Zapiski Internowanego 12 XII 1981 – 19 XI 1982

 

Tekst przedstawiony Czytelnikowi ma formę kroniki sporządzanej podczas bezprawnego pozbawienia mnie wolności, gdy przebywałem w tzw. ośrodkach odosobnienia - w Uhercach, Rzeszowie-Załężu i Kielcach-Piaskach - od 13 grudnia 1981 do 19 listopada 1982 roku.

 

Zapiski powstawały na bieżąco, w większości pisane ołówkiem, przeważnie na małych karteczkach papieru lub w książce. Zakaz prowadzenia i posiadanie notatek, rewizje cel i rewizje osobiste zmuszały do ciągłego ich ukrywania. Przemycałem je na widzenia i przekazywałem osobom odwiedzającym. Dzięki ich pomocy mogły zostać wyniesione poza mury wiezienia i ocaleć.

 

Nie brak w nich skrótów myślowych i niedomówień. Prezentują tylko wycinek tamtej rzeczywistości, stanowią jedynie szkic luźno zanotowanych, drobnych faktów, wyrażają myśli

„nienowe“. Pisane ad hoc, nie mogły być poddane rygorom jakiejś sztywno określonej formy wypowiedzi literackiej.

 

Emigrując z Polski z moją Żoną i małą Córeczką, Misią, w listopadzie 1984 roku, udało się je przewieźć do Szwecji, gdzie zostały dokładnie przepisane. W niektórych miejscach pozwoliłem sobie na drobne uzupełnienia faktów zapamiętanych i wygładzenia językowe.

 

                                                                                           Emil Mastej, Uppsala

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Informacja o autorze

Do Czytelników...

 

12 grudnia 1981 r.

 

Sobota. Wróciłem do mieszkania Rodziców późnym wieczorem, byłem zmęczony i chciałem tylko odpocząć. Ostatnie dni to udział w strajku okupacyjnym rolników w Brzostku, koło Jasła, praca w Delegaturze Zarządu Regionu Solidarności Małopolska w Jaśle, połączona z dyżurami nocnymi. Ciągle narastające problemy, interwencje i sprawy do załatwienia. Napływ informacji z różnych stron Polski o aktualnej sytuacji. Liczba problemów i spraw, przy posiadanych środkach i możliwościach, przerastała nas prawie każdego dnia.

 

Położyłem się, ale nie zdążyłem zasnąć, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Było na pewno przed godziną 24. Rodzice zostali zbudzeni, jakiś mężczyzna, od strony klatki schodowej, przedstawiał się Mamie, stojącej koło drzwi, jako mój kolega i twierdził, że chce ze mną rozmawiać. Drzwi nie zostały otworzone. W odpowiedzi usłyszał, że Syna nie ma w domu, a o tej porze żadni koledzy do niego nie przychodzą. Jeszcze nale­gał, bo sprawa – według jego słów – miała być ważna, ale w końcu ustąpił i odszedł. Na pewno nie była to jedna osoba. Przy zgaszonym świetle w mieszkaniu widzieliśmy, jak spod bloku, od strony starego Domu Kultury, odjechał samochód osobowy.

 

Poczułem zdenerwowanie. Potraktowałem jednak ten fakt jako zwykłą prowokację i kolejne nękanie ze strony milicji i Służby Bezpieczeństwa. Przyzwyczaiłem się do zatrzymywań na ulicy podczas rozwieszania plakatów i ulotek, legitymowania, nachodzenia mieszkania Rodziców, a nawet naszego biura Solidarności. Myślałem, że chcą mnie nastraszyć, a może zemścić się za mój udział w strajku okupacyjnym rolników w Brzostku, który trwał od dłuższego czasu.

