Zdziecinnienie na życzenie

Emil Mastej

 

Każdy z nas był kiedyś dzieckiem. Wyrośliśmy, posiwiały nasze skronie, ale wracamy do tamtych dni przeważnie z rozrzewnieniem i nutką tęsknoty. Bawiliśmy się, próbowaliśmy nowych rzeczy, odkrywając świat na miarę naszych możliwości. Powoli przygotowywano nas do bycia osobami dorosłymi. A kiedy już nimi zostaliśmy nasunęło się wiele pytań: jakim naprawdę jest otaczający nas świat ? Jakie obserwujemy w nim postawy i zjawiska ?

 

Może kilka migawek ze świata osób dorosłych początku XXI wieku. Słyszymy o wielkości wynagrodzeń dyrektorów wielkich firm, szefów koncernów międzynarodowych, przeróżnych spółek, członków niektórych rad nadzorczych, trenerów sportowych itp. Zazwyczaj chodzi o ogromne sumy pieniędzy (dziesiątki lub setki milionów dolarów), tak jakbyśmy mieli do czynienia z nadludźmi, niosącymi na swych barkach odpowiedzialność za najważniejsze sprawy rodzaju ludzkiego, planety Ziemi i całego kosmosu. Stąd chyba biorą się te kosmiczne pensje, odprawy, nagrody i przywileje. Nie pozostają w żadnej, racjonalnie uzasadnionej, proporcji w stosunku do ich wkładu pracy i umiejętności. Tak zwany menedżer (ostatnio modny termin w języku polskim) wyrzucony z jednego siodła przeważnie otrzymuje następnego rumaka i niczym nieustraszony jeździec próbuje go ujarzmić. A gdy się nie udaje, nikt go nie obarcza jakąkolwiek odpowiedzialnością. Zazwyczaj zmienia ranczo i otrzymuje milionową odprawę. Ludowi zaś wyjaśnia  

 

                   Rys. Tadeusz Krotos

 

się, iż jest to tylko wypełnienie warunków kontraktu, a nikogo nie trzebaprzekonywać o konieczności wypełniania umów. Czy nie jest to kompletne zdziecinnienie w świecie dorosłych ?

 

A skoro już o menedżerach, czy liderach do kierowania zespołami osób, to przypominam sobie opowieść jednego z lekarzy, uczestnika kursu dla kadry kierowniczej w służbie zdrowia. Pikantności i rangi całej sprawie dodawał fakt, iż kurs organizowano w Anglii, a jednym z ważnych ćwiczeń było przypinanie pewnej osobie kawałka sznura do pasa. Miała ona uciekać i nie pozwolić innej osobie, aby jej ten sznur odebrano. Potem prowadzący, fachowym okiem zatroskanego psychoanalityka, oceniał zachowanie zarówno uciekającego jak i ścigającego, udzielał cennych rad i wskazówek. Wyciągał wnioski na temat ich cech charakteru i zdolności podejmowania decyzji w trudnych warunkach. Dyplom z takiej kuźni kadr otwierał drzwi do dalszej kariery zawodowej.

 

Marząc o błyskotliwej karierze zapragnąłem podniesienia swoich umiejętności zawodowych. Sięgam więc po gazetę, wypatrując ogłoszeń o stosownych kursach. Nie znajduję ich, ale moją uwagę przyciągają artykuły mówiące o tym, jak to pewnemu pacjentowi zamiast amputacji prawej, dokonano obcięcia lewej nogi. Innym razem umiera osoba chora na raka na wskutek przedawkowania substancji chemicznej podczas terapii. Myślę sobie, tragedia, błąd. Oczywiście winnych nie ma, bo jak się tłumaczy płacącemu składki na fundusz zdrowia, zaistniały problemy w dziedzinie komunikacji, a oprócz tego ordynator, ze stoickim spokojem i powagą kierownika firmy pogrzebowej, wyjaśnia, iż oprogramowanie do komputera w obsłudze było zbyt skomplikowane. Brzmi to jak szczera, gruntowna i przekonywująca argumentacja. Koń by się uśmiał – pomyślałem. I proszę nie traktować tego powiedzenia przenośnie. Wertuję kilka książek pewnego wykładowcy etyki na tzw. renomowanych uniwersytetach zachodnich. Zapoznaję się z jego twierdzeniami na temat tej samej wartości człowieka i zwierząt, szczególnie małp. Nie pisze to jakiś obłąkaniec po stracie ukochanego kanarka, czy świnki morskiej, ale tzw. autorytet, a na dodatek z tytułem profesora. I chyba dlatego ogarnia mnie małpia gorączka. Jednak nie łapię za brzytwę, bo nieoczekiwanie z tego stanu wytrąca mnie krzyk zza ściany. Sąsiad, z zawodu weterynarz (bez tytułu profesora), po powrocie z delegacji zastaje w mieszkaniu własną żoną ze swoim szefem. Dlatego grzmi do nich jak opętany: „ty małpo!” , „ty baranie ! ...”. Zaczynam zastanawiać się, czy to tylko obciążenie zawodowe, czy też wynik uważnej lektury książek wyżej wspomnianego eksperta od zagadnień moralnych.

