Polska pod wodą,

 ludzie toną  we łzach.

Urszula Madej-Wojnarowicz

 

Powódź stulecia w Polsce cztery lata temu, i ta obecna zdecydowanie gorsza zdaniem większości meteorologów dobitnie pokazała, że to dopiero przedsmak efektu cieplarnianego na kuli ziemskiej. Przed nami jednak znacznie gorsze efekty klimatyczne. Co­raz więcej dwutlenku węgla i metanu dostaje się do atmosfery. Jeżeli ludzkość natych­miast nie ograniczy emisji szkodliwych gazów przemysłowych, cały świat czeka katastroficzna przyszłość. Na skutek efektu cieplarnianego nastąpią niespotykane upały, podniesienie się poziomu oceanów i mórz o kilkadziesiąt centymetrów, z powodu top­nienia lodów na obydwu biegunach, żyzne tereny uprawne zamienią się w wypalone słońcem stepy. Znakomita część różnorodnych wysepek zniknie sobie po prostu z mapy świata, niektórym krajom powodzie zabiorą kilka procent lądu. Znacz­ne podniesienie się temperatury sprawi - i już to widać - że coraz więcej będzie takich powodzi, jak ta obecna w Polsce. Coraz więcej będzie tragicznych burz i huraganów. Szerzyć się będą choroby lubiące klimat ciepły i zarazem wilgotny. Kilka gatunków zwierząt zginie na zawsze, nie mówiąc o zanikaniu procesu fotosyntezy w oceanach.

 

O takiej apokalipsie pisałam na łamach "Głosu Polskiego" kilka lat temu, przy okazji, odbywającej się w 1997 roku w Kioto (Japonia) konferencji klimatycznej. Takie właś­nie raporty klimatologów przeraziły ponad sto krajów, które wówczas z wielkim tru­dem, ale jednak ostatecznie podpisały porozumienie znacznego zmniejszenia emisji gazów cie­plarnianych. Mowa tu przede wszystkim o dwutlenku węgla.

 

W Kioto protokół podpisali również Amerykanie, którzy wraz z Japonią wiodą nie­chlub­ny prym  w zanieczyszczeniu atmosfery. Teraz okazało się, że obecna administracja Stanów Zjednoczonych porozumienia tego nie ratyfikuje. Amerykańskie tłumaczenia są dość egoistyczne: po pierwsze strach przed spowolnieniem i spadkiem gos­podarki USA, drugi zarzut trąci ignorancją, bowiem dla administracji Busha nie ma pewności, czy efekt cieplarniany spowodowany jest rozwojem cywilizacji, inaczej mówiąc - rozwojem przemysłu. Na prezydenta Busha posypała się lawina pretensji poli­tyków i ludzi z całego świata, a głównie z Europy. Wszyscy krzyczą i biją na alarm, aby  porozumienia tego nie odrzucać. Niestety Bush pozostaje głuchy na te prośby, nic sobie z nich nie robiąc.

 