 

Udaliśmy się ponownie na spoczynek. Było już po godzinie 24, nie mogłem usnąć. Kolejne pukanie do drzwi, następnie mocne bicie, a potem łomot i szarpanie za klamkę. Nakazano otworzyć drzwi. Odmówiliśmy. Po krótkiej wymianie słów wyłamano je; widziałem jak ustępuje zamek. Do mieszkania wsypała się grupa umundurowanych funkcjonariuszy MO, odpychając mojego Tatę. Mogło dojść nawet do rękoczynów. Było ich 14 lub 15, w tym dwóch oficerów. Niektóre z tych osób znałem z widzenia. Chcieli rozmawiać z Emilem. Odpowiedziałem, że to ja. Nakazali się ubierać i iść z nimi. Oświadczyłem, że jest to nocny napad na prywatne mieszkanie. Żądałem kategorycznie wyjaśnienia, opuszczenia mieszkania lub przedstawienia nakazu zatrzymania lub aresztowania od prokuratora, zgodnie z obowiązującym prawem. Odmawiałem podporządkowania się ich nakazom. Żądałem przedstawienia jakiegoś dokumentu. Trwały ostre dyskusje. Niekiedy jednak zapadała boleśnie napięta cisza i wyczekiwanie.

 

Podszedłem do okna w kuchni, wychodzącej na podwórko, otworzyłem je i krzyczałem, że zostaliśmy napadnięci przez milicję, wołałem o pomoc. Jeden z mundurowych osiłków ściągnął mnie siłą.

 

Czas uciekał. Nalegałem na przedstawienie nakazu prokuratora, tłumacząc oficerom milicji, że to oni powinni lepiej znać ode mnie obowiązujące prawo i je przestrzegać. Podkreślałem, że to jest napad na prywatne mieszkanie. Powiedziałem również, że jako przedstawiciel Solidarności jasielskiej biorę udział w strajku w Brzostku i w rozmowach z władzami województwa tarnowskiego, które udzieliły wszystkim uczestnikom protestu gwarancji bezpieczeństwa i zapewniły, że uczestnicy strajku nie będą szykanowani ani represjonowani. Nie uzyskiwałem żadnego wyjaśnienia, w zamian odpowiadano mi, że mam się ubierać i pójść z nimi.

 

Po pewnym czasie zasłabła Mama. Napięcie rosło. Oświadczyłem oficerowi, że jako najwyższy rangą (był w stopniu kapitana) jest chyba dowodzącym całą akcją, a więc ponosi całkowitą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Zażądałem sprowadzenia pogotowia lub lekarza, celem udzielenia pomocy. Na takie stwierdzenie nie otrzymałem żadnej konkretnej odpowiedzi. Po jakimś czasie milicjanci prowadzili półgłosem krótkie rozmowy. Nie znałem ich treści. Ich zachowanie nie było agresywne. Milczeli, może sami byli zaskoczeni tym, co się wydarzyło i tym, co robią. Przypuszczałem, że kipieli wewnątrz, ale starali się panować nad swoim postępowaniem.

 

Otworzyłem okno w pokoju od ulicy 3 Maja, zobaczyłem przechodzące dwie osoby – kobietę i mężczyznę w średnim wieku. Na zewnątrz panowała grudniowa cisza. Przedstawiłem się i prosiłem, aby zawiadomili kogoś z Solidarności o fakcie napadu przez milicję. Zatrzymali się, wysłuchali moich słów w milczeniu i ruszyli w dalszą drogę. Niewiele więcej mogłem zrobić. Wiedziałem, że żadne argumenty ani perswazje nie są w stanie zmienić zaistniałej sytuacji na moją korzyść. Obecność mundurowych funkcjonariuszy w mieszkaniu o tej porze, ich zachowanie i sposób postępowanie, traktowałem jako poważny znak czegoś bardzo złego.

 

Cały czas w mieszkaniu milicjanci chodzili za mną, krok w krok. Atmosfera naelektryzowana. Ponownie nalegałem na przedstawienie formalnego nakazu prokuratora, do­dawałem, iż ich nie znam i nie mam pewności, czy faktycznie są milicjantami, mogą być zwykłymi bandziorami w przebraniu. Oni powtarzali, że mam się udać z nimi. Wiedziałem, że nie mamy żadnych szans na powodzenie przy stawiania oporu.

 

Było około godziny 2. w nocy, kiedy ubrałem się. Nie spuszczano mnie z oka, i ubrałem spodnie na spodnie od piżamy. Postanowiłem nie przedłużać przytłaczającego nieszczęścia. Ubrałem się grubo, zabrałem nawet czapkę brata, bo moja była jeszcze mokra po wypraniu, suszyła się w kuchni. Starałem się uspokoić Rodziców. Wyczuwałem, co mogą przeżywać w takich chwi­lach, wypowiedziałem jakieś słowa otuchy.

