|
Autobusem wygodniej |
Andrzej Niewinny Dobrowolski
|
Gdy 33 lata temu uszczęśliwiony
zaszczytnym wyróżnieniem w postaci służbowego paszportu pagartowskiego
ważnego na cały świat z wyjątkiem krajów poza Finlandią udawałem się był na
Dworzec Wschodni, skąd przez Moskwę i Leningrad jechało się na Zachód, nie
przypuszczałem, że kiedyś zastanawiał się będę nad sprawami, o których
dzisiaj chciałbym napisać. Skłonił mnie do tego nadawany z piątku na sobotę
program w telewizji Polonia pod adekwatnym tytułem Porozmawiajmy. Tym razem
próbowano porozmawiać o naszym, ludzi mieszkających poza granicami Polski,
braku wstydu z tego poza Polską mieszkania. Pani prowadząca zaproponowała
telewidzom, żeby dzwonili do programu i własnymi ustami wypowiedzieli takie
oto bluźnierstwo: "Mieszkam za granicą, dobrze mi tu, do Kraju nie tęsknię."
Pierwsza
osoba zadzwoniła, lecz nie ośmieliła się. Było jej zarówno źle jak i
tęskno. Drugi pan zatelefonował wyraźnie po to, żeby usłyszeć swój głos w
telewizorze, bo nie miał nic do powiedzenia, a to co mówił, było nie na
temat. Widać zajęty wystukiwaniem numeru nie słyszał w ogóle tematu audycji.
Potem zadzwonił znów ktoś tam i jeszcze ktoś, ale na dobrą sprawę odwagi na
wypowiedzenie czegoś tak nikczemnego nie starczyło nikomu.
W
drugiej części audycji, na wniosek pewnego pana ze Sztokholmu, skończono z
bluźnierstwami, a zaczęto się zastanawiać nad problematyką powrotu do Kraju
i kwestią, kogo na to stać. Ogólny duch wypowiedzi na ten temat straszył
wizją powrotu połączonego z uczuciem porażki z powodu niezaistnienienia
sukcesu, po który to w końcu głównie się kiedyś tutaj fatygowaliśmy. Jakby
jedyną możliwą do zaakceptowania formą ponownego zamieszkania w kraju,
któremu niegdyś wymówiło się gościnę, był triumfalny wjazd w charakterze
bogatego byznesmena czy byzneswoman z dwojgiem dorodnych byznesdzieci.
Zastanowiłem
się: skąd i u mnie podobny stereotyp? Czyżbym nie mógł otrząsnąć się z
mentalności wykarmionej na unrowskich puszkach i wzorcu bogatego wujka z
Ameryki przysyłającego na Boże Narodzenie dwudziestodolarowy majątek, za
który w kolaboracji z Peweksem można było zastawić świąteczny stół butelkami
whisky, najeść się wewnętrznie eksportowanej szynki z puszki, zapalić
Marlboro, a dzieci uradować bombonierą szwajcarskich łakoci zamiast
dostępnego niekiedy w Społem produktu czekoladopodobnego firmy dawniej 22
Lipca? Wydaje mi się, że ulegając podobnym schematom, tkwię nadal w
myśleniu, którym spowodowałem tyle krzywd bliźnim pozostawionym w Kraju.
Jako
skrupulatny z natury osobnik przechowuję wszystkie listy, które kiedykolwiek
otrzymałem. Ostatnio porządkując starą szufladę, zajrzałem do kilku z nich.
Czegóż tam nie ma? Pełny asortyment przeciętnego supermarketu: dżinsy,
rajstopy, kakao, soki, swetry, koszule - zarówno non jak i iron zresztą -
buty, majtki, parasole, lekarstwa, płyty i co tam jeszcze i co tam jeszcze.
