Ś.P. Dr Janusz Wroński

( 31.3.1937 – 1.5.2003 )

Z żałobnej karty

 

 

23 kwietnia Janusz napisał  "...To się rozstrzygnie za tydzień. Jeżeli zdążę, to napiszę Ci ..."  Przyszedł mail... nie od Niego. Wpatruję się w płaski ekran monitora... dwa słowa, dwa wyrazy, których zawartość obejmuję wzrokiem, a jednak nie potrafię ich ani zrozumieć ani zaakceptować –

 „Janusz odszedł...”.

 

Nie dokończyliśmy naszych rozmów.. nie dopowiedzieliśmy jeszcze wszystkiego... Kiedy na początku roku opuszczałem jego Krefeld, nie miałem poczucia, że to pożegnanie, że mój świat tak szybko zubożeje. Nie byłem przygotowany na utratę Przyjaciela...

Poznał nas komputer. Ja chciałem wejść z Naszą Gazetką na internet, Janusz już  tam był – wpierw z Polonią Świata, której strony tworzył dla dr. Kosteckiego, później  ze swoją Polonią-Euro. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak programuje się takie strony. Napisałem prośbę o radę. Otrzymałem pomoc. Janusz – zrobił pierwsze strony Naszej Gazetki !

 

Podziękowałem, On podziękowanie przyjął i można by zakmąć akapit. A jednak...  nasza korespondecja mailowa trwała nadal, stawała się intensywniejszą, zaczęła obejmować  coraz większe obszary percepcji świata i ludzi. Nagle uświadomiłem sobie, że to pisanie z Januszem stało się istotnym elementem mojej codzienności, że czekam na jego listy, że ta znajomość bogaci mnie wewnętrznie, że stanowi wartość kreującą. Ten stan był mi już znany z przeszłości. Już kiedyś miałem Przyjaciela, Przyjaciela, który nim pozostał chociaż komuniści wyrzucili go z Polskii i który nim pozostanie chociaż do jego Szwecji tak kilometrów wiele...

 

Nasze pierwsze spotkanie... Od początku wiedziałem, że Janusz jest sparaliżowany od piersi w dół. To efekt podróży do Polski, wypadku samochodowego i „fachowej” opieki Pogotowia. Wiedziałem jednocześnie, że Janusz – do wypadku lekarz z własną praktyką, potrafił po wypadku wejść w świat informatyki stając się tego świata czynnym uczestnikiem. Nie wiedziałem tylko jak On cierpi, nie zdawałem sobie sprawy ile trzeba mieć w sobie siły, aby w tym bólu kreować jeszcze codzienność... To była jeszcze jedna lekcja pokory, której udzieliło mi życie... To w czasie tego spotkania przeszliśmy na „per ty”. Janusz  był w tym swoistym konserwatystą. Podzielałem Jego zdanie uważając, że spłycanie kulturalnych zachowań prowadzi do degeneracji zjawisk.

 

Potem było spotkanie drugie... Czas się skracał...Mieliśmy mało czasu dla siebie.. bardzo mało. Bóle sprawiały, że Janusz chciał być z nimi sam. Mnie oddał swoje „dziecko” – Polonię–Eutro”. Siadałem więc piętro wyżej i dopasowywałem te strony do stron Naszej Gazetki. A On cierpiał!  Widziałem to, byłem tego bólu świadkiem i byłem  bezradnym statystą rzeczywistości, nie mogącym nic zmienić.

 

Wróciłem do Szwajcarii. Przytłumiony, niespokojny, przybyity. Byłem świadom, że jest źle, a jednak daleko mi było do ostateczności. Za wcześnie – powtarzałem, to chwilowe... Nie dopuszczałem do swojej jaźni, że to może być koniec  choć  Janusz między wierszami prowokował takie myśli. Wiedział? Czuł? Chciał?.Jego czas zatrzymał się...

 

Żegnaj Przyjacielu! Nasza przyjaźń będzie mi towarzyszyć dalej!...

 

                                                                                                      Tadeusz M. Kilarski