 

Opuściłem mieszkanie, trzymany mocno przez jednego krępego milicjanta, mającego wzrok nienawistny i mocno zaciśnięte wargi. Nikt nie polecił mu, przynajmniej przy mnie, aż takich środków ostrożności. Pomyślałem, że pragnie się wykazać. Na klatce schodowej byli również mundurowi funk­cjonariusze. Panowało milczenie, zaczęliśmy schodzić po schodach, słychać było ciężkie odgłosy butów milicyjnych. Prowadzono mnie na początku grupy. Byłem oto­czony przez mundurowych.

 

Starałem się zastanowić nad sensem tego napadu, ogarnąć na chłodno całość wydarzeń. Z oświetlonej klatki wyszliśmy na mały ganek przy bloku, z którego w jedną stronę prowadzą schody na chodnik, i wtedy pomyślałem, po raz kolejny, o ucieczce. Gdybym nie był mocno trzymany, mógłbym spróbować wymknąć się pod barierkę żelazną, w której brakowało kilku prętów. Od samego dzieciństwa skracaliśmy sobie drogę w ten sposób zarówno przy wchodzeniu do, jak i wychodzeniu z klatki. Ruchy potrzebne do wykonania manewru miałem opanowane do perfekcji. Na tym ganku podniosłem głowę do góry, była noc, niebo usiane gwiazdami, i cisza jaka tylko panuje w górach. Chciałem zapamiętać wygląd tego nieba, utrwalić w pamięci jego wygląd. Nie wiem, dlaczego było to dla mnie ważne.

 

Obok bloku, od strony byłego Domu Kultury, czekały samochody. Zabrano mnie do nyski i pojechaliśmy w milczeniu na komisariat MO przy ulicy Kościuszki. Samochód zajechał od strony parku na podwórze milicyjne. Zaprowadzono mnie na górę, chyba na drugie piętro. Panował duży ruch, milicjanci i pracownicy SB biegali gorączkowo, byli też jacyś cywile. Cały gmach oświetlony. Atmosfera małego bałaganu, podniecenia i improwizacji.

 

Oficer kierujący akcją w naszym mieszkaniu oraz pracownik SB Jerzy Wojnarowicz próbowali mnie przesłuchiwać w jednym z pokoi. Podałem jedynie dane osobowe i odmówiłem odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Odmówiłem również podpisania protokołu i zażądałem, po raz kolejny, pisemnego nakazu prokuratora dotyczącego mojego zatrzymania. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, żądałem więc umożliwienia kontaktu z adwokatem oraz wyjaśnienia i podania przyczyn napadu na mieszkanie. Kazano wyjąć wszystko z kieszeni, zapisano do protokołu i zabrano do depozytu. Oczywiście nie oddałem wszystkiego. Zatrzymałem wieczne pióro, mały kalendarzyk, małą odznakę Solidarności, zegarek i jeszcze kilka drobiazgów. Nie przeprowadzono rewizji osobistej, wierzono na słowo. Widocznie nie zależało im na wykazywaniu się, chyba czuli, że i tak wykonali swoje.

 

Potem zaprowadzono mnie do innego pomieszczenia, gdzie wzięto odciski wszystkich palców i dłoni oraz poddano przymusowemu fotografowaniu twarzy z kilku stron. Czynności wykonywał znany mi z widzenia osobnik, ze złotym sygnetem na ręce, od którego wyraźnie zalatywało alkoholem. Był roześmiany, w dobrym nastroju.

 

Na korytarzu spotkałem Leszka Twaroga. Razem pracowaliśmy w Delegaturze Zarządu Regionu Małopolska, w naszym rodzinnym mieście – Jaśle. Nie wyglądał na zasmuconego, wymieniliśmy kilka żartobliwych słów na odległość. Gdzieś był prowadzony korytarzem. Poczułem, że nie jestem sam. Sprawiło to pewną ulgę, bo łatwiej niekiedy jest dzielić nieszczęście z kimś innym.

