Wschód albo Zachód? – Wschód i Zachód!

 

Elżbieta Binswanger-Stefańska

 

Wyjechać? Nie wyjechać? Wyjechać? Wahałam się. Bałam się. Cieszyłam się. Gdy w sierpniu 1974 roku wyjeżdżałam z Polski do Szwajcarii, nawet mi w głowie nie postało, że będzie to trwająca 30 lat odyseja. Zresztą: wyjechałam, wróciłam, znowu wyjechałam, znowu wróciłam, znów wyjechałam... Ale nigdy z myślą o emigracji, nigdy o rezygnacji z obywatelstwa polskiego, nigdy o „zostaniu na zawsze”.

 

Wyjechałam, bo się zakochałam i gdzieś musieliśmy się przecież, my, polsko -szwajcarscy kochankowie, spotykać. Raz w Polsce, raz w Szwajcarii. Ale w końcu trzeba nam było coś postanowić, coś zacząć, coś skończyć. Stanęło na Szwajcarii. W tamtych latach było to logiczne. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych w Polsce

działo się coraz gorzej z kulminacją 13 grudnia 1981 roku. Ale ja zdążyłam się odkochać w moim szwajcarskim mężu już na początku roku 1980 i, oczywiście - dla mnie było to oczywiste – wrócić do domu, czyli do mamy i taty, czyli do Polski, czyli do mojego rodzinnego miasta – Krakowa. Tu znalazłam nową miłość. Tyle, że studiowałam wtedy nadal na Zachodzie. Więc: wyjeżdżałam, wracałam, wyjeżdżałam.

Stan wojenny zaskoczył mnie w Zurichu. Mojego ukochanego w Krakowie. Chciałam natychmiast wracać powołując się na zapis w paszporcie konsularnym, że obywatel polski zawsze może wjechać do swojego ojczystego kraju. Zawrócono mnie od granicy. Historia się pokomplikowała i skutecznie zamieszała w moich sprawach sercowych. W rezultacie po dwóch latach od grudniowych wydarzeń zostałam żoną kolejnego szwajcarskiego męża, jak czas pokazał, miłości mojego życia. Ale z miłością jak z życiem. Kiedyś się kończy. Nasza skończyła się, a raczej przeszła po wielu pełnych miłości, pięknych, wspólnych latach w zażyłą przyjaźń – ciągle zastanawiam się nad nazwaniem tego stanu post-miłosnego, bo jest to coś innego niż miłość, i coś innego niż przyjaźń, a nazwy nijakiej na to nie ma. W dzisiejszych czasach powinna być, bo coraz więcej par rozstaje się w tak zwanej – tymczasowo zwanej? – przyjaźni. Bardzo

szczególnej  przyjaźni. Mam kilku takich coś-innego-niż-przyjaciół. Dość na tym, że skoro skończyła się miłość, przyszedł czas powrotu do domu.

 

Wracać? Nie wracać? Wracać? Wahałam się. Bałam się. Cieszyłam się. Wracałam. Potem wyjeżdżałam znowu  - wracałam do Zurichu. Potem znów do Krakowa. Znów do Zurichu. Miałam pracę w Szwajcarii, mieszkanie w Krakowie, pracę w Krakowie, mieszkanie w Zurichu... Ale gdy w sierpniu 2004 zwiozłam z Zurichu do Krakowa resztę swoich rzeczy, klamka zapadła. Wróciłam. Wróciłam? Nie wiem. Skąd mogę wiedzieć, co się wydarzy? Historia lubi niespodzianki. Tak jak kiedyś nie wyjeżdżałam „na zawsze”, tak teraz nie wróciłam „na zawsze”. Ale ludzie lubią jasne sytuacje. Pytają jak to ze mną jest, „na zawsze?”, „nie na zawsze?” Drążą: „Kim ty właściwie jesteś, Polką czy Szwajcarką?” Pokpiwają: „Zobaczysz, nie wytrzymasz, wrócisz (tym razem w przeciwnym kierunku, do Szwajcarii oczywiście)”.Konstatują z politowaniem: „Zwariowałaś, ludzie stąd uciekają a ty wracasz? Masz niedobrze w głowie!” Dokuczają: „Tu nie Szwajcaria, nie myśl sobie”... To w Polsce. A w Szwajcarii? Przyjaciele, znajomi, koledzy Polacy mówią: „Ale masz dobrze, też bym wrócił(a), ale zbyt wiele mnie tu wiąże, dom, praca, kredyt, kształcenie dzieci, wygody”, lub mówią: „Ja bym nigdy nie wrócił, nie przyzwyczaiłbym się już do tego dziadostwa”, lub mówią: „Szkoda, że wyjeżdżasz, może też się zdecydujemy?” A jeżeli są to przyjaciele szwajcarscy, zapowiadają: „Będziemy cię odwiedzać, Kraków to ponoć piękne miasto, teraz mamy tam do kogo pojechać...”

