Jubileuszowa uroczystość rodzinna w Zurychu

 
Witold Leśniak

Gdyby nie nieoczekiwane zaproszenie księdza Włodzi­mierza Czer­wińskiego, 7-letniego Kierownika Polskiej Misji Katolickiej (PMK) w Zurychu (pobił czasowe rekordy obu swych poprzedników), wypowiedziane en passant przed kilkunastoma dniami, nie pamiętałbym, przyznaję z zażenowaniem, o piętnastoleciu zuryskiej „Matki” mego, przed siedmiu laty przez nią adoptowanego, berneńskiego polskiego ośrodka misyjnego. Zaskakującej mnie prośby Księdza Prałata, pośrodku zuryskich uroczystości, do podzielenia się wrażeniami z tego jubileuszu z czytelnikami „Naszej Gazetki”, nie śmiałem odrzucić: poprzedzało ją właśnie otrzymanie wyproszonego „bestselleru” „Niedzieli”, której już mi się nie udało wcześniej dostać w Marly k. Fryburga.

ks. Włodzimierz Czerwiński

Gdy weźmiemy sobie, jak należy do serca, zalecane ostatnio w polskoszwajcarskim druku spojrzenie misyjnogenalogiczne, zdajemy sobie sprawę, że wyrasta nam, jeżeli już nie wyrosła, bogata „Dziećmi” młodziutka „Matka” w Zurychu. Nasza zacna, podfryburska „Babcia” może być z niej doprawdy dumna. Energia tej Matki, jej młodość i prężność, położenie na skrzyżowaniu ważnych linii komunikacyjnych Szwajcarii i Europy, ubogaconym miejskimi aglomeracjami, wystawiają ją na populacyjny stres przez dużą  większość katolickich Polaków w Szwajcarii, wymagają szukania dla nich odpowiednich a zwłaszcza szybkich modlitewno-organizacyjnych rozwiązań, by wiara naszych przodków i Papieża-Polaka nie została zaprzepaszczona w tym kraju!

 

Toteż tym bardziej udałem się do Zyruchu słonecznej niedzieli 7.03. b.r. Jak się okazało, nie byłem sam: setki Rodaczek i Rodaków zdecydowało się zrezygnować z całodziennej drzemki czy dłuższego spaceru niedzielnego, by wziąć udział w tym jubileuszowym spotkaniu. A całe to spotkanie nie było balonem rozdmuchanym do niebezpiecznych granic – pęknięcia: żadnych „sensacji”. Wyjątkiem była tu krypta, która chyba pękła w szwach, bo duża część uczestników Mszy św. stała na zewnątrz i w przed­sionkach kaplicy. Niestety, było to nazbyt wyraźne „quo erat demonstrandum” (ilustra­cyjny dowód) znanego już dawno faktu, że poczciwe Krypcisko pod stopami Matki Boskiej (Liebfrauenkirche) nie spełnia zadań, którym miałoby służyć. Tym żarliwiej modlono się na różańcu. Jakiś „sabotaż” pozbawił jednak większość wiernych słuchowego kontaktu – brak funkcjonującego mikrofonu. Dzięki Bogu beznagannie funkcjonował on w czasie Eucharystii, której przewodniczył Ks. bp. Józef Zawitkowski z Łowicza.

Jego Ekscelencja, ukrywający się latami pod pseudonimem „ks. Tymoteusza”, wystąpił teraz w swym biskupim majestacie i zabrał się w czasie nauki rekolekcyjnej – ostatniej w Zurychu – z daną mu elokwencją do głoszenia słowa Bożego. W ciągu trzech kwadransów (bodaj co do minuty, jak „groził” przed kazaniem) Kaznodzieja szedł śladami cierpiącego Jezusa, podpierając się pilnie opisem Ewangelistów. Brak było taniego blichtru czy efektowenego oratorstwa. Było gorąco i duszno. Dlaczego nie zasypiano? Czy tylko piszącemu te słowa tak bardzo pociły się oczy...? Kochany Biskup zabrał nas wszystkich, jak mówił, w swym sercu do Łowicza. Czyżby nie zauważył, że także jego Cząstka pozostała wśród – wielu z – nas...? Uderzało poza tym, że płeć piękna w Zurychu „inzwischen” (Już dawno tam nie byłem) zdobyła w czasie polskiej Mszy św.

bez mała wyłączność przy ołtarzu. Dostała nawet pochwałę od księdza Biskupa. – Cieszyć się tym, czy smucić...? (A może dlatego mokły moje oczy?)

 

Po ponaddwugodzinnym pobycie w krypcie – na uczcie dla duszy chrześcijańskiej – był najwyższy czas na świeże powietrze, na coś dla ducha i ucha, dla oka i żołądka. Znowu zapobiegano pęknięciu przez dostawiania dodatkowych stołów i krzeseł i przez... rezygnację ze wspólnego pobytu: z braku miejsc! Łamało mi się serce widząc przyjaciół krążących po sali i opuszczających ją wobec przepełnienia (Kto był w stanie wystać dalsze 2 godziny?) Były powitania i przemowy. Nie zabrakło „Episkopatu” i „Konsulatu” z Berna. Trzy znane, zrodzone przed laty w Dolinie Łask, „Anielice”, o niebiańskich włosach i głosach (Jego Ekscelencja: „Ładna Pani”) przykuwały u wielu uwa­gę wykonywanym ze znastwem „songiem” religijnym. Maluchy odebrały nagrody za karty świąteczne. Jubilaci – zasłużone gratulacje i życzenia na przyszłość: eminentny Gość wyraził nadzieję, że następny jubileusz będzie obchodzony „we własnych pomieszczeniach”. Amen. T.j.: Niech się tak stanie!

                                                                                    Witold Leśniak