 

Zaprowadzono mnie ponownie do tego samego pokoju, w którym próbowano mnie przesłuchiwać. Zza drzwi dolatywały jakieś niewyraźnie wypowiadane słowa. Po jakimś czasie drzwi zostały otwarte i dwóch milicjantów wyprowadziło z sąsiedniego pokoju Kazia Dubasa – pracownika PKS-u, jednego z założycieli i twórców jasielskiej Solidarności. A więc jest nas tutaj więcej. Nie wiedziałem, jak to sobie wytłumaczyć i o co w tym wszystkim chodzi. Wydawało mi się, że zabiorą nas do aresztu mieszczącego się w piwnicy budynku.

 

Nie wiem, jak długo przebywałem na komendzie MO w Jaśle. Sprowadzono mnie pod obstawą na dół, na dziedziniec od strony parku, i tam kazano wejść do tzw. gazika. W środku był milicjant uzbrojony w pistolet maszynowy. Znałem tego człowieka również z widzenia. Potem dołączył do mnie Kaziu Dubas i Stanisław Maziarz z „Gamratu”. Czy ktoś ze znajomych działaczy związkowych był w innych samochodach, tego nie wiedziałem. Byliśmy izolowani, nikt nas o niczym nie informował.

 

Kolumna kilku samochodów ruszyła przez miasto i udała się w kierunku Krosna. Od czasu do czasu milicjanci utrzymywali między sobą łączność drogą radiową. Pojazdy nie rozwijały dużej prędkości; wiem, że nie wolno było im się zatrzymać. Momentami droga była śliska. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy, ale kierunek jazdy mogliśmy obserwować cały czas. Trasa prowadziła na Wschód… Mijaliśmy znane mi miejscowości, zamarznięte pola, przyprószone cienką warstwą śniegu. Potem samochody dojechały do Krosna i zajechały od tyłu budynku komendy wojewódzkiej MO.

 

Już od kilku godzin była niedziela, 13 grudnia 1981 r., dzień świętej Łucji. Na oświetlonym placu, od strony torów kolejowych, zostaliśmy wypuszczeni z gazików, którymi przywieziono nas z Jasła, i załadowani do więźniarki, w której już przebywali wcześniej wyłapani działacze Solidarności z Regionu Podkarpacia. Robiło się ciasno, a ludzi cały czas doładowywali. Od czasu do czasu otwierano drzwi samochodu, aby kogoś wpuścić do środka. Wokół samochodu krążyli milicjanci w mundurach z listami schwytanych osób. Sprawdzano nazwiska, kontrolowano dane osobowe zatrzymanych czy schwytanych. Tak naprawdę, to nie wiadomo, jak powinniśmy nazwać samych siebie, ale nikt nie miał pojęcia, co i dlaczego się dzieje. Wszyscy byli zdezorientowani i kompletnie zaskoczenie wydarzeniami ostatnich godzin. Można było udać się do niewielkiego WC, mieszczącego się w budynku na parterze. Niestety, z tego pomieszczenia nie było żadnego dodatkowego wyjścia; wyjście i wejście zarazem było jedynie możliwe z podwórza, a więc nie istniała możliwość ucieczki lub jakiegoś zgubienia się.

 

Stłoczono nas na małej powierzchni samochodu (star do przewozu więźniów), razem kilkadziesiąt osób. Część prowadziła na stojąco rozmowy, próbowaliśmy nawet żarto­wać, ale nie zawsze to wychodziło. Niektórzy wybierali milczenie, może chcieli dokończyć przerwany sen, a może potrzebowali zwykłej samotności, aby próbować odnaleźć siebie samych w nowej sytuacji, znanej jedynie w sposób pośredni. Wszystko sprawiało momentami wrażenie nierzeczywiste, niczym uciążliwy sen lub kiepski film. Nie wiem, dlaczego akceptowałem tę nową rzeczywistość z całkowitym spokojem. Jednak nie była to rezygnacja. Wnętrze człowieka w takich sytuacjach może się stawać jedyną pewną ostoją, płaszczyzną odnalezienia samego siebie, nawiązania kontaktu z Bogiem, uporządkowania myśli i uczuć. Po prostu – wyciszenia i refleksji.

