Refleksje
z perspektywy lat
Szereg osób najwidoczniej uważających mnie za człowieka
inteligentnego i wrażliwego na sprawy społeczne zadawało mi pytanie jak
to się stało, że przez całe życie nie miałem najmniejszej chwili słabości
w stosunku do marksizmu i prób wćielania go w życie. Pytaniu zazwyczaj
towarzyszyło wymienienie nazwisk szeregu wybitnych intelektualistów,
polskich i obcych, ze starszego i średniego pokolenia, swego czasu
autentycznie oczarowanych komunizmem, a dziś wielkich jego przeciwników
i działaczy opozycji. Ci przysłowiowi Synowie Marnotrawni częstokroć
cieszą się szczególnym uznaniem. Mam tu na myśli liczną, na szczęście
- bo przecież cieszę się, że zmienili poglądy - grupę ludzi, których
widoczność na polskiej scenie sprawia niekiedy wrażenie, że poza nimi
czyli tymi, którzy przejrzeli - innych opozycjonistów nie było. Adam
Michnik uważa („Między Panem a Plebanem", str. 311), „że ostra
przepaść między „my" i ;,oni zatarła się gdzieś między 1953
a 1956 rokiem. Jeśli przetrwała, to tylko w emocjach dość nielicznych
kategorii niezłomnych. Było ich trochę w Kościele, trochę w środowiskach
kombatanckich, ale z punktu widzenia całego społeczeństwa były to maleńkie
grupki". Słowo „niezłomnych" jest u Michnika co prawda bez
cudzysłowu, niemniej odczuwam tu jakiś ironizujący patetyzm. Tym
bardziej, że kilkanaście stron dalej (str. 342/343) pisze on: „Oto
historia mojej wolności została przez ciebie (Józefa Tischnera, przyp.
mój) opisana jako dzieje konformizmu albo zdrady". Przy całym moim
uznaniu i podziwie dla Michnika jestem głęboko przekonany, że się myli
minimalizując liczbę przeciwników systemu. Z kolei Miłosz mówiąc o
sytuacji zaraz po wojnie pisze: „Otóż w 1945 roku nie było żadnych
danych, które by mogły uzasadniać emigrację jako akt polityczny, chyba
że ktoś nie chciał rozumować trzeźwo" (Kultura, Nr 502/503,
1989, str. 21). Więc może jednak niezłomni, ale tylko w cudzysłowie.
Ja naprawdę nie mam nic przeciwko tym co przejrzeli i cieszę się,
że tak się stało, ale chciałbym też aby dostrzegli oni te liczne
rzesze tych, którzy wiedzieli ponieważ widzieli co się dzieje, mieli
oczy otwarte i wyciągali wnioski. I nie musieli całymi latami odkrywać
oczywistej prawdy. W tej grupie byli i znakomici myśliciele, jak m.in.
Ossowscy, Tatarkiewicz, Ajdukiewicz, ale też i „szeregowi"
inteligenci i wreszcie masy tzw. prostych ludzi o otwartych oczach. Tych
ostatnich było, proporcjonalnie, pewno najwięcej ponieważ, jak to zauważył
Orwell, „zwyczajni ludzie mają zazwyczaj silniejsze poczucie przyzwoitości,
większe przywiązanie do podstawowych wartości jak uczciwość, lojalność
i prawdomówność, niż bardzo wykształceni" (Paul Johnson,
„Intelectuals", str. 309).
Nie wiem jaki procent, zapewne jednak znaczny pośród angażujących
się po stronie reżymu, stanowili oportuniści, ale jacyś ideowi komuniści
też istnieli. Byli i porządni ludzie, którzy szli do partii aby ją
zmienić od środka, jednak większość społeczeństwa uważała to za
kompletne złudzenie, a ci co poszli do partii nic nie zmienili, a byli
tylko parawanem dla władzy, która zawsze chciała mieć w swym gronie.
jakieś obiektywnie uczciwe i znane nazwiska jako argument dla maluczkich;
że skoro znakomity pisarz, czy uczony współpracuje to trzeba go naśladować
ponieważ na pewno wie co robi. Zapewne podłożem mojej odporności na
marksizm, mimo przedwojennego młodocianego socjalizowania, był dom
rodzinny. Mój ojciec, profesor Wydziału Lekarskiego U.W., był człowiekiem
nadzwyczaj światłym, tolerancyjnym i o postępowych przekonaniach.
Patriota i zwolennik Piłsudskiego. Występował przeciwko ekscesom antyżydowskim
na uniwersytecie, przeciwstawił się tzw. gettu ławkowemu w swojej sali
wykładowej, za co dostał zgniłymi jajkami, i ucieczką. przez okno
pierwszego piętra ratował się od pobicia przez bojówkę oenerowską.