 

A skoro o wyjazdach czy delegacjach mowa to prześladuje mnie scenka z pobytu byłego pana prezydenta na poważnej uroczystości państwowej. Z trudem utrzymuje się na własnych nogach. Ktoś go usłużnie podtrzymuje, aby nie upadł. To nie wynik wzruszenia, to zamroczenie alkoholem. W kręgach facetów spod budki z piwem takiego gościa określano pieszczotliwie niezłym zawodnikiem. Co prawda, pan Aleksander nigdy nie rozsławiał PRL­u jako czynny sportowiec, ale przecież był szefem „Sztandaru Młodych”, a nade wszystko pełnił odpowiedzialną funkcję przewodniczącego Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej. A więc pra­wie sportowiec. Po fakcie opinia publiczna zostaje poinformowana w sposób rzeczowy i nie budzący żadnych wątpliwości, iż jaśnie pan prezydent cierpiał na chwilowe doleg­liwości goleni i stąd ta niedyspozycja. Słysząc to dostaję zawrotu głowy i biorą mnie mdłości, ale szybko się otrząsam. Zdaję sobie sprawę, iż jeśli nawet zawiozą mnie do szpitala, to przecież wskutek jakiejś pomyłki mogą mi zoperować wyrostek robaczko­wy, coś przedawkować, a może usunąć migdały. Mogę zostać przyjęty przez lekarza, niekoniecznie po wspomnianym kursie menedżerskim u angielskich specjalistów, ale za to z objawami wspomnianej wcześniej chwilowej niedyspozycji kolan. Odrzucam raczej zastosowanie wobec mojej osoby specyficznego wariantu udzielania pomocy znanego z niektórych łódzkich pogotowi, bo wszyscy posłowie zapewnili zgodnie i kategorycznie, iż już nic takiego, nigdy się nie wydarzy.

 

Uwierzyłem im, zaufałem i zaintrygowany tak męskim postawieniem sprawy zacząłem śledzić ich codzienne obowiązki, czyli pracę. Niedawno jednak, grupa szczególnie zatroskanych parlamentarzystów postanowiła na znak protestu w ogóle nie głosować w Sejmie, a więc ani nie przyciskać guzika za ani przeciw i w świętym oburzeniu opuszczać salę. Przecieram uszy i oczy słysząc reprezentantkę konstruktywnej opozycji (SLD) motywującej, iż takie postępowanie posłów jest „wykonywaniem obowiązku wobec Narodu ”. Nie oburzam się, szkoda nerwów. Myślę sobie: „gorzej niż dzieci”. Kosztowna zabawa, podatnik płaci. Gdyby to ode mnie zależało, to nie otrzymaliby oni ani złamanego grosza i nie wpuściłbym ich już nigdy do budynku na Wiejskiej. Bo jak dentysta, kierowca autobusu, fryzjer, murarz, czy strażak przychodzi do pracy i zamiast zabierać się za swoją robotę, zacznie stroić fochy zasłaniając się dobrem Narodu, to dostaje kopniaka i wylatuje z hukiem.

 

Przyglądając się życiu ludzi dorosłych w demokracji zachodniej zauważam czasami coś, co określę jako  zdziecinnienie. Prześwitując w różnych płaszczyznach życia, jawi się jako świadoma ucieczka od odpowiedzialności. Przybiera szaty pozorów wiarygodności, służy jedynie do maskowania oraz usprawiedliwienia takich poglądów, postaw i zachowań, których ostatecznym celem jest uzyskanie zupełnie niezasłużonych korzyści, przywilejów, ukrycia niekompetencji lub zdobycia poklasku tłumu. Być może zdziecinnienie samo w sobie nie jest bardzo groźne, szkodliwe i niebezpieczne, najgroźniejsza jest jego akceptacja społeczna i uznanie za rzecz godną świata dorosłych.

 

                                                                                                                           Emil Mastej