Jan Venulet

(KULTURA Nr. 1/2 (580/581), str.111, 1996

 

Refleksje z perspektywy lat 

 

                Szereg osób najwidoczniej uważających mnie za człowieka inteligentnego i wrażliwego na sprawy społeczne zadawało mi pytanie jak to się stało, że przez całe życie nie miałem najmniejszej chwili słabości w stosunku do marksizmu i prób wćielania go w życie. Pytaniu zazwyczaj towarzyszyło wymienienie nazwisk szeregu wybitnych intelektualistów, polskich i obcych, ze starszego i średniego pokolenia, swego czasu autentycznie oczarowanych komunizmem, a dziś wielkich jego przeciwników i działaczy opozycji. Ci przysłowiowi Synowie Marnotrawni częstokroć cieszą się szczególnym uznaniem. Mam tu na myśli liczną, na szczęście - bo przecież cieszę się, że zmienili poglądy - grupę ludzi, których widoczność na polskiej scenie sprawia niekiedy wrażenie, że poza nimi czyli tymi, którzy przejrzeli - innych opozycjonistów nie było. Adam Michnik uważa („Między Panem a Plebanem", str. 311), „że ostra przepaść między „my" i ;,oni zatarła się gdzieś między 1953 a 1956 rokiem. Jeśli przetrwała, to tylko w emocjach dość nielicznych kategorii niezłomnych. Było ich trochę w Kościele, trochę w środowiskach kombatanckich, ale z punktu widzenia całego społeczeństwa były to maleńkie grupki". Słowo „niezłomnych" jest u Michnika co prawda bez cudzysłowu, niemniej odczuwam tu jakiś ironizujący patetyzm. Tym bardziej, że kilkanaście stron dalej (str. 342/343) pisze on: „Oto historia mojej wolności została przez ciebie (Józefa Tischnera, przyp. mój) opisana jako dzieje konformizmu albo zdrady". Przy całym moim uznaniu i podziwie dla Michnika jestem głęboko przekonany, że się myli minimalizując liczbę przeciwników systemu. Z kolei Miłosz mówiąc o sytuacji zaraz po wojnie pisze: „Otóż w 1945 roku nie było żadnych danych, które by mogły uzasadniać emigrację jako akt polityczny, chyba że ktoś nie chciał rozumować trzeźwo" (Kultura, Nr 502/503, 1989, str. 21). Więc może jednak niezłomni, ale tylko w cudzysłowie.

 

                Ja naprawdę nie mam nic przeciwko tym co przejrzeli i cieszę się, że tak się stało, ale chciałbym też aby dostrzegli oni te liczne rzesze tych, którzy wiedzieli ponieważ widzieli co się dzieje, mieli oczy otwarte i wyciągali wnioski. I nie musieli całymi latami odkrywać oczywistej prawdy. W tej grupie byli i znakomici myśliciele, jak m.in. Ossowscy, Tatarkiewicz, Ajdukiewicz, ale też i „szeregowi" inteligenci i wreszcie masy tzw. prostych ludzi o otwartych oczach. Tych ostatnich było, proporcjonalnie, pewno najwięcej ponieważ, jak to zauważył Orwell, „zwyczajni ludzie mają zazwyczaj silniejsze poczucie przyzwoitości, większe przywiązanie do podstawowych wartości jak uczciwość, lojalność i prawdomówność, niż bardzo wykształceni" (Paul Johnson, „Intelectuals", str. 309).

 