Do Bonn, w lipcu tego roku, delegacja amerykańska przyjechała z pustymi rękami i z pustosłowiem. Jedyne co obiecali, to 120 mln dolarów(!) na badania naukowe, które miałyby potwierdzić szczelny związek pomiędzy emisją gazów (chodzi tu głównie o trujący dwutlenek węgla) a zmianami klimatycznymi. Ci, którzy walczą z postawą Stanów Zjednoczonych obawiają się - i chyba słusznie - iż lobby przemysłowe USA jest tak silne, że uda się przekonać większość naukowców o tezie silniejszego promienio­wania słońca. Jeżeli więc Amerykanie nie zmienią zdania w związku z porozumieniem z Kioto i Bonn, Polskę nawiedzać będą coraz większe powodzie. Po powodzi w 1997 roku na rząd SLD posypały się gromy, za nieudolność  władz, za opieszałą pomoc, za brak środków finansowych, które natychmiast powinny były się znaleźć dla ofiar tam­tej po­wodzi. Politycy partii SLD ponieśli wtedy sromotną klęskę. Ich przeciwnicy wykorzystali bowiem moment niezadowolenia ludzi, aby pokazać prawdziwe oblicze działania post­komunistów. Politycy z ugrupowań prawicowych byli zgodni co do jednego: ludziom z zalanych terenów trzeba natychmiast pomóc, a nieudolność rządu skrzętnie wykorzystać w następnych wyborach. Jak można się było spodziewać Akcja Wyborcza Solidarność zwyciężyła w następnych wyborach, a nowego rządu AWS nie oszczędziła klęska żywiołowa. Ta powódź, o niebo gorsza od poprzedniej, zaskoczyła wszystkich, a najbardziej rząd premiera Buzka. A przecież po tamtej klęsce Bank Światowy wyasygnował dla Polski 80 mln złotych na budowę nowoczesnego systemu monitorowania i ostrzegania o zagrożeniu powodziowym. To miał być bardzo nowoczesny system, automatycznie przekazujący pomiary do komputerów w miejscach, gdzie miano podej­mować natychmiastowe decyzje, a nie trafiające do kogoś, kto sprawdza poziom wody, a stamtąd do wszystkich szczebli odpowiednich służb, poprzez wojewodów na sołtysach kończąc. System ten miał być gotowy w ciągu dwóch lat. Do dziś nadal jest w budowie, i nadal facet na rowerze, w kaloszkach jedzie sprawdzić poziom wody w jakiejś tam rzece. Kpina to, czy powtórka z rozrywki? Niestety, ta tragiczna powódź w Polsce znowu pokazała nieudolność polityków, tym razem z AWS. Kiedy premier Buzek wyruszył śmigłowcem na tereny zalane wodą w Małopolsce, a następnie samo­chodami do gmin, gdzie powódź poczyniła wielkie spustoszenie konfrontacja z miesz­kańcami zalanych wiosek wypadła niekorzystnie dla premiera. "Nikogo z władz u nas nie było! Nikt się nami nie interesuje, nikt palcem w bucie nie ruszył". "Dwa dni czekaliśmy na kogokolwiek. Dopiero jak premier przyjechał z telewizją, to miejscowa władza ruszyła tyłki! Nie było żadnej pomocy. Nie mamy co jeść" - krzyczała zapłakana kobieta. Ludzie z zalanych terenów słyszeli, jak premier Buzek obiecał zapomogi. Pieniądze obiecali, ale nie dali - mówili. Tak myślałam, że ta rządowa pomoc to tylko słowa. To się dobrze opowiada w telewizji - skarżyła się jedna z mieszkanek z Makowa Podhalańskiego, która przyszła do Urzędu Miasta po obiecana 500-złotową zapomogę. Nie dostała nic, odeszła zrozpaczona z kwitkiem. " Tylko z telewizji słyszałem o pieniądzach dla powodzian, my nie mamy żadnych - skarżył się burmistrz Makowa. Był obu­rzony. Ludzie już wiedzą, że jak liczyć to tylko na siebie.   - Jaka zapomoga! Obiecanki-cacanki. Premier Buzek tylko przeleciał śmigłowcem. Niedługo będę przykuty do in­walidzkiego wózka, bo cierpię na stwardnienie rozsiane - mówi mężczyzna załamują­cym się głosem. " A teraz mój dom może po prostu się zawalić. Kto to naprawi? Mnie na to nie stać. Nie byłem ubezpieczony, jestem rencis­tą. Mam córkę w klasie maturalnej. Liczyłem na jakąś pomoc, a tu dostaliśmy ... trzy koce, jarzyny, to wszystko. To przecież kropla w morzu " - opowiada zrozpaczony. Liczył na zapomogę, bo słyszał o obietnicach rządu. Teraz przekonał sę, że żadnym politykom nie można wierzyć, a liczyć trzeba tylko na siebie. Wiadomo już, że błyskawiczna pomoc doraźna, jak nazwał ja wiceminister Komorowski jest bardzo ślamazarna, nieudolna i śmiesznie niska. Co stało się z obietnicami polityków AWS, po ostatniej powodzi w 1997 roku, kiedy to w pięknych słowach mówili o tym, że na pierwszym miejscu jest człowiek. Że nie można ofiar powodzi pozostawiać samym sobie, że należy wtedy rezygnować z podwyżek dla polityków, że każdy w rządzie,  sejmie czy senacie - powinien opodatkować się na rzecz powodzian. A tu, proszę bardzo, walka na górze, walka na dole. Afery korupcyjne gonią afery o branie łapówek, sprzeniewierzenie złotówek. W tym ferworze walki o władzę, o stołki, o wnioski sejmowe czy nie można ujawniać stanu majątkowego pospólstwu, panowie politycy po stronie lewicy i prawicy nawet nie zauważyli skarbonki ustawionej przy głównym wejściu do Sejmu, na rzecz powodzian. Przez tydzień skarbonka była tak żenująco pusta, iż postanowiono ją zabrać, aby nie kompromitować tego rządu z  "ludzką twarzą". Czyżby politycy centroprawicy również uczyli się tylko obiecywać?

 

Do nich przede wszystkim, ale i do wszystkich polityków, na przyszłość powinno skierować się słowa z "Pieśni" Horacego: - pamiętaj o zachowaniu równowagi w trudnej sytuacji!

                                                               Urszula Madej-Wojnarowicz