Donos na Polonie

Andrzej Niewinny Dobrowolski

 

Urodzony optymista ze zdecydowanie wieksza przyjemnoscia zwyklem czynic bliznim radosc, anizeli ich martwic. Niestety do dyrekcji TV Polonia nalezaloby wprosic sie z nagana, co nie czyni sprawy lekka.

 

Odkad rozgoscila sie w naszym w domu - a bedzie juz ponad cztery lata, od kiedy szwagier przysrubowal antene do balkonu - po pierwsze wykurzyla wszystko inne, co dotad pokazywali nam w telewizorze, lacznie z podstawowymi programami tubylczymi. W zwiazku z tym stracilismy calkowicie kontakt z otaczajaca nas rzeczywistoscia, zmuszeni prosic sasiada z dolu o telefon w razie wybuchu wojny, powodzi czy innego kataklizmu. Trudno ukryc, iz sytuacja takowa nie przysparza poczucia komfortu i bezpieczenstwa. To po pierwsze. Po drugie zdezorganizowala nam rytm dobowy uniemozliwiajac normalne funkcjonowanie w tutejszym spoleczenstwie nawyklym wstawac rano, a usypiac po nastaniu ciszy nocnej, czyli okolo dwudziestej drugiej. Wobec tego, ze oboje z zona zajmujemy sie chalupnictwem i czas pracy normowany mamy wylacznie upodobaniem, wiekszosc znajomych przestala sie z nami zadawac.

 

Ale jeszcze nie to stanowi glowna przyczyne ewentualnego zazalenia do szefa telewizji Polonia. Chodzi o sprawe zasadnicza, powazna, swiatopogladowo-propagandowo-manipulacyjna, jako ze poprzez wyrazne manipulowanie propaganda TV Polonia zmienila nasz swiatopoglad, konkretnie zas w jego aspekcie tyczacym wypracowanego przez kilka dziesiatkow lat zycia na obczyznie obrazu Kraju i rodakow. Zmienila, wykrzywila, by nie powiedziec zafalszowala zastepujac dotychczasowy, trzezwy, realistyczny i prawdziwy jakims mirazem zlozonym z tych calych wirtualnych hologramow, czy jak sie je tam nazywa; z tych twarzy uszminkowanych, usmiechnietych, milych i sympatycznych; z krajobrazow pelnych nostalgii, ciepla, slonca i zieleni; z tych wiosek sielskich i chat przy drogach wysadzanych placzacymi wierzbami przywodzacymi na mysl nokturny Chopina i romantyzm; z ludzi pracy elegancko heppeningujacych przed gmachami uzytecznosci publicznej i producentow zywnosci odzianych w barwne, ludowe stroje najczesciej jako dziarskie czlonkinie kol gospodyn wiejskich spiewajace skoczne piesni o rozlicznych sprawach majacych zwiazek ze wzmiankowana produkcja pozywienia oraz innymi ulubionymi przez nie zajeciami folklorystycznymi.

 

Karmieni ponad cztery lata takaz wizja, poprzez balamutne wymyslanie ciekawych i zajmujacych programow odwolujacych sie do owego wirtualnego obrazu ojcowizny, w koncu uwierzylismy wen i uznali za istniejacy.

 

Nasyceni rozpychajaca sie w swiadomosci duma wyczekiwalismy lata i zaplanowanego wyjazdu do przyjaciol w Polsce. Jak mowilem, jedynych, jacy nam pozostali po wygasnieciu kontaktow z prowadzacymi sie jak ludzie tutejszymi. Przyszedl lipiec, jedziemy. Wtuleni w wymoszczony puchem nadziei wizerunek Kraju stworzony nam w glowach na obraz i podobienstwo pokazywanego w ekranie telewizora pakujemy sie do auta. Do granicy jest dobrze. Edyta Gorniak spiewa, kawa, termos, kanapki, droga rowna, sympatycznie. Na promie jeszcze, jeszcze, ale juz pierwsze niezgodnosci daja sie zauwazyc. A to pani w kafeterii nadasana z niewiadomych powodow furczy na mnie za nieposiadanie odliczonej sumy, to prysznic w lazience nie dziala, jak trzeba, to znow odziany w brudnawy kombinezon jegomosc dyrygujacy ruchem na pokladzie samochodowym sztorcuje mnie z gory na dol za moja jego zdaniem opieszalosc w wykonywaniu polecen.

 

Nic to jednak, prom nie Ojczyzna, plywa w te i we w te, nawykow zagranicznych mogl nabrac. Niestety po przekroczeniu granicy dalej sie nie zgadza. Nic a nic. Panowie celnicy bez szminki, buzie w pryszczach, maniery bez mankietow,  krawaty  zatluszczone,

a na odchodne komenda calkowicie niezgodna z zaleceniami profesora Bralczyka: "W tom strone jechac! W lewom, mowie, nie w prawom!" Zona mnie uspokaja, resztka kawy z termosu czestuje, pociesza, ze to strefa przygraniczna, jezyki sie mieszaja, maniery wojskowe, mundurowi. Udaje, ze mnie przekonala, ale mrowie niepokoju kielkowac pod skora zaczyna.

 

Dalsza podroz dezorganizuje coraz natarczywiej wwieziony porzadek, a gdzies tak pomiedzy Gorzowem i Poznaniem usmiechnietym twarzom z telewizora cos powykrzywialo usta w dol, krajobrazy sie odsielankowaly, przepelniajac czesto gesto intensywna wonia swiezo rozrzuconego obornika - o ktorym, zaznaczam, w programach nie bylo ani slowa! - zas dobrze jeszcze przed Wroclawiem cieplo, slonce i zielen zastapione zostaly starannie przez dotkliwe zimno, chmury i ogolnie panujaca szarosc. Dodam, iz zadnych wierzb placzacych ani Chopina nigdzie nie zauwazylismy, natomiast sporo drzew innych gatunkow, a w radiu disco polo. Mijani po drodze ludzie pracy zamiast eleganckiego heppeningowania przed gmachami uzytecznosci publicznej popijali piwo przed zwyklymi gospodami przerobionymi na puby, zas producentow zywnosci odzianych w barwne, ludowe stroje, mimo usilnego wypatrywania, nie zauwazylismy w ogole. Owszem, spotkalismy kilku po drodze, ale odziani byli bez wyjatku w jakies trudnego do ustalenia koloru nietrzezwe marynarki, zas na nogach - zamiast wyglancowanych butow z cholewami - mieli cos do zludzenia przypominajacego wywiniete pod kolanami gumowce.

 

Na miejsce przyjechalismy poznym wieczorem. Rano, obudziwszy sie w przyciasnawym pokoiku goscinnym, po cichu, zeby nie przeszkadzac spiacej jeszcze zonie, wlaczylem telewizor. Szukam, szukam, mijam widywane w przelocie ertele, polsaty, rajeuno, jurosporty i... jest! Jest Polonia! Elegancja, puder, szminka, etykieta, bon ton, marivaudage. Poczulem sie u siebie. W domu, w rodzinie, w Polsce. Nareszcie w Kraju!

 

A zazalenie? Zaraz, zaraz, co to mialo byc...? Przepraszam. Zapomnialem. W trakcie pisania rozrzewnilem sie nieco i po prostu wylecialo z pamieci. Zreszta, jak mowilem, podobnie do wiekszosci Panstwa, chetniej bliznich bawie, niz martwie.

 

Andrzej Niewinny Dobrowolski