Był też czynnym wolnomyślicielem, ale gdy po wojnie p. Rawicz namawiał
go do wznawianej właśnie działalności wolnomyślicielskiej, odparł,
że teraz gdy Kościół jest prześladowany, byłoby to nie fair. Moje
spojrzenie na Sowiety, mimo młodego wieku kształtowało się już przed
wojną. Pamiętam wysyłki żywności do brata mego ojca; zesłanego na
Syberię; który się tam ożenił i pozostał. Pamiętam czytaną w
odcinkach w Wiadomościach Literackich książkę André Gide'a pt. ,
„Powrót z ZSSR". Pamiętam w 1937 roku na Wystawie Światowej w
Paryżu, na której byłem z wycieczką harcerską, w pawilonie sowieckim,
zaraz na lewo od wejścia ogromny obraz przedstawiający Stalina w
otoczeniu najbliższych współpracowników-i wśród tego, ni stąd ni
zowąd dwa świeczniki - jeden aby zamalować właśnie rozstrzelanego
Tuchaczewskiego, a drugi już nie pamiętam kogo. No i wojna, 17 września,
wywózki z Kresów, Katyń, losy planu Burza, rola Sowietów w Powstaniu
Warszawskim i AK zapluty kartel reakcji i, i, i... wyliczać można by bez
końca. Potem likwidacja PPS, partii polskiej lewicy o pięknych
tradycjach patriotycznych, ataki zniewolonych intelektualistów na pisarzy
i poetów emigracyjnych, tak dowcipnie skwitowane przez Mariana Hemara w
wierszuliście do Jana Brzechwy: »nie atakuj swą nędzną ironią tych
co i ciebie, choć wbrew tobie, bronią". Przecież doświadczenia każdego
dnia były zaprzeczeniem tego, co pisały gazety i nadawało radio.
Doprawdy nie wiem czemu się bardziej dziwić. Czy logicznemu
wnioskowaniu z rozbieżności pomiędzy codzienną praktyką a głoszonymi
hasłami, czy też niedostrzeganiu tego co się dzieje i robieniu dobrej
miny do złej gry ze względów ideologicznych, a najczęściej
oportunistycznych.
Prawie do końca PRLu zasadą „Władzy Ludowej" było, że
kto nie jest za, ten jest przeciw. A zatem dla niepokornych trudności na
każdym kroku. „Punkty" przy przyjmowaniu na studia, przydziały
pracy po studiach - dla swoich lepsze, dla innych głucha prowincja. Nawet
w naukach przyrodniczych wszystko podlegało cenzurze i było oceniane z
punktu widzenia zgodności z linią partii. Dwa przykłady z osobistego doświadczenia.
Podręcznik mojego ojca poszedł częściowo na przemiał, a drugie
wydanie w ogóle się nie ukazało, ponieważ odmówił pisania o genetyce
Miczurina i Łysenki, wówczas popieranej przez partię, a po paru latach
po cichu zapomnianej jako nie trzymającej się kupy. (Chodziło o to, że
marksizm nie mógł się pogodzić z tym, że ludzie nie rodzą się równi
pod względem genetycznym. Łysenko twierdził, że cechy nabyte
wychowaniem będą się dziedziczyły, co nigdy nie zostało wykazane, ale
zaspokajało ideologiczną potrzebę potencjalnej równości wszystkich
ludzi). Inny autor okazał się bardziej dyspozycyjny, a przecież to było
dla partii najważniejsze. Jaka młody lekarz napisałem książeczkę
popularno-naukową pt. „Narkotyki i Używki". Dr Handelzalc,
redaktor serii, domagał się, abym szerzenie alkoholizmu wśród Indian
oraz wojny opiumowe w Chinach przedstawił jako wynik zamierzonego i świadomego
działania „imperialistów" celem łatwiejszego podboju. A gdy odmówiłem,
otrzymałem list, że „pracę cechuje burżuazyjny obiektywizm" i
nie nadaje się do druku. Byłem też o krok od oskarżenia o sabotaż za
rzekome opóźnianie dopuszczania do obrotu dekstranu {środek krwiozastępczy),
a którego niektóre serie po prostu nie odpowiadały wymogom.
Może dzieje środowisk naukowych są mniej znane, ale stale mam
przed oczyma listy otwarte do Stalina czy Bieruta, panegiryki, w których
z wdzięcznością podkreślano rolę partii i dialektyki marksistowskiej
dla pracy naukowej ich autorów, a za którymi szły nominacje
profesorskie. Ale na szczęście bywało i inaczej - odmowa świnienia się,
częstokroć kosztem własnej kariery. Nie wolno zapomnieć o tych opóźnianianych
lub zawieszonych na zawsze awansach, habilitacjach i nominacjach
profesorskich tylko za trzymanie się pewnych zasad i odmowę dyspozycyjności.
