Pierwsza Krucjata XXI wieku

Krzysztof Maria Zaluski

 


Pamieci ofiar zamachu na World Trade Center,

a takze wszystkim niewinnym ludziom,

ktorzy jeszcze zgina w pierwszej krucjacie XXI wieku.


 

         Meczet jeszcze nie plonal. Tamci mezczyzni dopiero wrzucali przez okna butelki z benzyna. Dwaj wybijali szyby w sasiednim budynku. Jeden malowal cos sprayem na murze. Z tej odleglosci Rosa nie mogla jednak odczytac liter. W mroku widziala tylko swastyke i szubienice, na ktorej wisial muzulmanski polksiezyc... Kiedy w kilka minut pozniej z okien swiatyni wypelzly najpierw kleby czarnego dymu, a w chwile potem jezory ognia, policji nadal nie bylo. Nie bylo takze strazy pozarnej i ambulansu.

A przeciez Rosa dzwonila po pomoc juz dobre polgodziny temu. I na pewno nie ona jedyna.

"To niemozliwe, zeby w tym miescie nie bylo nikogo, komu los niewinnych ludzi bylby obojetny", myslala.

Ulica nadal byla zupelnie pusta. Ogien okopcil juz biale mury meczetu i siegal teraz do polowy wysokosci kilkunastometrowego minaretu. Podpalacze juz dawno uciekli, a mimo to nikt nie wyszedl na ulice, nikt nie probowal gasic swiatyni - muzulmanie pewnie bali sie wyjsc z domow, a chrzescijanie i zydzi obserwowali zza firan plonace zabudowania.  

I wtedy Rosa przypomniala sobie wlasne dziecinstwo - przypomniala sobie jak przed laty w zupelnie innym miescie, plonela synagoga... Ale tamten pozar, mimo ze zarzyl sie przez cale zycie w jej pamieci, istnial jakby w innym wymiarze - w rzeczywistosci, ktora nie do konca byla jawa i nie do konca snem.

Rosa byla wtedy mala dziewczynka i niczego nie rozumiala - ani dlaczego ojcowie jej kolezanek podpalili boznice, w ktorej modlila sie z rodzicami, ani dlaczego nie wolno jej bylo samej wychodzic na podworko. Nie rozumiala takze dlaczego musiala uciekac z wlasnego miasta, z wlasnego kraju az za ocean... Ojciec zawiozl ich wtedy z matka do Hamburga, skad poplyneli ogromnym, brudnym statkiem do Nowego Jorku. Rosa pamieta straszny sztorm, podczas ktorego byla chora i bala sie, ze wszyscy zatona. I pamieta tez, ze po kilku dniach morze sie uspokoilo, i ze chodzila z ojcem po wszystkich pokladach. Ojciec pokazywal jej zydow, ktorzy tak jak oni uciekali za ocean przed Hitlerem.

- Widzisz ilu nas jest? Damy sobie rade i w Ameryce. A Niemcy jeszcze za to wszystko zaplaca - mowil.

Ale Rosa patrzyla w wode i myslala o kolezankach, ktorych juz nigdy nie miala zobaczyc. I zastanawiala sie, dlaczego wszyscy Niemcy mieliby placic za jakiegos Hitlera? Dlaczego caly narod mialby poniesc kare za jakiegos oblakanca i jego idee fixe? A potem, juz jako nauczyciel akademicki, wielokrotnie zastanawiala sie nad problemem odpowiedzialnosci zbiorowej - nie tylko Niemcow. I doszla do wniosku, ze odpowiedzialnosc zbiorowa wymyslili politycy. Wymyslili ja tylko po to, by wzniecac jeszcze wieksza nienawisc pomiedzy narodami, i zeby zyskiwac tym samym przyzwolenie spoleczne na fizyczne niszczenie ekonomicznego wroga. Napisala nawet na ten temat zbior esejow, ale nie udalo jej sie zainteresowac nimi zadnego wydawcy. Probowala wiec porozmawiac na ten temat przynajmniej z mezem - Sean wolal jednak pub i towarzystwo innych, rudych jak on, Irlandczykow. Jej syn, David, wprawdzie sluchal matki uwaznie, ale kiedy chciala uslyszec od niego jakas konkretna opinie, powtarzal tylko:

- Mamo, tamta wojna juz dawno sie skonczyla. A teraz Niemcy sa okay.

Tego rodzaju tlumaczenie do Rosy jednak nie docieralo. Nie potrafila zrozumiec dlaczego jedne narody najpierw w mediach nazywa sie smiertelnymi wrogami Stanow Zjednoczonych, a potem nagle staja sie one ich sojusznikami; i dlaczego bojownik o wolnosc z czasem zamienia sie w terroryste, a terrorysta w bojownika? Dla niej wszystko to bylo hipokryzja, najobrzydliwszym z obrzydliwych klamstw, bo uprawianym w imie rzekomej wolnosci, praworzadnosci i demokracji... I moze dlatego Rosa nie potrafila teraz, po tym co sie stalo na Manhattanie, tak jak inni Amerykanie nienawidzic ani tego saudyjskiego terrorysty bin Ladena, ani Palestynczykow, ani muzulmanow jako takich... I moze wlasnie z powodu tych watpliwosci, przez cale zycie, nie potrafila przekonac sie do Ameryki, do tych nikczemnych, zakompleksionych pastuchow, do ich flag, hymnow, megalomani i szowinizmu.

- To mial byc inny kraj... - wyszeptala, zaslaniajac drzaca reka kotare.

"Zobaczysz, w Ameryce wszystko bedzie inne. Tam jest szacunek dla czlowieka, jest demokracja i tolerancja...", przypominala sobie slowa ojca. "Amerykanie kochaja wolnosc i prawo, w ich kraju nikt nikogo nie przesladuje ani za kolor skory, ani za poglady, ani za religie".

I pomyslala, ze przez pewien czas w to wszystko wierzyla, ze przynajmniej chciala w to wierzyc... Ale potem, kiedy wszyscy jej bliscy umarli: i jej rodzice, i maz, i przyjaciolki, a teraz jej jedyny syn, cos w niej peklo - runela cala nadzieja, cala ufnosc i cala wiara... David pracowal w Nowym Jorku i przyjezdzal do domu tak rzadko, ze czasem Rosa zapominala o jego istnieniu; a teraz, w tym koszmarnym zamachu na Manhattanie, zginal naprawde...

Rosa odeszla od okna. Wlaczyla telewizor i przez chwile szukala lokalnego dziennika. Na wszystkich kanalach w nieskonczonosc zapadaly sie wieze World Trade Center. Na ich tle politycy calego swiata nawolywali do krwawej krucjaty przeciwko muzulmanom - przerzucajac kanaly, Rosa zastanawiala sie kto z nich na tej zbrodni najwiecej zarobi.

I wtedy przypomniala sobie, jak umierajac, ojciec przywolal ja do siebie i powiedzial:

"Wybacz, pomylilem sie... Ten swiat jest takim samym swiatem, jak tamten, z ktorego ucieklismy. I dlatego kiedys Bog tez go unicestwi... Ale nie trzeba zalowac swiata, w ktorym jedni ludzie zarabiaja pieniadze na smierci i krzywdzie innych ludzi..."

Rosa wylaczyla telewizor i polozyla sie do lozka. Zanim zasnela, pomyslala jeszcze, ze tym razem ojciec rzeczywiscie sie pomylil, bo zlo przebrane za dobro jest niezniszczalne.  

Krzysztof Maria Zaluski