TRAGEDIA
W DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT
Elżbieta Binswanger-Stefańska Koniec świata. Myślałem, że to koniec świata, opowiadają ci, którzy przeżyli. Dla tych, którzy nie przeżyli, to BYŁ koniec świata. Dla nas wszystkich to JEST zmiana świata. Już nigdy nie będzie taki jaki był. Tragiczne tsunami zmieniło nasze postrzeganie życia i śmierci - w ogóle. A nasz beztroski stosunek do masowej turystyki – w szczególe. Święta dobiegły właśnie półmetka. Było miło, spokojnie, rodzinnie, jak należy, po bożemu. Tuż przed świętami sprawiłam sobie świąteczną lekturę, „Atlantydę” autorstwa Shirley Andrews. Właśnie miałam po nią sięgnąć, drugi dzień świąt miał być mój, lektura, spacery z psem, jakiś film w telewizji. Luz i relaks. Z radia płynęły przyjemne dla ucha i ducha kolędy. Przerywane wiadomościami. I wtedy się dowiedziałam: na dnie oceanu w pobliżu Sumatry było bardzo mocne trzęsienie ziemi, fala tsunami dotarła do Tajlandii, Sri Lanki, Malediwów, a nawet odległej o tysiące kilometrów Somalii... Sumatry nie licząc. Liczba ofiar sięga 9 tysięcy! Ale nikt nie potrafi dokładniej powiedzieć co się tam dzieje, bo nie wszędzie udaje się dotrzeć. A potem było już tylko gorzej. Z dnia na dzień liczba policzonych ofiar rosła i rosła. Rosło przerażenie świata. Rósł bezmiar nieszczęścia. Ogrom strat. Do dziś doliczono się 226 tysięcy ofiar i ciągle jeszcze wiele tysięcy ludzi po prostu się nie odnalazło. Leżą pod gruzami zawalonych budynków. Lub po prostu ocean zabrał. I nigdy nie zwróci. Jeszcze ciągle umierają ludzie w wyniku odniesionych ran, zakażeń. Tysiące osieroconych dzieci. Tysiące rodziców, którzy stracili dzieci. Kilometry spustoszonych wybrzeży. |
|
|
|
|
Otóż nam! Choć jeszcze w 1970 roku straszliwy tajfun zabił 300 tysięcy ludzi w Bangladesz. W 1976 tsunami uderzyło w Filipiny (5 tysięcy ofiar), trzęsienie ziemi wydarzyło się w irańskim mieście Bam nie dalej jak rok wcześniej (30 tysięcy ofiar). Tylko że tym razem tsunami uderzyło z całą swoją siłą nie tylko w region zwany przez nas trzecim światem. Uderzyło w „nasze” turystyczne centra w dzień „naszych” świąt Bożego Narodzenia w szczycie „naszego” sezonu turystycznego. I to właśnie spowodowało, że tym razem stało się to również „naszą” katastrofą. A „naszą” katastrofę nazywamy katastrofą globalną. Tak naprawdę po raz pierwszy zauważamy, że to co się wydarza gdzieś tam, po drugiej stronie globu, w biednym „trzecim” świecie, jest naszym jednym światem. Jest to swoiste tragiczne szczęście w nieszczęściu. Bo to „nasz” świat jest na tyle bogaty i na tyle potężny, i na tyle uczony, że może zrobić coś na przyszłość, co pozwoli znacznie zmniejszyć skutki takich katastrof.
Trzęsień ziemi nie da się przewidzieć, ale przecież „nasi” naukowcy, nasi sejsmolodzy, nasi geolodzy, nasi wulkanolodzy wiedzą doskonale, że archipelag wysp indonezyjskich jest najniebezpieczniejszym miejscem na świecie. 17 tysięcy wysp, które składają się na Indonezję powstało w wyniku ścierania się dwóch wielkich płyt litosfery, płyty indo-australijskiej i euro-azjatyckiej. 25 milionów lat trwa już ten proces i wcale nie jest zakończony. Na wyspach jest 155 czynnych wulkanów. Trzęsień ziemi nie da się przewidzieć. Ale należy się ich obawiać. A zatem można być na nie lepiej przygotowanym. Jak się – poniewczasie – okazuje. Teraz, kiedy 26 grudnia 2004 stało się datą śmierci tysięcy Niemców, Norwegów, Szwedów, Austriaków, Szwajcarów i innych obywateli „zachodniej cywilizacji” w tym także Polaków, „biedny zacofany” świat dostanie odpowiednie czujniki, które będą ostrzegać przyszłych turystów tamtych rejonów a przy okazji ich mieszkańców.
Ale
zmieniło się coś jeszcze: dowiedzieliśmy się przy okazji, że
natura zupełnie nie zważa na statusy. Działa wedle swoich praw
i jeśli zabija, to nie robi wyjątków. Nie liczy się też z naszymi
bogami. „Bożonarodzeniowa” fala śmierci zabijała bez oglądania
się na przynależność religijną: indonezyjskich muzułmanów,
indyjskich hinduistów, tajlandzkich buddystów, nie oszczędzała
katolickich, protestanckich, anglikańskich, żydowskich turystów... Ci
ostatni, turyści, już nigdy nie odważą się nazywać specjalnie dla
nich przygotowanych ośrodków bez oglądania się na zaplecze -
turystycznym rajem. Zmieni się, miejmy nadzieję, trwale, nastawienie
„zachodniego turysty” do jego „turystycznych gospodarzy”. Dean
MacCannell, autor książki „Turysta. Nowa teoria klasy próżniaczej”
dopisze do następnego wydania nowy, zupełnie inny rozdział. Biblijny
potop czy mityczna Atlantyda okazują się nagle znacznie bardziej
realne niż moglibyśmy do niedawna przypuszczać. Spokornieliśmy. I
pomagamy ile sił. Globalna mobilizacja jest niejakim pocieszeniem w tej
globalnej żałobie. Lektury „drugiego dnia świąt” dopiero się
piszą.
|