Rodzaje światła

 

Są różne rodzaje światła, ale, jak twierdziła słynna malarka Tamara de Łempicka, najpiękniejsze jest światło we Włoszech. Tam też, ale już w klasztorze, unoszącym się codziennie ku niebu dzięki modlitwom mieszkanek, rozgrywa się sztuka Kazimierza Brauna, opowiadająca jeden epizod z życia ekscentrycznej artystki. Tamara ma kaprys dość przelotny: wstąpię do klasztoru i będzie zakonnicą. Na razie w ramach psychicznej próby, portretuje matkę przełożoną.

 

Spotykają się dwa światy: metafizyki chrześcijańskiej, reprezentowanej przez starą zakonnicę oraz światowej damy, twierdzącej, iż sama wynalazła nowy styl „art-déco“.

Tę sztukę można było zobaczyć przy końcu sierpnia 2005 w Baden, u Inez i Feliksa Naglickich. Chwała im za to, iż od lat krzewią kulturę w swej Piwnicy, mieszczącej scenkę, chyba najmniejszą na świecie. Robią to z wyczuciem, zapraszając nie byle kogo. Widziałem tam już wielokrotnie niezapomniane spektakle. Jestem po prostu bardzo wdzięczny tej parze, iż tak udanie organizują widowiska o najwyższej jakości estradowej i teatralnej. Punkt minusowy: mała sala. No, ale to już nie ich wina.

W sztuce K. Brauna, dwie kobiece postaci grane są przez Marię Nowotarską (zakonnica) oraz Agatę Pilitowską (malarka). Kiedy pani Pilitowska zwraca się do przeoryszy „matko!“, czujemy na widowni szczególną sytuację: przecież to córka zwraca się do swej rodzonej matki! Autor zadbał, aby na scenie nie było między nimi słodko. Maria Nowotarska gra swoją rolę zakonnicy wspaniale w tym sensie, iż jest godna, cierpliwa, delikatna, kulturalna, ogarnięta metafizycznym światłem, konsekwentna w swym życiowym wyborze, pewna swych racji, wykształcona w dziedzinie historii sztuki, minimalnie próżna (daje się portretować), z racji wieku usiłująca wskazać swej rozmówczyni prawidłową drogę w przyszłości. Jest to trudne zadanie, albowiem młoda interlokutorka, czyli Tamara, grana jest równie rewelacyjnie przez panią Pilitowską. Jej sceniczne „alter ego“ to Łempicka: powabna, znająca swą wartość kobiecej urody, uwodzicielska (biseksualnie), urocza, kapryśna, autorytatywna, znająca słodki smak blichtru wielkiego świata oraz funkcję narkotyków, wiedząca jak się urządzić w świecie pełnym raf finansowych („jestem baronową a mąż jest milionerem“), bardziej kochająca nocne życie po lokalach i szybkie samochody niż swoją córeczkę. 

 

Wszystkie te aspekty kontrastywnych postaci zostały wspaniale, wręcz rewelacyjnie zagrane przez autentyczną parę rodzinną – matkę i córkę. Robią to z zawodową maestrią, czyli doskonałą dykcją (nie taki częsty obyczaj dziś na scenach), zmianami konwencji oraz stylu, tonu, ruchem, gestykulacją, wyrafinowanymi akcjami – przykładowo, kiedy zakonnica „prawi kazania“ malarce, ta wpatruje się intensywnie w blejtram powstającego portretu, sygnalizując „a gadaj sobie ile chcesz, kobieto w czerni, mój świat jest zupełnie inny, nigdy mnie  nie zrozumiesz“.

 

W dobie globalizacji chciałbym nadmienić, iż panie aktorki mieszkają w Kanadzie, ja w Austrii, a dzięki Inez i Feliksowi Naglickim w Szwajcarii mogłem piano piano stać się fanem pani Nowotarskiej. Dlaczego? Bo panią Nowotarską (którą znałem oczywiście z jej ról w Polsce przed laty) zobaczyłem znów na scence w Baden w maju 2001. Od razu „pokochałem“ jej styl gry, niebywałą kulturę sceniczną, jaką ukazała wtedy w monodramie (też pióra K. Brauna) o Helenie Modrzejewskiej. Byłem zachwycony, wzruszony! Nie mogę ciągnąć listy komplementów pod jej adresem, bo jestem żonaty i w domu nie chciałbym mieć scen... Wystarczą te w teatrach. Zresztą pisałem o matce pani Agaty już w „Nowym Kurierze“ ukazującym się w Toronto.

 

Nie dość na tym: w maju 2003 znowu pani Maria Nowotarska odwiedziła Baden i ponownie mnie wzruszała artystycznie, występując wraz z panią Adą Gostkowską, tym razem w spektaklu utworów Agnieszki Osieckiej „Nic nie zastąpi mi piosenki“. Przypomniały obie panie romantycznie, dynamicznie, nostalgicznie i znowu artystycznie na najwyższych piętrach swego scenicznego kunsztu piękny repertuar jakże przedwcześnie zmarłej poetki.

 

A teraz Łempicka. Pani Agata Pilitowska parę razy wspomina na scenie jej paryskie atelier. Piszący te słowa, wiele lat temu, w bardzo mu dobrze znanym Paryżu, godzinami szukał wraz ze swą córką tego atelier. Uparł się odszukać w kosmosie nadsekwańskiej metropolii tę materialną pamiątkę po malarce, po której nawet prochy się wniwecz rozsypały... Zadanie było trudne. Ale emigranci muszą umieć pokonywać trudności. Znaleźliśmy wreszcie to atelier. Poczuliśmy aurę, w której powstały arcydzieła tej ekscentrycznej damy, przypomnianej teraz jakże wspaniale przez autora tekstu oraz doskonałe dwie wykonawczynie – matkę i córkę.

Dzięki za wspaniałe światło bijące z tej sceny!

                                                                                                           Wiesław PIECHOCKI