Barbara Tschopp-Nowak

10 marca 2002r. odbyło się pierwsze spotkanie Klubu Miłośników Żywego Słowa w nowym lokum, Villi Boveri w Baden. Neogotycka budowla, powstała w latach 1895-97, była jedną z czterech reprezentacyjnych posiadłości badeńskiej wielkiej burżuazji. Należała do współzałożyciela koncernu BBC. W 1908r. wybudowano tarasy ogrodowe i pawilon ogrodowy, w 1911 roku uzupełniono zespół architektoniczny pijalnią i pływalnią w dolnej części parku.

 

Od pr. Beata Tyszkiewicz i Agata Młynarska

Tzw. hala kolumnowa była jedną z pierwszych prywatnych pływalni w Szwajcarii. W 1943r., po wykupieniu posiadłości przez BBC i przebudowie na klub pracowniczy, pływalnię zasypano.

Gdyby stare budowle potrafiły opowiadać, Villa Boveri niejedno miałaby do przekazania. Skoro jednak wiekowych murów nie da się skłonić do zwierzeń, czynią to w ich imieniu byli mieszkańcy Villi, zatrudniony w niej niegdyś personel, krewni byłych właścicieli. Wszystko to za sprawą badeńskiego aktora, pomysłodawcy nietuzinkowych przedsięwzięć dla utrwalenia i przekazu współczesnym historii badeńskich domostw. Walter Küng – bo o nim tu mowa, od 1998r. prowadzi serię odczytów, spotkań z bywalcami prywatnych koncertów i wydarzeń towarzyskich u jej pierwszych właścicieli oraz z osobami w jakikolwiek sposób związanymi niegdyś z Villą Boveri. Co dwa miesiące, na imprezach prowadzonych przez Waltera Künga, w atmosferze „English Tea Time” snują się opowieści tych, którzy przeżyli transformację Villi od siedziby wielkiego przemysłowca poprzez klub pracowniczy do współczesnego Domu Kultury. No i świetnie się składa. Klub Miłośników Żywego Słowa toż to Literacki Five O’clock. Wzbogacamy się wzajemnie – wspaniałe wnętrza Villi dodają splendoru naszym spotkaniom, a Klub wnosi do Villi polską kulturę. To wszystko w myśl motta, z którym Walter Boveri Junior przekazał Villę Społecznej Fundacji Kultury: „Ta sala, dom i piękny ogród je otaczający, mają służyć pielęgnacji ducha i kultury”.

Na marcowe spotkanie zaproszona została Beata Tyszkiewicz  - Wielka Dama polskiego kina. Rozmowę z aktorką prowadziła znana z telewizji Agata Młynarska. Złoty okres kariery Beaty Tyszkiewicz przypada na lata 60-te i 70-te. Bywało, że jednego roku grała wówczas w kilku filmach. Wtedy to przylgnęła do niej etykieta „aktorki arysto­kratycznej.” Grała głównie kobiety szlachetnie urodzone: Donnę Rebeccę w kultowym „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa, Marię Walewską w „Marysi i Napoleonie” Leonarda Buczkowskiego, księżniczkę Elżbietę w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, Izabelę Łęcką w „Lalce” Hasa, Ewelinę Hańską w polsko-francuskim serialu „Wielka miłość Balzaka” Wojciecha Solarza. Zagrała w ponad 100 filmach. W teatrze wystąpiła tylko raz, w adaptacji powieści Hemingwaya „Za rzekę, w cień drzew”. Podpisała kontrakt na 15 przedstawień, po tym doświadczeniu nie wróciła na deski teatru. „Aby grać w teatrze, musiałabym mieć żonę, która zajęłaby się domem”.

Pawilon ogrodowy Villi Boveri

 

Nie mogła i nie chciała sobie pozwolić na nieobecności wieczorami w domu. Sama wychowywała dwie córki i była przekonana, że pracy w teatrze nie da się pogodzić z wychowywaniem dzieci. „A rola matki, to moja życiowa rola – ta mi się najbardziej udała”.

