Wolność? Ale jaka?

 

Emil Mastej  

 

W mediach zawrzało, w wielu umysłach i sercach czytelników też. A wszystko za sprawą duńskiego dziennika, który zamieścił, jak tłumaczą jego wydawcy, żartobliwe karykatury proroka Mahometa. Wyznawcy islamu odebrali to jednak jak bluźnierstwo i nie tylko poczuli się obrażeni, ale również oburzeni. Dopiero po kilku miesiącach od daty publikacji, przez kraje muzułmańskie, przechodzi fala gwałtownych protestów, nawołuje się do przemocy i wzywa do odwetu. Pomińmy tutaj pokusę spekulacji, czy miały one charakter spontaniczny, czy ktoś je celowo wywoływał, nimi kierował itp.

 

W Polsce „Rzeczpospolita” decyduje się na przedruk wspomnianych karykatur, gdyż jak pisze jej redaktor naczelny, G. Gaudent: „dla cywilizacji zachodniej wolność słowa jest wartością fundamentalną”. Publikacja wywołuje krytykę ze strony premiera K. Marcinkiewicza , a minister spraw zagranicznych, w imieniu rządu, przeprasza wyznawców islamu.

 

Na tym jednak nie koniec eksperymentów wolnej prasy. Spory i emocje nie ustały, a tu nagle nowa niespodzianka, tym razem produkcji krajowej. Na własne oczy widzimy okładkę miesięcznika „Machina” ukazującą twarz gwiazdy muzyki pop – Madonny – ucharakteryzowaną na Matkę Boską z sanktuarium narodowego. Przykuwają uwagę te same szaty zdobiące Cudowny Obraz, nie zapomniano również o charakterystycznej bliźnie z oryginału zdobiącej twarz popularnej artystki. Nie pierwszy raz w imię wolności prasy wykorzystuje się ikonę z Maryją do celów pozareligijnych. Tym razem protestują ojcowie Paulini i wiele osób wierzących. A że właściwie nikt na świecie nie ma zwyczaju przepraszać katolików, szczególnie Polaków, za niszczenie, czy profanację ich symboli, lub obrazę uczuć religijnych, to redaktor naczelny gazety, P. Metz, składa oświadczenie, iż nie było jego zamiarem obrażanie uczuć religijnych.

 

Zasygnalizowane wydarzenia nie powinny nas zupełnie zaskoczyć ani dziwić. Odzwierciedlają one szersze zjawiska i tendencje, stosunkowo łatwo zauważalne we współczesnej kulturze i mentalności. Nadal modnym, nośnym, a nade wszystko wygodnym i korzystnym w europejskim myśleniu oraz działaniu pozostaje relatywizm, odrzucający możliwość istnienia obiektywnego kryterium prawdy. Skoro ono nie istnieje, to nie ma również możliwości ustalenia prawdy, a więc łatwo znajduje się usprawiedliwienie i uzasadnienie dla każdej, dowolnej treści i formy wypowiedzi. Zwolennicy tego poglądu uważają, iż to, co się publikuje jest całkowicie i wyłącznie uzależnione od indywidualnych (subiektywnych) wrażeń i doznań, a nie jakiś powszechnie uznanych wartości moralnych.

 

W ścisłym związku z relatywizmem pozostaje nie tylko zobojętnienie na wartości religijne, ale również zjawisko sekularyzacji i desakralizacji naszej kultury i wszelkich ob­szarów życia codziennego. Przykłady tych procesów są łatwo zauważalne chociażby we wszystkie krajach skandynawskich, gdzie właściwie wartości religijne stanowią skansenowe rekwizyty. Doprowadzono do zmarginalizowania lub wyrzucenie Boga i chrześcijańskiej hierarchii wartości z życia rodzinnego, społecznego i kultury. Część obiektów sakralnych, ze względu na wysokie koszty utrzymania, sprzedano firmom i różnym instytucjom. Na przykład w Danii rozważano poważnie możliwość ich wyburzenia. Gdy wiernych zabrakło uważano bowiem, iż koszty utrzymania pustych kościołów są zbyt wysokie, a państwo nie ma na to pieniędzy.