 

W samochodzie trwają dyskusje, wymiana zdań, pytania wirują w powietrzu. Następuje wzajemna wymiana skąpych informacji: kiedy i kogo zabrano, w jakich okolicznościach, jak zachowywała się milicja. Stawiane są pytania: co z nami będzie, gdzie nas powiozą, a nawet dlaczego się tutaj znaleźliśmy. Jak zareagują na nasze zniknięcie ludzie w zakładach pracy? Zaczynały się konstrukcje różnych teorii i spekulacje, przypuszczenia i domysły, bo przecież nikt z nas nie znał przyczyn i kulisów nocnej łapanki. Brak konkretnych i szerszych informacji sprzyja najczęściej rozbudzaniu ludzkiej wyobraźni i fantazjowaniu, tworzeniu konstrukcji myślowych, oderwanych od rzeczywistości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Medalik „wyprodukowany”

 w więzieniu w Uhercach

 

 

Niektóre osoby pamiętałem, poznałem je jeszcze w okresie, kiedy Solidarność zawiązywała się na naszych terenach, to znaczy w Jaśle, Krośnie i Sanoku. Rozpoznawałem ich zmęczone, niekiedy sparaliżowane strachem i zatroskane twarze. Większości ich imion i nazwisk nie znałem. Jednak część osób spotkałem raczej po raz pierwszy. Nie wiem, ale niektórzy dobrze czuli się w więźniarce lub takich jedynie udawali.  Sztuczna, na siłę wykrzesana wesołość, jest czymś przygnębiającym. Były również osoby, które podejrzewały, że mogą z nami skończyć za jakimś pagórkiem. Szczególnie starsi wiekiem brali pod uwagę i taką możliwość. A może powiozą do Rosji? Nie wiadomo – i takiego scenariusza niektórzy z obecnych w samochodzie też nie wykluczali.

 

Osobiście nie widziałem problemu aż tak ponuro. Przysłuchiwałem się różnym wywodom w milczeniu i poczuciu własnej bezsiły. Przygnębienie, wewnętrzne spięcie, a może przerażenie przeplatało się z chichotami i słowami otuchy wypowiadanej na wyrost. Nie wiadomo było tylko, czy ich autorzy pragnęli pocieszać innych, czy jedynie samych siebie.

 

Z opowiadań i relacji składanych wzajemnie dowiadywaliśmy się, że zabierano nas z domów lub mieszkań w różny sposób, przy użyciu różnych metod, a głównymi wykonawcami akcji byli zawsze umundurowani funkcjonariusze MO. Jednych wywabiała z mieszkań podstępem milicja, tłumacząc, że zachodzi konieczność stawienia się w zakładzie pracy z powodu awarii i uszkodzeń, innych zabrano z do­mów, siłą wyłamując drzwi, niektórych osaczano i wyłapywano podczas pełnionych dyżurów nocnych w biurach Solidarności, wyważano przy tym drzwi i niszczono sprzęt oraz dokumenty. Jednego człowieka zabrano podczas uboju świni w gospodarstwie: był okrwawiony, w długim fartuchu, z latarką w ręku. Inną osobę złapano w samych spodenkach i dopiero na komisariacie otrzymała kożuch do okrycia ciała. Wśród złapanych byli również i tacy, którzy próbowali ratować się ucieczką, gdy wyczuwali intuicyjnie niebezpieczeństwo i podstęp ze strony przybyłych nieznajomych osobników i milicji, ale wszystko na próżno. Byli teraz z nami w samochodzie.

 

Z pobieżnych relacji wynikało jasno, że akcja milicji miała charakter szerszy, zaplanowany i zorganizowany. To już nie była lokalna prowokacja czy zwykła zaczepka w ramach planowego i systematycznego nękania działaczy Związku. To była akcja o zasięgu ogólnokrajowym? Komuniści od samego początku naszej działalności prowadzili nieprzerwanie zaciekłą i systematyczną walkę z Solidarnością i jej aktywnymi członkami, używając przeróżnych metod i środków. Tutaj jednak zaczęła wyłaniać się jakaś nowa, niespotykana wcześniej, forma niszczenia ludzi i naszej organizacji. A więc powstawało pytanie, co się naprawdę dzieje? Co się stało? Jaki to wszystko ma cel?

