JANECZKA

Z żałobnej karty

„Staropolskim zwyczajem wypijmy lechajem”, wznosiła toast Janeczka, za każdym razem od nowa śmiejąc się z dowcipnego powiedzonka i wszystkich prób wyłączenia obywateli polskich pochodzenia żydowskiego z polskiej historii, gdy już rozlałam do kryształowych kielichów białe martini, polską wódkę lub izraelską sabrę. Bo to ja wyciągałam butelkę z alkoholem z barku za telewizorem w jej mieszkaniu i obsługiwałam nas obie. Janeczka siedziała w swoim fotelu przy stole i przygotowywała na maleńkich talerzykach różne smakołyki. To był rytuał.

Odwiedzałam Janeczkę całymi latami w jej pełnym książek i fotografii mieszkanku przy Universitaetstrasse z widokiem na cały Zurich aż po same Alpy. Drobna, krucha, schorowana, ale zawsze w dobrym humorze, uśmiechnięta, elegancko ubrana, z dobraną do ubrania biżuterią, zawsze świeżo uczesana (fryzjer przychodził do niej do domu), zawsze ze starannie umalowanymi ustami. Janeczka, mimo wielu poważnych dolegliwości, które coraz bardziej ją trapiły, do końca zachowała pogodę. Nie zamęczała gości opowieściami o swoich chorobach. A jeśli ktoś zapytał jak się czuje, odpowiadała z łobuzerskim uśmiechem: „Po japońsku, jako tako” i zmieniała temat. Niechętnie opowiadała o swoich chorobach, jeszcze niechętniej o swoich przeżyciach wojennych. A jednak w czasie licznych spotkań u Niej dowiadywałam się powoli, jak wyglądało jej życie zanim znalazła się w Szwajcarii i jak potem. Dawała mi też do poczytania lub polecała przeczytać, odpowiednie lektury. Tak znalazłam się w posiadaniu kopii tekstu Tymona Terleckiego o warunkach życia w warszawskim getcie napisanym w r. 1943, dostałam też od Janeczki niewielką książeczkę pt.: „Warschau 1942”. Było to sprawozdanie szwajcarskiego kierowcy, Franza Blaettlera, który wziął udział w (drugiej z kolei) misji grupy szwajcarskich lekarzy do okupowanej Polski i po powrocie napisał wstrząsający dokument o nieludzkim traktowaniu obywateli polskich, chrześcijan, ale przede wszystkim żydów zamkniętych w gettach, przez władze okupacyjne (dokument ten ukazał się w druku wiele lat po wojnie). Po każdym spotkaniu w domu na Universitaetstrasse, w mieszkaniu na najwyższym, piątym piętrze, dowiadywałam się o życiu Janeczki więcej i więcej.

Urodziła się 14 stycznia 1916 roku w zamożnej rodzinie żydowskiej. Dostała imię Maria. Ojciec, Mojżesz Rajbenbach, był przemysłowcem. Wraz z żoną Felicją, z domu Schulman, żyli i mieszkali w Warszawie. Mieli czworo dzieci, dwóch synów, Beńka i Józka, Marysia była trzecim dzieckiem z kolei, po niej przyszła na świat najmłodsza siostra, Ania. Z całej rodziny wojnę przeżyły Maria z siostrą a także brat Józek, który uratował się w dalekiej Rosji.

Marysia ukończyła jeszcze przed wojną prawo. W czasie wojny, w getcie, pracowały z Anią w fabryce bielizny. Do samego powstania w getcie nie chciały zdecydować się na ucieczkę, bo nie chciały rozłączać się z bliskimi. Jednak w kwietniu 1943, miesiącu powstania w getcie, przeszły na stronę „aryjską”. Rodzice nie zdołali się uratować. Maria Rajbenbach została Janiną Kapczyńską. Dostała dokumenty po zmarłej we Lwowie „aryjce”. I już jako „aryjka” znalazła się wraz z siostrą w dniu 18 grudnia 1943 w transporcie na roboty do Niemiec. W Singen pracowały w fabryce amunicji. Kilkakrotnie próbowały przedostać się do Szwajcarii. W końcu udało im się to w czerwcu 1944 roku. Powiedziały szwajcarskiemu celnikowi, że albo ma je przepuścić albo rozstrzelać na miejscu, do Niemiec nie wrócą. Przepuścił. Przeżyły dzięki determinacji i pomocy wielu ludzi, z którymi utrzymywały przez całe życie kontakt. Maria-Janina studiowała w Zurichu prawo, przez dziesiątki lat była też tłumaczem przy Fremdenpolizei, pomogła wielu uciekinierom politycznym.

Gdy widziałam się z Nią ostatni raz powiedziała mi na pożegnanie, że chciałaby już znaleźć się tam, gdzie są jej najbliżsi. „Wiesz, nie mam z kim wspominać dawnych lat”, pożaliła się, co było do niej tak niepodobne. Zmarła 20 lutego 2003 roku.          

Pa, Janeczko.

Elżbieta Binswanger