 

Ktoś powie, dobrze, ale redaktorowi naczelnemu „Rzeczpospolitej” nie można zarzucić relatywizmu. Można Go raczej posądzić o jakiś fundamentalizm, bo pisze: „Spór dotyczy fundamentalnych dla nas wartości. Prawa do wolności, w tym swobody wypowiedzi”. Tak, ale zapomina On jednak o bardzo istotnym elemencie, iż każda wolność winna służyć dobru człowieka, a więc powinna to dobro budować, poszerzać oraz umacniać. Inaczej będzie jedynie zwykłym frazesem do obrony każdego postępowania, co w praktyce prowadzi nieuchronnie do nadużywania samej wolności. Trudno dostrzec jakiekolwiek dobro w obrażaniu cudzych uczuć religijnych bez względu na to, czy jest to czyimś zamiarem, czy też nie. Tolerancja i zwykły ludzki szacunek należny każdej osobie nie może polegać na wyśmiewaniu najważniejszej postaci islamu wyznawanego przez około 20% mieszkańców świata. Ale również z tych samych względów, nawet jeśli jest się pokrzywdzonym (ofiarą nietolerancji), nie wolno zadawać gwałtu, nawoływać do krwawej zemsty, odwetu i terroru.

 

Ośmielam się również wyjaśnić szermierzom wolności, ludziom pióra i specjalistom od reklamy, iż faktycznie, to godność osoby ludzkiej jest wartością fundamentalną w cywilizacji zachodniej, a nie wyidealizowana i absolutyzowana wolność słowa i jej kult. Wol­ność, ogólnie rzecz ujmując, jest obowiązkiem dokonywania racjonalnych wyborów w  polu odpowiedzialności. W państwie demokratycznym wolność słowa, skądinąd cenna i bardzo ważna, nie jest i nie może być traktowana jako wartość bezwzględna, absolutna czy rodzaj sacrum. Nie wolno, aby polegała na histerycznej, bezwzględnej pogoni za sensacją (news), lub żądzą zysku za wszelką cenę, czyli w praktyce cudzym kosztem. Powinna być zawsze podporządkowana uniwersalnym zasadom moralnym. W naszej kulturze najlapidarniej oddają je prosta słowa: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło”. Wyrażają one ducha tolerancji i szacunku dla innych osób, a nade wszystko określają granice mojej wolności, której rdzeń stanowi „panowanie nad wszystkim na świecie, i nad sobą” (C. K. Norwid, Królestwo).

 

Osaczeni zewsząd przez środki masowego przekazu nie powinniśmy zapominać, iż podstawowym zadaniem prasy ma być rzetelne zbieranie informacji, ich krytyczna analiza, ocena i obiektywny przekaz. Czy i na ile spełniają one te proste kryteria, mogliśmy się przekonać w Polsce, w okresie chociażby ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych i prezydenckich, jak i również po nich.

 

To, co dzisiaj musi niepokoić, a nawet oburzać zwykłego zjadacza chleba, to fakt odgrywania przez niektórych dziennikarzy roli nauczycieli moralności, nieomylnych autorytetów, wręcz namaszczonych kapłanów, czy osób pełniących funkcję strażników poprawności politycznej. Instruowanie co i jak każdy z nas ma myśleć, pouczanie jak postępować, w nawet głośne podpowiadanie kiedy i z czego mamy się śmiać jest żałosną próbą uzyskania przez nich pozycji wyjątkowej i uprzywilejowanej. Jest próbą ludzi przekraczających swoje kompetencje i uprawnienia zawodowe. Zamiast służyć społeczeństwu próbują nim sterować i zawładnąć. Dokonując obrazy uczyć religijnych i profanując to co święte, świadomie lub nie, powodują niszczenie więzi społecznych i ludzkiej solidarności. W istocie rzeczy, takie działanie stanowi zawsze poważne zagrożenie dla samej demokracji i autentycznej wolności każdego z nas.

 

Nie podejmuję się rozstrzygać, czy w sprawie ogłoszonych karykatur Mahometa i okładki z „Machiny” mamy do czynienia z brakiem wiedzy na temat innych kultur i głównych religii świata, brakiem wyobraźni i wrażliwości moralnej, złą wolą, tzw. trudnym dzieciństwem, czy  kompleksami. Nie wiem również, czy ma ona związek z ewentualnym lękiem wobec religii i wartości które ona proponuje, ukrytą nienawiścią, czy też celami komercyjnymi, pogardą wobec drugiego człowieka czy rodzajem zdziecinnienia ludzi dorosłych. Pomimo braku ustalenia ostatecznych przyczyn w tej kwestii, postanowiłem jednak strzec się samozwańczych piewców nieskrępowanej wolności, nawet jeśli szermują i mamią wzniosłymi hasłami.