 

Samochód ruszył w nieznane miejsce naszego przeznaczenia, ale kierunek jazdy udawało się ustalić osobom pochodzącym z Krosna. Znali poszczególne ulice, skrzyżowania, zakręty i wyjazdy z miasta, ale nikt z nas nie wiedział dokąd naprawdę jedziemy.

Posuwaliśmy się drogą w kierunku Sanoka. Tak przynajmniej twierdzili znawcy terenu. Niektórzy nie wykluczali, że władza ludowa postanowiła wywieźć nas za wschodnią granicę. Przez jakiś mały otwór w górnej części samochodu ktoś prowadził od czasu do czasu obserwację okolic, ale było to zajęcie skazane raczej na niepowodzenie. Przejeżdżając przez bliżej niezidentyfikowane miejscowości, krzyczeliśmy chórem na całe gardło: Solidarność! Solidarność! – ale czy ktokolwiek mógł nas na zewnątrz usłyszeć i potrafił zrozumieć, co i dlaczego krzyczymy? Mijaliśmy jakieś zabudowanie, które strawił przed naszym przejazdem pożar. Jechaliśmy nadal, ale samochód nie rozwijał dużych prędkości. Silnik pracował ciężko i głośno.

 

Gdy zatrzymaliśmy się na dobre w jakimś miejscu, to wewnątrz samochodu padło słowo „Uherce”. Ktoś z naszych rozpoznał okolicę i ewentualny cel podróży. Samochód stanął przed bramą zakładu karnego. Było rano, około godziny 6.

 

Nie wiem, po jakim czasie samochód wtoczył się przez bramę, przejechał niewielką odległość i zatrzymał się. Chwile oczekiwania. Napięcie rosło, może zaczną nas bić. Braliśmy tę możliwość pod uwagę przebywając jeszcze w ciemnej budzie samochodu. Otworzono drzwi. Grupkami, po kilka osób, opuszczaliśmy samochód i byliśmy wprowadzani do szarego jednopiętrowego pawilonu więziennego. Uczucie bezsiły, przygnębienia i strachu. Byliśmy bladzi, ziemia zaczęła usuwać się pod naszymi nogami.

Budynek z zewnątrz nie sprawiał najprzyjemniejszego wrażenia. Sceneria bladego świtu. Strażnicy w mundurach stali w charakterystycznym rozkroku nadludzi, głowy podniesione w górę, z psami, niektórzy uzbrojeni, inni mieli pałki i tarcze. Wąskim przejściem, pomiędzy wysoko osiatowanymi spacernikami, wprowadzano nas po kilka osób do pawilonu i od razu rozmieszczano w celach na pierwszym piętrze. Oczywiście cele były natychmiast zamykane, starano się nas rozdzielać i izolować.

Ze strony strażników panował nastrój improwizacji, chaosu, wyczuwało się atmosferę pośpiechu i zamieszania. Strażnicy biegali, byli zdezorientowani, spięci i chyba zaskoczeni naszym przybyciem. Nie wiedzieli chyba, kim jesteśmy. Parter pawilonu pozostawał całkowicie pusty.

 

Wiele naszych wątpliwości sprzed kilku godzin zostawało po części rozwianych. Wiedza i przeczucia odnośnie naszego losu wzrastały i zostawały potwierdzane w miarę pomniejszania się powierzchni, po której mogliśmy swobodnie kroczyć. Na pytanie dotyczące miejsca naszego pobytu już uzyskiwaliśmy odpowiedź. Czekały na nas po prostu cele Zakładu Karnego w Uhercach, chociaż dalej nie wiedzieliśmy, co nas może spotkać za kilka godzin lub dni.

 

Cela, w której znalazłem się, na piętrze budynku, nie była ani umeblowana, ani przygotowana na przyjęcie więźniów. Było nas kilka osób, większości nie znałem. Panował brud, gruba pokrywa starego kurzu, zaduch, śmieci, jakieś ścinki, kilka rozlatujących się starych łóżek, porozrzucane stare materace. Wszystko jakieś obce, zimne jak nieczuły i obojętny metal. Nie było na czym usiąść, a nogi były zmęczone od stania w samochodzie. W głowie panowała ciężka pustka spowodowana niewyspaniem i wydarzeniami nocy.

