|
"Bo
u nas w Szwajcarii..."
|
|
"Les Décarines" to tytuł powieści Maurise Barrésa. Z franc. oznacza: wyrwani z gruntu ojczystego, co bardzo mi się kojarzy z polską emigracją. Zjawiskiem, które jest bardzo charakterystyczne dla ludzi mojego pokolenia, czyli tych, którzy w okresie ostatnich 5 lat skończyli studia. Z ojczystego gruntu wyrywa się każdy przed kim pojawia się szansa wyjazdu: narwane nastolatki, wyrywni chłopcy, świeżo upieczone studentki, panie na zasiłku, tatusiowie po trzydziestce, panowie w średnim wieku, bezrobotni, pracujący, studiujący, uczący się... I każdy w innym celu. Większość za chlebem, jedni w celu edukacyjnym, drudzy w matrymonialnym, niektórzy po to, aby mieć o czym "rozmawiać” z zazdrosnym sąsiadem, jeszcze inni ot tak sobie, po prostu... przypadkiem.
Powroty do tych "pól malowanych" w polskiej wersji bywają różne, jeśli w ogóle maja miejsce, gdyż większość wykupuje bilet w jedną stronę. Zazwyczaj obfitują w wyśmienite opowieści, okraszone opisem widoków, |
Rys. Tadeusz Krotos
|
|
które w Polsce nie mają prawa zaistnieć. Ktoś kto słucha monologu "powracającego z wielkiego świata" wierzy we wszystko ślepo i nabiera przekonania, że państwo Mieszka I nadal leży za żelazną kurtyną. Dziewczynki harujące od świtu do zmierzchu na niemieckich plantacjach jabłek opisem Hamburga mogłyby dorównać niejednemu pisarzowi-Nobliscie. Chłopcy pasący krowy u francuskich gospodarzy ilością poderwanych kobitek górują nad swoimi kolegami z Polski, których jedyną rozrywką jest wypicie "Żywca" pod sklepem "U Tadzika" i oczekiwanie na sobotnią zabawę.
Powracający... czy po tygodniu, czy po dwóch, czy po miesiącu, czy po roku, zazwyczaj piękni, pachnący, szczęśliwi, oczytani, poligloci, wszechwiedzący i bardzo krytyczni do wszystkiego co polskie, "no bo u nas w Niemczech, u nas w Anglii...”. Tak, tak, rozumiem, człowiek przywiązuje się do wszystkiego co nowe, ładne i nieznane, tylko... TEN DRUGI, szary człowiek, który nigdy nie przekroczył granicy swego powiatu, kolejarz, stróż, gospodarz, niekoniecznie pijak i leń, przeciętna osoba, wspaniały patriota, KTOS - po prostu nabiera kompleksów. Przestaje wierzyc w Polskę, nie chodzi na wybory, a bezrobocie utwierdza go w przekonaniu, że jest źle i nie będzie już lepiej. A nie powinien! Kiedy jeszcze studiowałam w Polsce, w małym prowincjonalnym miasteczku na Pomorzu i znałam z autopsji te opowieści o obczyźnie-raju, też w to wierzyłam. A patrząc na zdjęcia tych "powracających" śniłam o wielkim świecie. Po magisterce, kiedy na 60 absolwentów 20 znalazło pracę w zawodzie, zasiliłam szeregi grupy, która brala paszporty do kieszeni i wyruszała za granicę w poszukiwaniu szczęścia, na podbój świata, w moim wypadku Szwajcarii. Dziś... minęło 5 lat, jestem szczęśliwą mamą, żoną, mam dobrą pracę i szczęśliwe życie, choć bardzo tęsknię za Polską i jestem pełna wiary (może naiwna), że zmieni się polityka, ludzie zaczną mieć pracę i godziwie zarabiać. Uśmiecham się do wspomnień, kiedy przypominam sobie opowieści kolegów z roku. Moja emigracja? To była trudna droga, tęsknota za rodziną, za polskim chlebem i kotletami schabowymi, spokojem nadmorskiego miasteczka i rozmowami z sąsiadami. To przeliczanie każdego franka i obracanie go dwa, trzy razy przed wydaniem, wokół ludzie w biegu, stresie, zazdrość i nieszczere uśmiechy. Stres, który towarzyszył szukaniu pracy, znikoma znajomość niemieckiego, mycie garów od świtu do nocy. Może to głupie, ale czułam się czasami jak członek podludzi, w Polsce "byłam" człowiekiem. Bezradność, niedowierzanie, kiedy ktoś się pytał czy Polska leży w Rosji... Byłam pewna, że my, Polacy mamy większą wiedzę o świecie, mniej pieniędzy, a więcej w głowie. Przeżyłam dużo ciężkich chwil, którym towarzyszyła samotność, ale miałam na życie, a w Polsce żadnych perspektyw na znalezienie pracy. Myślę, że młodzi ludzie też tym się dzisiaj tłumaczą. Bo czy ktoś wróci do kraju, czy potrafimy się zjednoczyć, żeby wałczyć o naszą Polskę jak wieki temu? Retoryczne pytanie. Długą drogę przeszłam, kiedy tu coś w końcu osiągnęłam. Szczerze? Nie widzę różnicy między Polską a Szwajcarią. Żeby dostać tu pracę trzeba się starać tak samo jak w Polsce, a może nawet bardziej, bo tu zawsze będziemy obcy. Myślę, że opowieści co niektórych o błogim, perłowym życiu za granicą są mocno przesadzone. Chciałabym zamknąć choć do polowy usta tym, którzy rozpoczynają opowieści od "bo u nas..." w podtekście Niemcy, Szwajcaria, Holandia, a najogólniej mówiąc RAJ. Tylko czy ten raj na pewno istnieje?
Polanka
|