytne zadanie zwięzłego
lecz przekonywującego udokumentowania problemu internowania polskich żołnierzy
w Szwajcarii.
Jak wynika z recenzji oraz
z zainteresowania zwiedzających, obydwaj wywiązali się wyśmienicie
ze zleconego im zadania. Całość sektora udokumentowana była 48
planszami.
Sam problem internowania obrazowało 25 plansz jak również i duża
mapa Szwajcarii z oznakowaniem wszystkich obozów
porozrzucanych po całym terytorium Republiki Związkowej.
Mapa
ta, wykonana przy współpracy Stadelmanna,
zdobi obecnie jedną ze ścian w Muzeum Rapperswilskim. W
trakcie wykonywania naszych zadań miałem okazję zawrzeć bliższą
znajomość z nieznajomym mi dotychczas młodym historykiem (Był
nauczycielem historii w jednej z zurychskich szkół średnich, a
w tym okresie zbierał materiał swojej pracy doktorskiej na temat
problemu cudzoziemców, a zwłaszcza uciekinierów, w Szwajcarii). Już
wtedy mogłem stwierdzić jak wielkie było jego zainteresowanie problemem
polskich internowanych żołnierzy. Nic więc dziwnego, że
krótko po zakończeniu lucerneńskiej wystawy miałem zaszczyt
referować w Muzeum Polskim w Rapperswilu przed grupą zurychskich
nauczycieli, ze Stadelmannem na czele,
na temat historii Polski w ogóle i internowania w szczególności. W
roku 1990 udało mi
się, nie bez - najczęściej tych typowo polskich -
przeciwności,
zorganizować w Rapperswilu Światowy Zjazd Internowanych. I tutaj
Stadelmann był obecny.
Przy okazji
wycieczki do Huttwil, Madiswil i Solury Stadelmann zorganizował
"wyskok " kilku byłych Buerenczyków na miejsce ich zesłania,
t. j. do Bueren, aby tam, a miejscu,
otrzymać autentyczne relacje o ich życiu w tamtejszym obozie. (O
ten epizod zahacza w swojej książce
"Concentrationslager"). Z chwilą gdy Stadelmann począł wykładać
historię również i na Technikum Rapperswilskim, przy każdej nadarzającej
się okazji
korzystał z moich usług, tym razem dla swoich tamtejszych pupilów.
Poza tym Stadelmann był inicjatorem mojego oficjalnego referatu w roku
1993 na temat "Polen und die Schweiz" jaki zaproponowała mi
Dyrekcja Technikum. Po
powierzeniu mu stanowiska nauczyciela historii w lucerneńskim gimnazjum i
po powołaniu go na dyrektora Towarzystwa Historycznego w Lucernie, Juerg
Stadelmann tylko rzadko, bardzo rzadko miał okazję korzystania z moich
"rapperswilskich" usług.
Mimo to, dzięki jego inicjatywie mogłem wygłosić odczyt przed
uczniami w tutejszego gimnazjum na temat II Wojny Światowej i
internowania, (zob. recenzję w Brueckenbauer
z 26.04.95)
a w rapperswilskim jak też i w winterthurskim Technikum, Bereich
Siedlungsplanung, miałem wykład na temat
"Geschichte Nordpolens sowie Geschichte und Entwicklung
Danzigs".
Mimo ogromnego nawału pracy Juerg Stadelmann również i w swych
lucerneńskich
latach, co stwierdzam z całą stanowczością, nie przestał być
bardzo pozytywnie ustosunkowany do Polaków.
Dał temu
nie jednokrotnie
wyraz (m.in. ostatnio podczas obydwóch uroczystości
inauguracyjnych swej książki, t. j. w Bueren i w Lucernie, jak również
podczas pamiętnego jesiennego dnia
w Bueren). O
ile chodzi o ocenę Stadelmanna i jego ustosunkowanie się do Polaków na
podstawie cytatów z jego wypowiedzi w wyżej wspomnianej publikacji
"Concentrationslager", proponuję (znowu!!) czytelnikom by
zapoznali się bliżej z tekstami od strony 54 do strony 71. Jak
wynika z przedmowy do "Concentrationslager" autorką tekstu jest
pani Selina Krause. Niestety, pani Krause potknęła się noga, co dało
powód do reklamacji w N.G.
Czy pan Stadelmann miał i czas i okazję, by przeanalizować
wszystko
słowo po słowie? Nie wiem.
Ale to go nie usprawiedliwia. Dlatego też przy najbliższej
nadarzającej się okazji postaram się zaproponować
panu Stadelmannowi,
by przy następnym wydaniu swej książki
wyrażenie "Flucht" zastąpił wyrażeniem
"Rueckzug" (odwrót) .
Dla
dokładności dodać należy, że w obydwóch wypadkach,
t.j. we wrześniu 1939 z Podkarpacia do Rumunii wzgl. na Węgry,
oraz
od 15 do 20 czerwca 1940 od Belfortu do Szwajcarii chodziło
o odwrót mający na celu wydostanie się z coraz to mocniej zacieśniającego
się pierścienia sił nieprzyjacielskich.
Odwrót 2 DSP odbywał się często
pod ochroną własnych sił, (Maiche, St. Hippolyte, Damprichard) a
niejednokrotnie w bardzo szybkim
tempie.