Przyszła mi do głowy myśl: przecież każda z tych próśb połączona była z
przełknięciem niemałej porcji dumy i osobistej godności, a niewykluczone
doznania uczucia krzywdy i poniżenia, na jakie proszący mnie o te zakichane
banany i głupią kostkę do gitary musiał się był narażać. Nie mówiąc już, ile
musiało go kosztować wpraszanie się z wizytą i nakłanianie mnie do
popełniania rozlicznych przestępstw, żeby mu załatwić pracę na czarno,
dzięki której on czy ona mogliby się wreszcie wyprowadzić od ukochanej
teściowej do jeszcze bardziej ukochanego, niestety na razie platonicznie,
własnego mieszkania. Jak szczerze musieli nienawidzić mnie proszący o te
głupstwa, o te drobne przedmioty, które będąc dla mnie niczym, dla nich były
aż tak istotne, że warte próśb, ukłonów, czasem wręcz poniżenia. Łapię się
czasem na zdziwieniu: "No wiecie, co za niewdzięczność!? Ja mu przecież
wtedy tak pomagałem, od ust, proszę pani, a jakże, a on, sama pani widzi,
odmówił mi takiej błahostki!" Nie zastanawiam się jednak, że już sam mój
widok przyprawiać go może o niesmak wywołany przypomnieniem sobie tych
wszystkich lat upokorzeń i niedostatków, błagalnych listów, obmierzłego
zmywania w knajpach na czarno i polerowania muszli klozetowych na biało.
Teraz, kiedy wreszcie czasy się zmieniły, a on dzięki swojej inteligencji,
sprytowi i przedsiębiorczości wybudował dom z garażem, wakacje spędza w
Tunezji lub Paryżu, zaś firma przynosi godziwy zysk, ja, odwiedzający go,
niegdysiejszy dobroczyńca, jestem ostatnim, z którym chciałby mieć do
czynienia, ponieważ kojarzę mu się wyłącznie z przykrościami, smutkiem i
ciężką pracą.
Z
tonu zwierzeń
telefonujących do audycji Porozmawiajmy wynikało, iż niejeden chciałby
wrócić do Kraju, lecz ich po prostu na to nie stać. Dokładniej wstydziliby
się wrócić inaczej, niż z teczką pieniędzy, którą można byłoby zamienić na
willę, firmę i garaż. No cóż, i sam nie jestem wolny od takiego życzenia.
Co
jednak powstrzymuje mnie od powrotu? Przed kim nie chciałbym wypaść na
nieudacznika? Kogo się wstydzę? Czy nie tych samych przyjaciół, którym
kiedyś wysyłałem owe koszulki polo i batony czekoladowe na święta? Czy to
nie im chciałbym jeszcze raz dokuczyć, przyjeżdżając lepszym autem, budując
większą willę, uruchamiając znaczniejszą firmę? Czy nie swędzą mnie ręce,
żeby dać im klapsa za mniemanie, iż udało się im lepiej ode mnie?
Odnoszę
wrażenie, że podobnie, jak w moim przypadku, to właśnie jest przyczyną
niezadowolenia pana ze Sztokholmu utyskującego na brak możliwości powrotu do
Kraju. Oczywiście pomijam sprawy czysto bytowe, ubezpieczenia, renty i
emerytury. Mówię bardziej w przenośni niż dosłownie, ale o to zdaje się w
gruncie rzeczy chodzi. Chociaż muszę się pochwalić, że od jakiegoś czasu
udaje mi się zdobywać na przewrotność, dzięki której unikam podobnych
rozterek. Jak? Po prostu: Spuściłem z tonu. Dałem sobie spokój z rolą
bogatego wujka z Ameryki. Powiedziałem sobie: "Teraz wasza kolej. Teraz wy
zapraszajcie mnie, goście, obdarowujcie drobnymi prezentami". Przyjmuję
życzliwości skrzętnie, odwdzięczam się w miarę możliwości, acz bez przesady.
I wiecie co? Nie do wiary - czasami naprawdę odczuwam coś sprawiającego
wrażenie zupełnie szczerej sympatii. Co więcej: stwierdziłem, że autobusem
podróżuje się o wiele wygodniej. I choć większy, bardziej luksusowy, z
wygodami, jakoś mniej kłuje w oczy niż niegdysiejszy opel. Tak, bez
wątpienia: autobusem podróżuje się wygodniej.
Andrzej Niewinny
Dobrowolski
|