 

Za oknem kawałek nieba i przykryty śniegiem pagórek, a wszystko otoczone samotną ciszą. I cały czas powiększająca się bezradność, a zarazem bolesna niepewność wobec przyszłości, natarczywe pytania o los osób bliskich. Ciężkie brzemię. Strażnicy pytani o zaistniałą sytuację nie odpowiadali w ogóle lub raczej mało przyjemnie i lapidarnie. Nie byli zainteresowani prowadzeniem rozmów, ale jak najszybszym rozmieszczeniem nas w celach, odwaleniem swojej roboty. W kącie, obok solidnych, żelaznych drzwi z judaszem, odkryliśmy rozlatujący się głośnik z powyrywanymi przewodami. Samo urządzenie nie było w najlepszym stanie. Udało się nam połączyć zniszczone przewody, coś tam prowizorycznie zreperować. Zaczęliśmy nim kręcić i usłyszeliśmy szmery przytłumionego głosu Jaruzelskiego. Coś mamrotał, ale nie potrafiliśmy uchwycić całego sensu wypowiedzi. Przemówienie było powtarzane i dzięki temu dowiedzieliśmy się bardzo wiele, chociaż głos wydobywał się spoza szumów, był momentami niewyraźny i słabo słyszalny. Jedna z osób musiała się poświęcić i cały czas trzymać głośnik w rękach wyciągniętych na odpowiedniej wysokości, bo nie było jak przymocować go do betonowej ściany.

 

A więc sprawa uległa znacznemu wyjaśnieniu: jesteśmy internowani, czyli pozbawieni wolności na czas nieokreślony. Otwiera się przed nami jakaś mglista i drażniąca niepewnością przyszłość. Dowiadujemy się również, że to jest działanie prewencyjne, ma tylko jeden zasadniczy cel: dobro socjalistycznego państwa i oczywiście nasze własne dobro. Ach! Ta zapobiegliwa i troskliwa, jak zawsze, władza ludowa, czuwająca nad zapewnieniem szczęścia każdemu i dla każdego.

 

Jaruzelski bełkocze dalej o fali agresywnego działania i terroru ze strony działaczy Solidarności, nadchodzącej narodowej katastrofie, konfliktach i chaosie o wymiarach klęski narodowej. Wyłapujemy również słowa dotyczące darowania i puszczenia w niepamięć niektórych przestępstw i wykroczeń przeciwko interesom państwa popełnionym przed 13 grudnia oraz informację o internowaniu byłych znajomych, kolegów i przełożonych Jaruzelskiego spod znaku PZPR (Gierka, Jaroszewicza, Grudnia itd.), winnych – według słów przemówienia – doprowadzenia w latach siedemdziesiątych do głębokiego kryzysu państwa i nadużyć stanowisk dla osobistych korzyści. Widać jak Jaruzelski rekompensuje sobie, między innymi, chwile upokorzeń, kiedy stawał na baczność, prężył się posłusznie przed pierwszym sekretarzem – Gierkiem – wypinał cherlawą pierś, deklarując zawsze lojalność i posłuszeństwo wobec wodza, partii, bratniej armii i swoją wierność wobec komunizmu. Ten tchórzliwy człowieczek niby wcześniej nie wiedział o świństwach i bagnie tworzonym przez swoich partyjnych koleżków, do których się zawsze umizgiwał. Musiał latami dusić w sobie upokorzenia jak niedoceiany karzeł-lokaj, czekający na sposobną chwilę rewanżu i okrutnej zemsty. Teraz, ten wyrobnik Moskwy, króluje nad wszystkim i próbuje udawać zatroskanego wodza-zbawcę, wręcz męża opatrznościowego.

 

Medalik „wyprodukowany”

 w więzieniu w Uhercach

A więc stało się to, o czym nieraz rozmawialiśmy podczas prób przewidywania przyszłości, ale chyba do końca nie wierzyliśmy, że może ona zaistnieć i przybrać takie formy. W każdym razie stan „wojenny” czy „wyjątkowy” potrafiliśmy opisać, wiedzieliśmy na czym w ogólnym zarysie polega, ale to wszystko było jak czysta wiedza teoretyczna, oddalona od doświadczenia. Czym innym bowiem jest umiejętność dokładnego opisu gorzkiego owocu, bez możliwości poznania jego smaku, a czym innym, samo bezpośrednie doświadczenie jego cierpkości, goryczy i reakcje po tym następujące.