Beata Tyszkiewicz, prawdziwa hrabianka z Tyszkiewiczów wileńskich, urodziła się 14 sierpnia 1938r. w Wilanowie. Tam spędziła wojnę razem z dziećmi Branickich, Potockich, Czartoryskich i wraz z nimi została ewakuowana po upadku Powstania Warszawskiego do Nieborowa. Jej matka, Barbara z Rechowiczów Tyszkiewiczowa, przeczuwając, iż zgromadzenie arystokracji w jednym miejscu jest wysoce podejrzane, zabrała dzieci i wyjechała do Krakowa. Jej przeczucia, niestety, sprawdziły się. Po Radziwiłłów, Zamoyskich, Krasickich, Branickich, niebawem przyszło NKWD.

Wojna rozdzieliła rodziców Beaty. Ojciec znalazł się w Anglii, tam pozostał, założył nową rodzinę. Matka nie wyszła drugi raz za mąż. Ciężko pracowała na chleb dla siebie i dwojga małych dzieci. Delikatnie dawano jej do zrozumienia, że być może łatwiej by jej się żyło w tych trudnych dla arystokracji czasach, gdyby zmieniła nazwisko. Odpowiadała: „Nie po to wychodziłam za mąż za Tyszkiewicza, aby teraz inaczej się nazywać”. Zaradna i dzielna, nigdy nie uskarżała się na swój los. Najpierw otworzyła knajpkę w Krakowie na Floriańskiej, później prowadziła w Karpaczu elegancki hotel, następnie Dom Pracy Twórczej Historyków Sztuki i Kultury pod Jelenią Górą. By zapewnić dzieciom możliwość dobrego wykształcenia, przeniosła się na początku lat 50. w pobliże Warszawy. Zamieszkali w Laskach, w 12-metrowym pokoiku bez wygód. Latem Beata i jej brat Krzyś kąpali się w miednicy na podwórku, zimą mleko zamarzało w bańce. „Czy z połowy jajka można zrobić lane kluski dla trzech osób? A z drugiej połowy – jabłka w cieście na deser?”

Jako 16–letnia uczennica Liceum im. Narcyzy Żmichowskiej, Beata otrzymała propozycję zagrania Klary w „Zemście” u Antoniego Bohdziewicza. Za namową matki rolę przyjęła, zadebiutowała u boku Jacka Woszczerowicza, Danuty Szaflarskiej, Tadeusza Kondrata, Jana Kurnakowicza. Za to na świadectwie szkolnym postawiono jej 11 dwój. Do matury przygotowywała się w Liceum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie.

Na egzaminie do PWST pojawiła się w dżinsach i z włosami związanymi w koński ogon. Przed salą egzaminacyjną natknęła się na Aleksandra Bardiniego. Na pytanie „Kto ty jesteś?” odparowała „Polak mały”. Na egzaminie powiedziała wiersz „Do biedronki przyszedł żuk”, bo innego nie miała czasu przygotować i... została przyjęta. Po roku rozstała się z uczelnią, a raczej uczelnia z nią: studentom nie wolno było grać w filmach, a Beata przyjęła rolę Teodozji we „Wspólnym pokoju” Wojciecha Hasa. Grała w filmach francuskich, belgijskich, niemieckich, węgierskich, rosyjskich, a nawet w jednym indyjskim. Do Indii jechała na trzy miesiące, zrobiło się z tego półtora roku. W tym czasie na planie filmowym zajęta była...11 dni. Jej partner, znany hinduski aktor, miał 79 kontraktów podpisanych jednocześnie, przyjeżdżał na plan filmowy raz na trzy tygodnie na dwie godziny, z reguły wprost z planu zdjęciowego innego filmu i nawet nie bardzo chciał się przebierać, zmieniać kostium. Nie mógł się nadziwić Beacie, że zgodziła się, by wypłacano jej gażę w pieniądzach – aktorzy hinduscy preferują diamenty jako środek płatniczy. Te bowiem traktowane są jako prezent i nie podlegają opodatkowaniu.

