|
|
Do Czytelników NG słów kilka...
|
|
Wszystkie
strony tego wydania NG są już w drukarni – poza tą jedną. Z reguły felieton piszę zaraz po zrobieniu całego
numeru, tym razem jednak potrzebowałem kilku dni, aby z pewnej czasowej
perspektywy spojrzeć na wydarzenia ostatnich tygodni. To co miało miejsce w całej Polsce po śmierci Jana Pawła II najlepiej oddawało kim był ten Człowiek dla swojego narodu. Blisko milion ludzi na krakowskich Błoniach, tysiące na Franciszkańskiej pod Pałacem Biskupim i w wielu miejscach, które nosiły ślady Papieża. Ale nie tylko Kraków tak Go żegnał – cała Polska. Miliony zniczy i kwiatów. Zdjęcia z tych dni mają w sobie element nieskończoności i niezapomnienia. Jak widok 15-piętrowych akademików studenckich, w których zapalone światła w pokojach tworzyły znak krzyża... A potem uroczystość pogrzebowa w Rzymie. „Rzym katolicki jak nigdy dotąd – pisała nawet prasa szwajcarska, skądinąd podchodząca dość specyficznie i częstokroć z dużą ignorancją do tego pontyfikatu. Miliony ludzi zjawiło się w mieście nad Tybrem chcąc brać udział w ostatniej drodze Karola Wojtyły. Setki delegacji rządowych, w tym po raz pierwszy urzędujący prezydent USA. Więc trzeba być wyjątkowo miernym by nie dostrzegać wielkości Jana Pawła II. Trzeba być wyjątkowo żałosnym negując osiągnięcia ostatnich 27 lat. Spoglądam na plik gazet - i tych polskich – z ostatnich dni życia Jana Pawła II i niemiecko-szwajcarskich – po Jego odejściu. Potężne tytuły, olbrzymie fotografie, spora zawartość treści, a to wszystko jakby naznaczone jakimś tchnieniem Thanatosa...
„(...)
A przecież nie cały umieram, to co we mnie niezniszczalne trwa!
(...) To co we mnie niezniszczalne, teraz staje twarzą w twarz z Tym,
który Jest! – napisał nasz Papież w Tryptyku Rzymskim. I może właśnie
te słowa są tym balsamem na ból i smutek wywołane zakończeniem Jego
ziemskiej wędrówki, tym środkiem złagodzenia koszmaru świadomości,
iż już nigdy nie pojawi się z błogosławieństwem swojej dobrotliwej
twarzy i spracowanej dłoni
|