Oczywiście nie można przedstawiać listy nienapisanych dzieł czy
też niedokonanych odkryć, a które mogłyby być dokonane przez tych, których
usunięto lub pozbawiono warsztatu naukowego i możliwości kształcenia
narybku. Sukcesy odnoszone na emigracji przez wielu naukowców; którzy ze
względów politycznych opuścili Polskę, przemawiają za trafnością
moich przypuszczeń. Pisarz mógł uciec w tematy neutralne lub pisać do
szuflady, jeżeli miał z czego żyć, ale w naukach społecznych było to
trudne. Ajdukiewicz, Elzenberg, Ingarden, Ossowscy, Tatarkiewicz i wielu
innych o mniej znanych nazwiskach - ile oni mogliby jeszcze stworzyć
gdyby im tylko pozwolono pracować i wychowywać. A żaden się nie pokajał.
Pięknie o tym mówi Zbigniew Herbert w rozmowie z Jackiem Trznadlem
(„Hańba Domowa").
O tym co działo się w naukach przyrodniczych czy technicznych
pisano znacznie mniej. Może po prostu inna struktura psychiczna tych
ludzi, a może większa trudność pisania na tematy spoza własnej
specjalności. Więc może jednak te uwagi „niehumanisty" nie są
całkiem nie na miejscu. W naukach przyrodniczych i technicznych temat
pracy pozbawiony był na ogół tego aspektu ideologicznego, natomiast
niezależność myślenia na tematy wykraczające poza specjalność
zawodową była bardzo źle widziana. I znów obawa tego „zgubnego"
wpływu na młodzież, odsuwanie od dydaktyki, czy po prostu usuwanie z
uczelni.
Natężenie presji „ideologicznej" nie było takie same
przez cały okres istnienia PRLu. Po 1956 dużo się zmieniło, potem
trochę wracało stare i znów wzrost swobody, łatwiej o paszport itp.
Ale procesy polityczne nadal miały miejsce, choć rzadziej, a i wyroki śmierci
też się zdarzały. „Niezłomni" istnieli też i po 1956, ale inna
była sytuacja polityczna na świecie i w Polsce. Oddalająca się wizja
przejścia zimnej wojny w rzeczywistą, zmęczenie okupacją, represje reżymu,
czyli krótko mówiąc poczucie beznadziejności sytuacji działały hamująco.
Zresztą cykliczność: walka zbrojnalpraca u podstaw od czasów
rozbiorowych charakteryzowała walkę z okupantem. Pamięć o tych czasach
trzeba ocalić od zapomnienia. Wymaga tego uczciwość wobec tych
wszystkich przecież bardzo licznych, którzy ponosili konsekwencje swych
niepokornych poglądów.
Stale niezmiernie się dziwię, i dlatego znów wracam dotego w tym
artykule, że tylu wybitnym ludziom aż tyle było potrzeba czasu, aby się
zorientować w tym co dla tak wielu zwykłych ludzi było wiadome „od
zawsze". Jest ogromną zasługą Jacka Trznadla, że potrafił tak
wielu pisarzy nakłonić do mówienia o mechanizmie zniewolenia („Hańba
Domowa").
W tej samej ksiażce Zbigniew Herbert zastanawia się czy - ponieważ
nie był aktorem zniewolenia literatury, a tylko widzem - wypada mu mówić
o „dżumie" u innych skoro jej sam uniknął. Trudność, którą
odczuwam pisząc ten artykuł wynika m.in. z tego, że podobnie jak
Herbert, nie chcę, aby w moim mówieniu o uniknięciu zadżumienia był
jakiś element wywyższenia. My, „niezadżumieni", wbrew temu co się
dziś niekiedy sugeruje, nie byliśmy grupą aż tak nieliczną, mimo że
z oczywistych względów znacznie mniej hałaśliwą niż zadżumiona
komunizmem mniejszość.
W żadnym też razie nie chcę być zrozumiany jako ktoś odmawiający
innym prawa do zmiany poglądów, zakładając oczywiście, że nie wynika
to z oportunizmu: Ludzie, którzy jak Kołakowski, Michnik i inni, a
szczególnie Kuroń rozliczyli się ze swoją przeszłością i nie
trzymają “szkieletów w szafie", są przedmiotem mego podziwu i
szacunku; a dzisiejsza działalność wielu z nich jest jak najbardziej po
mojej myśli. Ja się naprawdę cieszę; że przejrzeli i; że tak
dynamicznie działają w dobrej sprawie. Trzeba jednak pamiętać, że bez
tego trzonu stłamszonej większości, która przed laty zdumiała świat
swoim przebudzeniem, Polska nie byłaby tam gdzie się dziś znajduje. I
dlatego drażni mnie powstawanie jak gdyby „klubu nawróconych", którego
członkowie są alergiczni na każdą uwagę czy tylko aluzję do minionej
działalności któregoś z nich. Chociaż i to należy starać się
zrozumieć. Herling-Grudziński nie napluł na Wata, jak mu to zarzuca
Michnik (Kultura, Nr 573, str: 35, 1995). Oczekiwałbym nieco więcej
skromności i przyznania, że taki sam stosunek do komunizmu, jaki “nawróceni"
mają dziś, na końcu swej drogi, miało bardzo wielu ludzi w Polsce bez
potrzeby przechodzenia „dżumy".
Jan
Venulet
Genewa, październik
1995
|