W czasie pobytów na planach i pokazach filmowych w byłym Związku Radzieckim, była obiektem zainteresowania nie tylko licznych wielbicieli. Gdy kolejny raz wypytywano ją, głównie o kuzyna Jana Tyszkiewicza pracującego w Wolnej Europie, o którym nic nie wiedziała, powiedziała agentowi: „Wie pan, ja nawet nie znam adresu mojego ojca!” „Tak? A to ja pani napiszę”. I w ten oto sposób, dzięki agentowi KGB, odszukała i spotkała po latach ojca mieszkającego w Londynie.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z gwiazdą. To było w okresie jej świetności, rok 1971, Kraków, Dom Studencki „Olimp”. Beata Tyszkiewicz spotkała się z krakowskimi studentami, rozmowę z nią transmitowano przez radiowęzeł Miasteczka Studenckiego. Słuchało jej pewnie 12 tys. młodych ludzi. Opowiedziała wówczas pewną przygodę z planu zdjęciowego do filmu „Szlacheckie gniazdo”

 

 

Betata Tyszkiewicz

 

Andrieja Michałkowa-Konczałowskiego. Trzeba pamiętać, że Beata była w ZSRR traktowana jak bóstwo, gdy zapalała papierosa nigdy nie musiała troszczyć się o ogień; gdy siadała – nie oglądała się nawet, czy z tyłu jest krzesło – wielbiciele zawsze na czas usłużyli. I oto kręcono scenę, w której Beata miała płakać, być zrozpaczoną. Reżyser ciągle był niezadowolony z jej gry. Nagle podszedł do tej istoty ogólnie uwielbianej i...jak nie przyrżnie jej w twarz! „Ale jak! myślałam, że mi głowa odleci” – potwierdziła wspomnienie zagadnięta o to podczas aperitifu w Hotelu Du Parc w Baden. „Co, żeby mnie jakiś Rusek bił? O, ja mu pokażę! Na piechotę pójdę do Polski” No i gdy rozsierdzona, zapłakana ze złości, „szła na piechotę do Polski”, scenę nakręcono i nareszcie to było to.

Także wtedy w Krakowie powiedziała, że nigdy nie przyjęłaby roli szpiega, agentki, osoby działającej na szkodę Polski. I tak już pozostało. Kiedyś na Zachodzie zapytano Beatę Tyszkiewicz, jaki procent scenariuszy odrzuca. Odpowiedziała, że nie może sobie na to pozwolić, bo musi grać, by zarabiać na życie. Ale tamtego postanowienia nigdy nie złamała. Logicznym następstwem takiej postawy, jest współczesne zaangażowanie aktorki w różne akcje społeczne. Od wielu lat Beata Tyszkiewicz angażuje się w działalność na rzecz Fundacji Kultury Polskiej, bezdomnych dzieci, sponsorowania studentów i młodych artystów. Wychowała samotnie dwie córki. O dwóch największych miłościach swego życia - do Polski, polskich krajobrazów i do swych dzieci – opowiada najchętniej. „Lubię wyłącznie zależeć od siebie. I staram się mieć dystans do wszystkiego. W gruncie rzeczy wiem, że mogę liczyć tylko na siebie. Taka jestem zmęczona brakiem porozumienia, braniem mnie za zupełnie inną osobę niż jestem. W życiu liczą się naprawdę tylko dzieła i dzieci. Moja najbardziej spełniona rola to rola matki dwóch córek”.

Tak Beata Tyszkiewicz mówi o sobie. A dalej, to już nasza sprawa, jaką ją chcemy widzieć: świetna aktorka i dzielna, wspaniała, kochająca, całkowicie oddana swym dzieciom matka, czy wamp w norkowym futrze pomalowanym farbą olejną w pasy w proteście przeciwko zabijaniu zwierząt, z nieustająco nowym mężczyzną i po najnowszej kuracji – tulipanowej (latem jada kwiaty a zimą tylko cebulki tulipanów)...

 

Barbara Tschopp-Nowak