Żongler Nr 26 / 2006

...dalej pójdziecie sami!

 

Pomyśleć, że wszystko się skończyło. Skończyła się ta pielgrzymka, i trud się skończył, i cierpienie się skończyło, ale długo wędrowaliśmy razem.

 

Na tej drodze wiele razy kroczyliśmy obok siebie. Kiedy przyjeżdżałem do was, na ten czas wasze miasta stawały się świątyniami. A wy stawaliście się Żywym Kościołem. Znowu mogliście zobaczyć, ile was jest. Znowu łączyła was jedna wiara i potrafiliście mówić zgodnym głosem, l wtedy wszystko, co potrzebne, mieliście ze sobą: wasze okrycia, żywność, wodę, wasze dzieci. Wpadaliście w zachwyt, że tak mało potrzeba, żeby odważnie iść w pielgrzymce życia. Z bagażem doświadczeń wchodziliście ufnie w ciemność błoń, które w świetle poranka miały stać się ołtarzem. Na zroszonej trawie i na wielkich miejskich placach ścieliliście dzieciom poduszki. Zbieraliście z ulic przyjezdnych, tak obcych przecież, i jako braci zapraszaliście ich do swego domu i wspólnego stołu by chleb przełamać.

 

Przychodziliście jak żywe pochodnie, a ja błogosławiłem i pozdrawiałem, siałem i nauczałem. Wsłuchiwałem się w wasze potrzeby i ściskałem wam dłonie. Oglądałem tańce przybyszów z dżungli, witałem się z dostojnikami, tuliłem dzieci i obejmowałem chorych. Na szyję wkładaliście mi wieńce z kwiatów, przynosiliście mi koszulki futbolowe i pluszowe misie. Mówiłem waszymi językami i całowałem waszą ziemię. Wracaliście potem do domu i z tylnych półek biblioteki, spod samej ściany wyciągaliście zakurzone Pismo Święte. Obracaliście je niepewnie w drżących rękach i z bijącym sercem. Próbowaliście odważniej i z jeszcze większą wiarą pielęgnować miłość, wierność i uczciwość małżeńską, szukaliście czasu dla dzieci. Zmienialiście się na rok, na miesiąc, na dzień, ale czasem na zawsze.

 

Wraz z wami, w płynącej rzece czasu, i ja się zmieniałem. Oswajałem się z bólem i cierpieniem. Bo tak właśnie miałem naśladować Tego, który mnie wybrał, namaścił i posłał. Szedłem jako mąż Boży z bólem na twarzy, mocny jak opoka, choć tak jak każdy człowiek słaby, ale moc w słabości się doskonali. Byłem cały dla was, Totus tuus, tak jak cały Jemu się oddałem.

 

l nic już na tym świecie nie było moje, choć wszyscyście do mnie lgnęli, a ja was i kule ziemską obejmowałem. Obdarty ze wszystkiego w samotności mego serca powracałem do domu rodzinnego, wadowickich przyjaciół i krakowskich czasów. Tak jak w ciszy niegowickiej wiakrówki, tak jak pośród górskich szczytów i jezior tafli, tak i w Watykanie wielbiłem Cię Panie. Ale to wyście mnie tego nauczyli, bo byliście ze mną w każdej chwili. Zawsze was szukałem i przyszliście do mnie, jednak dalej pójdziecie sami.

 

Idźcie, ufni i pełni nadziei, bo teraz właśnie nowe się zaczęło.

 

Od was zależy jutro!

 

                                                                                                                                                                             Ks. Sławomir Wiktorowicz msf