(por "Działania bojowe 2-ej Dywizji Strzelców Pieszych"
Praca zbiorowa wydana w r. 1990 w Londynie). Facit:
Ani w Polsce ani we Francji
nie było
mowy o ucieczce!
Z
Węgier natomiast i z Rumunii należało uciekać.
Uciekać musiała
również cała. masa cywilów
(m.in. piszący te słowa). Jedynie przedpoborowi i zwolnieni ze służby
wojskowej mogli wyjeżdżać oficjanie z paszporten w ręku. A
niebezpieczne przeprawy (najczęściej na czarno) przez Litwę. Łotwę,
Estonię i Szwecję do Wielkiej Brytanii
czy to nie ucieczka? Należałoby
sobie życzyć, by zaszczytne,
a jakże szlachetnie pojęte hasło "Nie wieder Krieg!",
rzucone znad brzegów Aary w świat,
miało tyle sił,
by - lecąc z Bueren w świat - odbiło się pożądanym echem u
tych, którzy są odpowiedzialni za krwawe zmgania, od Indonezji
począwszy, poprzez Filipiny, Kazachstan, Czeczenię, Nigerię,
Kongo, kraj Basków, Irlandię, Bałkany, aż po - i
przede wszystkim - Izrael....?
Piszący te słowa jest tutaj (wyjątkowo) pesymistą, obawiając
się że hasło - niestety - utonęło szybko w wartkich wodach
Aary, która
poniosła je bez echa
"na bezbrzeżny przestwór oceanu ". ---------- Dla
informacji czytelników nie obeznanych z kwestią internowania,
a
w szczególności z obozem
w Bueren, dołączam parę osobistych
uwag na temat tegoż
obozu: Jakkolwiek
duży obóz nad pętlą Aary był
urządzony
w celu zgrupowania w jednym i tym samym miejscu możliwie wielu
internowanych żołnierzy,
z czasem obóz
ten począł się cieszyć
opinią obozu karnego. Obóz
był otoczony - podobnie jak i mniejszy obóz -
ten szpitalny - drutem kolczastym, z tym że, w przeciwieństwie do
obozu szpitalnego,
zaopatrzono go jeszcze w wieże wartownicze oraz w "wachę"
z wilczurami. Jak słusznie wspomina Stadelmann, do Bueren wysyłano w
pierwszym rzędzie
żołnierzy z obozów w rejonie Napf. Tych zaś "zesłańców"
wybierali najczęściej polscy komendanci,
i to według ich własnego uznania. A kto miał największe
"szanse", by wylądować w Bueren?
W pierwszym rzędzie element, z którym komendanci mieli wiele kłopotu,
z reguły jednostki posądzane o wichrzycielstwo, niesubordynację, ba
nawet o sympatię z komunizmem. Ja sam osobiście,
na skutek mojego udziału w akcji mającej na celu obronę dobrego
imienia naszego Obozu Uniwersyteckiego,
który w lecie 1941
bawił na pracach
w neuenburskim Corcelles-Peseux,
tylko o mały
włos tam nie wylądowałem, a to w charakterze wichrzyciela!
Ze "spiskowcy" uniknęli deportacji do Bueren. to zawdzięczać
należy okoliczności, że większość z nich należała do czołówki
studenckiej. Po
przesiedleniu "niesfornych" żołnierzy z powrotem do swych
macierzystych jednostek, obóz w Bueren stracił na wartości jako obóz
karny dla żołnierzy 2 DSP.
Zastąpiono go również niezbyt pochlebnej opinii obozem karnym w
lucerneńskim Wauwilermoos.
W tym zaś obozie lądowali
z reguły niefortunni uciekinierzy "na czarno" do
Francji, którzy po drodze wpadli w ręce policji. ----- Aby
nie pominąć milczeniem wielkiego wkładu Jurga Stadelmanna do wyczerpującego
przedstawienia problemu polskich internowanych
w
Bueren *) jak i po zakończeniu "kwarantanny",
jeden z moich serdecznych Kolegów-internowanych
rzucił myśl, by Zarząd Koła Żołnierzy 2 Dywizji Strzelców
Pieszych w oficjalnym liście podziękował Stadelmannowi za jego nie słabnące
starania, by odpowiednio naświetlić opinię o polskim żołnierzu nie
tylko "na zesłaniu" w Bueren, ale też i w latach następnych
przy realizacji Planu Wahlena.
Podzielam całkowicie zdanie mojego Kolegi. *)
Równie dokładnego,
p o l s k i e g o
opracowania problemu "Bueren a/A" przez kogoś z byłych
interniwanych lub przez któregoś z
polskich historyków do dzisiaj,
niestety,
brak. P.S.
Ten, który ma możliwość porównania treści Stadelmannowskiego
"Concentrationslager" z treścią wspomnień szwajcarskiego
porucznika E.A. Lombard "Das Interniertenlager Bueren/Aare, Notizen
eines Wachtoffîziers", wydanych w Bueren w serii "Hornblätter
1996 Vereinigung fuer Heimatpflege Bueren a/A." zobaczy jak wielka
jest różnica pomiędzy
obydwoma
raportującymi w
ich nastawieniu do polskich internowanych żołnierzy. Nie muszę
podkreślać na czyją korzyść. Jerzy
Rucki Lucerna,
koniec marca 2001 |