                Nie wiem jaki procent, zapewne jednak znaczny pośród angażujących się po stronie reżymu, stanowili oportuniści, ale jacyś ideowi komuniści też istnieli. Byli i porządni ludzie, którzy szli do partii aby ją zmienić od środka, jednak większość społeczeństwa uważała to za kompletne złudzenie, a ci co poszli do partii nic nie zmienili, a byli tylko parawanem dla władzy, która zawsze chciała mieć w swym gronie. jakieś obiektywnie uczciwe i znane nazwiska jako argument dla maluczkich; że skoro znakomity pisarz, czy uczony współpracuje to trzeba go naśladować ponieważ na pewno wie co robi. Zapewne podłożem mojej odporności na marksizm, mimo przedwojennego młodocianego socjalizowania, był dom rodzinny. Mój ojciec, profesor Wydziału Lekarskiego U.W., był człowiekiem nadzwyczaj światłym, tolerancyjnym i o postępowych przekonaniach. Patriota i zwolennik Piłsudskiego. Występował przeciwko ekscesom antyżydowskim na uniwersytecie, przeciwstawił się tzw. gettu ławkowemu w swojej sali wykładowej, za co dostał zgniłymi jajkami, i ucieczką. przez okno pierwszego piętra ratował się od pobicia przez bojówkę oenerowską. Był też czynnym wolnomyślicielem, ale gdy po wojnie p. Rawicz namawiał go do wznawianej właśnie działalności wolnomyślicielskiej, odparł, że teraz gdy Kościół jest prześladowany, byłoby to nie fair. Moje spojrzenie na Sowiety, mimo młodego wieku kształtowało się już przed wojną. Pamiętam wysyłki żywności do brata mego ojca; zesłanego na Syberię; który się tam ożenił i pozostał. Pamiętam czytaną w odcinkach w Wiadomościach Literackich książkę André Gide'a pt. , „Powrót z ZSSR". Pamiętam w 1937 roku na Wystawie Światowej w Paryżu, na której byłem z wycieczką harcerską, w pawilonie sowieckim, zaraz na lewo od wejścia ogromny obraz przedstawiający Stalina w otoczeniu najbliższych współpracowników-i wśród tego, ni stąd ni zowąd dwa świeczniki - jeden aby zamalować właśnie rozstrzelanego Tuchaczewskiego, a drugi już nie pamiętam kogo. No i wojna, 17 września, wywózki z Kresów, Katyń, losy planu Burza, rola Sowietów w Powstaniu Warszawskim i AK zapluty kartel reakcji i, i, i... wyliczać można by bez końca. Potem likwidacja PPS, partii polskiej lewicy o pięknych tradycjach patriotycznych, ataki zniewolonych intelektualistów na pisarzy i poetów emigracyjnych, tak dowcipnie skwitowane przez Mariana Hemara w wierszuliście do Jana Brzechwy: »nie atakuj swą nędzną ironią tych co i ciebie, choć wbrew tobie, bronią". Przecież doświadczenia każdego dnia były zaprzeczeniem tego, co pisały gazety i nadawało radio.

 

                Doprawdy nie wiem czemu się bardziej dziwić. Czy logicznemu wnioskowaniu z rozbieżności pomiędzy codzienną praktyką a głoszonymi hasłami, czy też niedostrzeganiu tego co się dzieje i robieniu dobrej miny do złej gry ze względów ideologicznych, a najczęściej oportunistycznych.

 

                Prawie do końca PRLu zasadą „Władzy Ludowej" było, że kto nie jest za, ten jest przeciw. A zatem dla niepokornych trudności na każdym kroku. „Punkty" przy przyjmowaniu na studia, przydziały pracy po studiach - dla swoich lepsze, dla innych głucha prowincja. Nawet w naukach przyrodniczych wszystko podlegało cenzurze i było oceniane z punktu widzenia zgodności z linią partii. Dwa przykłady z osobistego doświadczenia. Podręcznik mojego ojca poszedł częściowo na przemiał, a drugie wydanie w ogóle się nie ukazało, ponieważ odmówił pisania o genetyce Miczurina i Łysenki, wówczas popieranej przez partię, a po paru latach po cichu zapomnianej jako nie trzymającej się kupy. (Chodziło o to, że marksizm nie mógł się pogodzić z tym, że ludzie nie rodzą się równi pod względem genetycznym. Łysenko twierdził, że cechy nabyte wychowaniem będą się dziedziczyły, co nigdy nie zostało wykazane, ale zaspokajało ideologiczną potrzebę potencjalnej równości wszystkich ludzi). Inny autor okazał się bardziej dyspozycyjny, a przecież to było dla partii najważniejsze. Jaka młody lekarz napisałem książeczkę popularno-naukową pt. „Narkotyki i Używki". Dr Handelzalc, redaktor serii, domagał się, abym szerzenie alkoholizmu wśród Indian oraz wojny opiumowe w Chinach przedstawił jako wynik zamierzonego i świadomego działania „imperialistów" celem łatwiejszego podboju. A gdy odmówiłem, otrzymałem list, że „pracę cechuje burżuazyjny obiektywizm" i nie nadaje się do druku. Byłem też o krok od oskarżenia o sabotaż za rzekome opóźnianie dopuszczania do obrotu dekstranu {środek krwiozastępczy), a którego niektóre serie po prostu nie odpowiadały wymogom.

 

                Może dzieje środowisk naukowych są mniej znane, ale stale mam przed oczyma listy otwarte do Stalina czy Bieruta, panegiryki, w których z wdzięcznością podkreślano rolę partii i dialektyki marksistowskiej dla pracy naukowej ich autorów, a za którymi szły nominacje profesorskie. Ale na szczęście bywało i inaczej - odmowa świnienia się, częstokroć kosztem własnej kariery. Nie wolno zapomnieć o tych opóźnianianych lub zawieszonych na zawsze awansach, habilitacjach i nominacjach profesorskich tylko za trzymanie się pewnych zasad i odmowę dyspozycyjności.