 

A ja? A ja jak w tym kawale o muzykach: „Mozart nie żyje, Chopin umarł... a i ja coś nie najlepiej się czuję...”. Miłosz wrócił, Zagajewski wrócił, Mrożek wrócił..., że wymienię tylko kilku tych, którzy wrócili skądś tam do Krakowa – to i ja wróciłam. I mogę powiedzieć wszem i wobec: Ma to swoje plusy i swoje minusy. Jak wszystko. I jak dobrze urzą­dzony Zachód, w tym doskonale urządzona Szwajcaria, także. Byłam tam, tęskniłam do tu. Jestem tu, tęsknię do tam. A że jestem wolnym człowiekiem, ba, wolnym Europejczykiem, i żyję w wolnym świecie, w każdym razie wystarczająco wolnym świecie, zatęsknię, to jadę. Bowiem od jakiegoś już czasu przestaliśmy żyć w świecie „albo, albo”, i żyjemy w świecie „i, i”. Gdyby tego ktoś nie zauważył. Czuję się i Polką, i Szwajcarką, mówię i myślę po polsku, i po niemiecku, bliski jest mi i ten, i tamten styl życia, jestem i tu, i tam. I widzę zarówno strony dodatnie jak i strony ujemne moich obu ojczyzn, tej z dziada pradziada i tej z wyboru. Szwajcaria jest rzeczywiście niewątpliwie jednym z najlepiej urządzonych miejsc na świecie. Ostatnio w rankingu miast świata, w których żyje się najlepiej, Zurich znalazł się na pierwszym miejscu: żyje się tu najwygodniej, najdostatniej, najpiękniej, najbezpieczniej. I to prawda. Mogę się pod tym podpisać. Przetestowałam. Ostatnio też w rankingu (telewizyjnym), co w Polsce jest dla cudzoziemca najbardziej godne uwagi, a mogło to być miejsce, danie, rzecz... na pierwszym miejscu znalazł się Kraków. I pod tym mogę się podpisać.

 

Posmakowałam. A więc Kraków i Zurich, Zurich i Kraków. Zawsze się śmiałam, że to jak dwie babcie, jedna ze strony ojca, druga ze strony mamy, wszystko jedno w tym przykładzie, która która. Dość na tym, że jedna to bogata dama, nieco sztywna i surowa, żyjąca w wielkim domu z ogrodem i służbą, obdarowująca cennymi prezentami. Z wizytą trzeba się uprzednio zameldować. Druga biedniejsza, ale cieplejsza, mieszka sama w mieszkaniu w starej krakowskiej kamienicy z kwiatami na balkonie i gołębiami na strychu, własnoręcznie piekąca najlepszą szarlotkę na świecie. Zawsze można do niej wpaść. Prosto z ulicy. Bez zapowiedzi. Dobrze jest mieć dwie takie babcie. Obie są moimi antenatkami. Obie mam w sobie. Obie musiały być, żebym mogła być ja. Więc proszę mnie nie pytać czym jestem „bardziej”. I dlaczego wracam z miejsca „lepszego” do „gorszego”. I nie wyrokować, że „nie wytrzymam”. I nie dziwić się. Tak w Zurichu jak i w Krakowie mam swoje ulubione restauracje. Tak tu, jak i tam, jest mi dobrze, bo kocham oba te miasta. I źle, bo tęsknię do każdego z nich z osobna. Tu i tam chodzę do teatru, tu i tam czytam gazety, tu i tam płaczę, gdy jest mi smutno. Ale tu obchodzono 40 rocznicę nagrody im. Kościelskich z wielką atencją i ogólnopolskim zainteresowaniem mediów wszelakich a tam jest to wydarzenie w „kręgach polonijnych”, czyli na marginesie (a nawet poza nim) wydarzeń dla Szwajcarii zauważalnych – choć sama nagroda tam właśnie powstała. I to jest właśnie ta różnica. Żeby ją jakoś zniwelować, po 30 latach na Zachodzie chcę sobie trochę pożyć na Wschodzie.