 

Czas mijał powoli, chociaż nie miałem świadomości istnienia tego wymiaru. Na koryta­rzu słychać głosy strażników i niektórych naszych kolegów. Zgrzytają zamki, dochodzą odgłosy kroków, urywane, niewyraźne rozmowy. W tej celi otrzymaliśmy stare, powykrzywiane miski aluminiowe, pokryte różnymi symbolami, inicjałami oraz łyżki z tego samego metalu. Dali jedzenie, otrzymaliśmy chleb, marmoladę, czarną kawę. Zepsuł się zamek w drzwiach naszej celi.

 

Jest godzina 12. lub 13. Wyprowadzają po kilka osób do innych cel, to znaczy po stłoczeniu w celach przejściowych zostajemy powoli przenoszeni do innych, mniej napakowanych. Niekiedy możemy się nawet dobierać między sobą. Idę z Leszkiem Twarogiem do tej samej celi.

 

W „nowej”, z numerem 29, gdzie cztery zakratowane okna wychodzą na inne dwa pawilony i oddaloną bramę wjazdową, otrzymaliśmy prześcieradła, ręczniki (zwykłe ścierki), jedno mydło szare na celę. Zająłem łóżko piętrowe w kącie i ulokowałem się na dole. Znajdowało się ono po prawej stronie w rogu, patrząc od wejścia do celi. Obok, w niewielkim odstępie od mojego łóżka, było jedno parterowe, złączone z dwoma ułożonymi piętrowo, następnie był niewielki odstęp i połączone dwa łóżka parterowe. Potem mała przerwa i w lewym rogu celi znów łóżko piętrowe. Razem jest 9 łóżek ułożonych na długości pomieszczenia wyłożonego parkietem. Łóżka są żelazne, pomalowane w kolorze szarawym. Po lewej stronie od wejścia znajduje się niewielkich rozmiarów dość zniszczony drewniany stół, po tej samej stronie na ścianie jest przymocowany głośnik, a obok niego sygnał świetlny. Prawy kąt (ściana od korytarza) to tzw. kibel – niewielkiej powierzchni miejsce z posadzką jako podłogą, gdzie znajduje się muszla, zlew i kran. Całość otoczona murkiem na wysokości pasa człowieka średniego wzrostu. Do środka wchodzi się przez przejście szerokości dwóch moich butów. W poduszkach pod głowę są kawałki gąbek, materace zrobione są ze ścinków róż­nych materiałów. Przez celę przebiegają dwie rury po sześć kolanek – tzw. kaloryfery. Mamy sześć taboretów do siedzenia.

 

Zapada powoli mrok. Myśli zaczynają ponownie wymykać się do najbliższych, do ich losu, rodzą się nowe pytania, na które brak odpowiedzi. Trudno ogarnąć rozmiary nieszczęścia i wszystkie jego odcienie, zbyt wiele jest niewiadomych. Przywołuję w pamięci ostatnie dni życia na wolności, zdarzenia, twarze osób najbliższych. Krążę wśród nich jak koło słodkiego lepu. Jakoś nie potrafię wyrazić wewnętrznej zgody na zaistniał­y stan rzeczy. Zaczynamy nowy rozdział w życiu, w nieznanych nam dotychczas warunkach. Zmęczeni i na wpół przytomni próbujemy zagospodarowywać się w nowym i niechcianym miejscu pobytu, które nie wiadomo, jak długo będzie nam służyło.

 

Do końca nie potrafimy chyba ogarnąć całej naszej sytuacji, tego, co się wydarzyło. Wszy­­s­tko odbyło się zbyt szybko, nagle, pod osłoną nocy. Zostaliśmy nie tylko zaskoczeni, ale wygarnięci przez oprawców jak śpiące pisklęta z kruchego gniazda. Kipiąca bezradność.

 

Nie wszyscy potrafią szybko zasnąć, chociaż pogaszono mdławe światło celi. Ducha trudno ukoić, oszukać, zmusić do zapomnienia przez sen, który nie chce nadejść na nasze najskrytsze życzenie.