Pamięci ofiar zamachu na World Trade
Center, a także wszystkim niewinnym ludziom,
którzy jeszcze zginą w pierwszej krucjacie XXI wieku.
Meczet jeszcze nie płonął. Tamci mężczyźni dopiero wrzucali przez
okna butelki z benzyną. Dwaj wybijali szyby w sąsiednim budynku. Jeden
malował coś sprayem na murze. Z tej odległości Rosa nie mogła jednak
odczytać liter. W mroku widziała tylko swastykę i szubienicę, na której
wisiał muzułmański półksiężyc… Kiedy w kilka minut później z
okien świątyni wypełzły najpierw kłęby czarnego dymu, a w chwilę
potem jęzory ognia, policji nadal nie było. Nie było także straży pożarnej
i ambulansu. A przecież Rosa dzwoniła po
pomoc już dobre półgodziny temu. I na pewno nie ona jedyna. „To niemożliwe, żeby w
tym mieście nie było nikogo, komu los niewinnych ludzi byłby obojętny”,
myślała. Ulica nadal była zupełnie
pusta. Ogień okopcił już białe mury meczetu i sięgał teraz do połowy
wysokości kilkunastometrowego minaretu. Podpalacze już dawno uciekli, a
mimo to nikt nie wyszedł na ulicę, nikt nie próbował gasić świątyni
– muzułmanie pewnie bali się wyjść z domów, a chrześcijanie i żydzi
obserwowali zza firan płonące zabudowania.
I wtedy Rosa przypomniała
sobie własne dzieciństwo – przypomniała sobie jak przed laty w zupełnie
innym mieście, płonęła synagoga… Ale tamten pożar, mimo że żarzył
się przez całe życie w jej pamięci, istniał jakby w innym wymiarze
– w rzeczywistości, która nie do końca była jawą i nie do końca
snem. Rosa była wtedy małą
dziewczynką i niczego nie rozumiała – ani dlaczego ojcowie jej koleżanek
podpalili bożnicę, w której modliła się z rodzicami, ani dlaczego nie
wolno jej było samej wychodzić na podwórko. Nie rozumiała także
dlaczego musiała uciekać z własnego miasta, z własnego kraju aż za
ocean… Ojciec zawiózł ich wtedy z matką do Hamburga, skąd popłynęli
ogromnym, brudnym statkiem do Nowego Jorku. Rosa pamięta straszny sztorm,
podczas którego była chora i bała się, że wszyscy zatoną. I pamięta
też, że po kilku dniach morze się uspokoiło, i że chodziła z ojcem
po wszystkich pokładach. Ojciec pokazywał jej żydów, którzy tak jak oni uciekali za ocean przed Hitlerem.
– Widzisz ilu nas jest?
Damy sobie radę i w Ameryce. A Niemcy jeszcze za to wszystko zapłacą
– mówił. Ale Rosa patrzyła w wodę i
myślała o koleżankach, których już nigdy nie miała zobaczyć. I
zastanawiała się, dlaczego wszyscy Niemcy mieliby płacić za jakiegoś
Hitlera? Dlaczego cały naród miałby ponieść karę za jakiegoś obłąkańca
i jego idée fixe? A potem, już jako nauczyciel akademicki, wielokrotnie
zastanawiała się nad problemem odpowiedzialności zbiorowej – nie
tylko Niemców. I doszła do wniosku, że odpowiedzialność zbiorową
wymyślili politycy. Wymyślili ją tylko po to, by wzniecać jeszcze większą
nienawiść pomiędzy narodami, i żeby zyskiwać tym samym przyzwolenie
społeczne na fizyczne niszczenie ekonomicznego wroga. Napisała nawet na
ten temat zbiór esejów, ale nie udało jej się zainteresować nimi żadnego
wydawcy. Próbowała więc porozmawiać na ten temat przynajmniej z mężem
– Sean wolał jednak pub i towarzystwo innych, rudych jak on, Irlandczyków.
Jej syn, David, wprawdzie słuchał matki uważnie, ale kiedy chciała usłyszeć
od niego jakąś konkretną opinię, powtarzał tylko: – Mamo, tamta wojna już dawno się skończyła. A teraz Niemcy są okay. Tego rodzaju tłumaczenie do
Rosy jednak nie docierało. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego jedne
narody najpierw w mediach nazywa się śmiertelnymi wrogami Stanów
Zjednoczonych, a potem nagle stają się one ich sojusznikami; i dlaczego
bojownik o wolność z czasem zamienia się w terrorystę, a terrorysta w
bojownika? Dla niej wszystko to było hipokryzją, najobrzydliwszym z
obrzydliwych kłamstw, bo uprawianym w imię rzekomej wolności, praworządności
i demokracji… I może dlatego Rosa nie potrafiła teraz, po tym co się
stało na Manhattanie, tak jak inni Amerykanie nienawidzić ani tego
saudyjskiego terrorysty bin Ladena, ani Palestyńczyków, ani muzułmanów
jako takich… I może właśnie z powodu tych wątpliwości, przez całe
życie, nie potrafiła przekonać się do Ameryki, do tych nikczemnych,
zakompleksionych pastuchów, do ich flag, hymnów, megalomani i
szowinizmu. – To miał być inny
kraj… – wyszeptała, zasłaniając drżącą ręką kotarę. „Zobaczysz, w Ameryce
wszystko będzie inne. Tam jest szacunek dla człowieka, jest demokracja i
tolerancja…”, przypominała sobie słowa ojca. „Amerykanie kochają
wolność i prawo, w ich kraju nikt nikogo nie prześladuje ani za kolor
skóry, ani za poglądy, ani za religię”. I pomyślała, że przez
pewien czas w to wszystko wierzyła, że przynajmniej chciała w to wierzyć…
Ale potem, kiedy wszyscy jej bliscy umarli: i jej rodzice, i mąż, i
przyjaciółki, a teraz jej jedyny syn, coś w niej pękło – runęła
cała nadzieja, cała ufność i cała wiara… David pracował w Nowym
Jorku i przyjeżdżał do domu tak rzadko, że czasem Rosa zapominała o
jego istnieniu; a teraz, w tym koszmarnym zamachu na Manhattanie, zginął
naprawdę… Rosa odeszła od okna. Włączyła
telewizor i przez chwilę szukała lokalnego dziennika. Na wszystkich kanałach
w nieskończoność zapadały się wieże World Trade Center. Na ich tle
politycy całego świata nawoływali do krwawej krucjaty przeciwko muzułmanom
– przerzucając kanały, Rosa zastanawiała się kto z nich na tej
zbrodni najwięcej zarobi. I wtedy przypomniała sobie,
jak umierając, ojciec przywołał ją do siebie i powiedział: „Wybacz, pomyliłem się…
Ten świat jest takim samym światem, jak tamten, z którego uciekliśmy.
I dlatego kiedyś Bóg też go unicestwi… Ale nie trzeba żałować świata,
w którym jedni ludzie zarabiają pieniądze na śmierci i krzywdzie
innych ludzi…” Rosa wyłączyła telewizor i
położyła się do łóżka. Zanim zasnęła, pomyślała jeszcze, że
tym razem ojciec rzeczywiście się pomylił, bo zło przebrane za dobro
jest niezniszczalne.
Krzysztof Maria Załuski |