                 

                Oczywiście nie można przedstawiać listy nienapisanych dzieł czy też niedokonanych odkryć, a które mogłyby być dokonane przez tych, których usunięto lub pozbawiono warsztatu naukowego i możliwości kształcenia narybku. Sukcesy odnoszone na emigracji przez wielu naukowców; którzy ze względów politycznych opuścili Polskę, przemawiają za trafnością moich przypuszczeń. Pisarz mógł uciec w tematy neutralne lub pisać do szuflady, jeżeli miał z czego żyć, ale w naukach społecznych było to trudne. Ajdukiewicz, Elzenberg, Ingarden, Ossowscy, Tatarkiewicz i wielu innych o mniej znanych nazwiskach - ile oni mogliby jeszcze stworzyć gdyby im tylko pozwolono pracować i wychowywać. A żaden się nie pokajał. Pięknie o tym mówi Zbigniew Herbert w rozmowie z Jackiem Trznadlem („Hańba Domowa").          

 

                O tym co działo się w naukach przyrodniczych czy technicznych pisano znacznie mniej. Może po prostu inna struktura psychiczna tych ludzi, a może większa trudność pisania na tematy spoza własnej specjalności. Więc może jednak te uwagi „niehumanisty" nie są całkiem nie na miejscu. W naukach przyrodniczych i technicznych temat pracy pozbawiony był na ogół tego aspektu ideologicznego, natomiast niezależność myślenia na tematy wykraczające poza specjalność zawodową była bardzo źle widziana. I znów obawa tego „zgubnego" wpływu na młodzież, odsuwanie od dydaktyki, czy po prostu usuwanie z uczelni.

 

                Natężenie presji „ideologicznej" nie było takie same przez cały okres istnienia PRLu. Po 1956 dużo się zmieniło, potem trochę wracało stare i znów wzrost swobody, łatwiej o paszport itp. Ale procesy polityczne nadal miały miejsce, choć rzadziej, a i wyroki śmierci też się zdarzały. „Niezłomni" istnieli też i po 1956, ale inna była sytuacja polityczna na świecie i w Polsce. Oddalająca się wizja przejścia zimnej wojny w rzeczywistą, zmęczenie okupacją, represje reżymu, czyli krótko mówiąc poczucie beznadziejności sytuacji działały hamująco. Zresztą cykliczność: walka zbrojnalpraca u podstaw od czasów rozbiorowych charakteryzowała walkę z okupantem. Pamięć o tych czasach trzeba ocalić od zapomnienia. Wymaga tego uczciwość wobec tych wszystkich przecież bardzo licznych, którzy ponosili konsekwencje swych niepokornych poglądów.

 

                Stale niezmiernie się dziwię, i dlatego znów wracam dotego w tym artykule, że tylu wybitnym ludziom aż tyle było potrzeba czasu, aby się zorientować w tym co dla tak wielu zwykłych ludzi było wiadome „od zawsze". Jest ogromną zasługą Jacka Trznadla, że potrafił tak wielu pisarzy nakłonić do mówienia o mechanizmie zniewolenia („Hańba Domowa").

 

                W tej samej ksiażce Zbigniew Herbert zastanawia się czy - ponieważ nie był aktorem zniewolenia literatury, a tylko widzem - wypada mu mówić o „dżumie" u innych skoro jej sam uniknął. Trudność, którą odczuwam pisząc ten artykuł wynika m.in. z tego, że podobnie jak Herbert, nie chcę, aby w moim mówieniu o uniknięciu zadżumienia był jakiś element wywyższenia. My, „niezadżumieni", wbrew temu co się dziś niekiedy sugeruje, nie byliśmy grupą aż tak nieliczną, mimo że z oczywistych względów znacznie mniej hałaśliwą niż zadżumiona komunizmem mniejszość.

 

                W żadnym też razie nie chcę być zrozumiany jako ktoś odmawiający innym prawa do zmiany poglądów, zakładając oczywiście, że nie wynika to z oportunizmu: Ludzie, którzy jak Kołakowski, Michnik i inni, a szczególnie Kuroń rozliczyli się ze swoją przeszłością i nie trzymają “szkieletów w szafie", są przedmiotem mego podziwu i szacunku; a dzisiejsza działalność wielu z nich jest jak najbardziej po mojej myśli. Ja się naprawdę cieszę; że przejrzeli i; że tak dynamicznie działają w dobrej sprawie. Trzeba jednak pamiętać, że bez tego trzonu stłamszonej większości, która przed laty zdumiała świat swoim przebudzeniem, Polska nie byłaby tam gdzie się dziś znajduje. I dlatego drażni mnie powstawanie jak gdyby „klubu nawróconych", którego członkowie są alergiczni na każdą uwagę czy tylko aluzję do minionej działalności któregoś z nich. Chociaż i to należy starać się zrozumieć. Herling-Grudziński nie napluł na Wata, jak mu to zarzuca Michnik (Kultura, Nr 573, str: 35, 1995). Oczekiwałbym nieco więcej skromności i przyznania, że taki sam stosunek do komunizmu, jaki “nawróceni" mają dziś, na końcu swej drogi, miało bardzo wielu ludzi w Polsce bez potrzeby przechodzenia „dżumy".

 

 

                                                                                                   Jan Venulet

Genewa, październik 1995