|
Między
obrazami |
Jan Zieliński |
|
Rytuał
przejścia |
|
E. Munch „Autoportret” |
To wystawa,
której nie da się obejrzeć szybko, „zaliczyć” w przelocie.
Największa w dziejach zagraniczna wystawa norweskiego malarza Edvarda
Muncha (którego lata urodzin i śmierci Polakowi łatwo
zapamiętać: 1863-1944) jest labiryntem, zapraszającym do
wędrówki wedle chronologii i wbrew chronologii, do powrotów ku
poszczególnym pracom i do odkrywania zaskakujących powinowactw
między na pozór odległymi od siebie obrazami. Weźmy na przykład
obraz Dziewczyna i trzy męskie
głowy (ok. 1898). Przedstawia on sie dzącą
na ławce skąpo ubraną dziewczynę o dużych,
podkrążonych oczach i unoszące się przed nią niczym
balony trzy nadnaturalnie duże męskie głowy. |
|
Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z nowoczesnym wariantem
starego motywu Zuzanny i podglądających ją starców. Warto
jednak obejrzeć ten obraz razem z nieco wcześniejszą
ryciną Muncha, zatytułowaną Cyganeria Kristianii II (1895), by
odnaleźć frapujące podobieństwo między trzema
głowami-balonami a umieszczonymi na rycinie portretami członków
stołecznej cyganerii. Zmieniona została tylko ich
kolejność, zaś na rycinie dziewczyna stoi w głębi,
buńczucznie ująwszy się pod boki. Skoro o cyganerii mowa, proponuję zestawić dwa wiszące
daleko od siebie obrazy: Wesele cygana (1925/26) i wcześniejszą
Śmierć cygana (1915-18). W obu centralne miejsce zajmują
butelki z alkoholem, oba obrazy przeniknięte są takim samym
poczuciem smutku i beznadziei. W scenie weselnej panna młoda ma na sobie
nie białą, lecz pomarańczową suknię, a pan
młody siedzi przy stole ze zwieszoną ponuro głową, obok
niego zaś stoi wysoki starzec z głową jak trupia czaszka,
niczym memento mori. Na drugim, wcześniejszym płótnie zmarły
leży z głową rozdętą jak dynia, jedna kobieta
przysiadła na łóżku i wpatruje się w jego twarz, podczas
gdy druga rzuciła się na łóżko w geście rozpaczy,
ramionami ogarniając znieruchomiałe kolana zmarłego. W obu
obrazach miłość miesza się ze śmiercią. Wystawę Muncha i jej katalog warto oglądać razem z
książką niemieckiego historyka sztuki Ernsta Benkarda Das
ewige Antlitz (1926). Norweski malarz pozostawił tysiące obrazów,
grafik i rysunków; Benkard jest praktycznie autorem dwóch książek –
wspomnianej pracy o maskach pośmiertnych i drugiej, o autoportretach.
Ale są to pozycje wyjątkowe przez swe otwarcie, przez to, że –
zachowując wysoki poziom naukowy – zwracają się i
trafiają do różnych czytelników: do teologów, do psychologów, do
artystów, poruszają laików, niezależnie od ich przygotowania
zawodowego i intelektualnego. Dzieje się tak za sprawą uniwersalnej
tematyki (każdy styka się czy to z własnym wizerunkiem czy ze
śmiercią) jak i niezwykłej poetyckiej wrażliwości
Benkarda. Wracając po lekturze książki o „wiecznym obliczu” do
Muncha odkrywamy w jego obrazach nowe sensy. Śmierć cygana
przypomina stare ryciny, przedstawiające wizerunki królów,
spoczywające na Lit d’honneur, podczas gdy dworzanie, zastygli w
beruchu, oddają im ostatnią cześć. Zaś patrząc
na ponurego starca z Wesela cygana zastanawiamy się, czy jego głowa
bardziej przypomina pośmiertną maskę Nietzschego czy Tołstoja
(po śmierci bardzo się zewnętrznie upodobnili). Pierwotne skojarzenie głowy zmarłego przedstawiciela
artystycznej cyganerii z dynią prowadzi do myśli, że może
tu chodzić o nawiązanie do celtyckich rytuałów związanych
z przejściem od lata do zimy i odwiedzinami duchów zmarłych na
ziemi – obrzędów, przeżywających ostatnio skomercjalizowany
renesans jako Halloween. I jak liczne w
obrazach Muncha sceny miłosne na łonie natury wiążą
się ze skandynawskimi obrzędami przesilenia letniego (ważna w
krajach skandynawskich noc świętojańska), tak motyw głowy
jako dyni odsyłałby do przesilenia zimowego i obrzędów
święta zmarłych. Obsesja śmierci i rozkładu jest zresztą u Muncha obecna
od początku. Wystarczy przypomnieć krzyczącą,
zredukowaną do nagiej czaszki głowę z najsłynniejszego
jego obrazu – Krzyku – czy autoportret
z roku 1895, na którym artysta wygląda jakby leżał w trumnie,
zaś na dole litografii, w miejscu podpisu, złożył
szkielet własnej ręki. Podobnie portrety. Jak maski
wyglądają twarze Paula Hermanna i Paula Contarda na podwójnym
portrecie z roku 1897. Tabliczka na dolnej ramie informuje, że obraz
należał do zbiorów Waltera Rathenaua. Jego też
sportretował Munch, i to dwukrotnie. Oba obrazy z roku 1907 wiszą w
Bazylei naprzeciw siebie, jak w zainscenizowanym pojedynku z sobowtórem
(warto zwrócić uwagę na zatkniętą za pasek spodni
butelkę piwa, na drugim obrazie zasłoniętą połą
marynarki). Rok wcześniej sportretowany został w Weimarze ówczesny
dyrektor tamtejszego muzeum Harry Kessler (12 lat później będzie
towarzyszył Piłsudskiemu w drodze z twierdzy magdeburskiej do
Berlina, a następnie zostanie pierwszym posłem Niemiec w odrodzonej
Polsce). Osobliwy, wąski i wydłużony format tego portretu
stojącego mężczyzny przywodzi na myśl
wyłożoną żółtawym brokatem trumnę. W
książce Benkarda jest zdjęcie, przedstawiające w niemal
identycznej pozie wizerunek Henryka VII angielskiego, wykonany (z
użyciem maski pośmiertnej) na potrzeby ceremonii pogrzebowej. Zbieżności, o których mówię, nie dadzą się
wytłumaczyć bezpośrednim wpływem – omawiane obrazy Muncha
powstały przed albo równolegle (Wesele cygana) z książką
Benkarda. Ale książka o maskach pośmiertnych jest
przecież przez swą tematykę uniwersalna i malarz mógł
poszczególne maski widzieć gdzie indziej. O tym zaś, że
znał Das ewige Antlitz świadczy moim zdaniem porównanie ostatniego
portretu własnego (Autoportret w swetrze w paski, 1943) z
reprodukowaną w książce Benkarda w dwóch ujęciach, en
face i z profilu, maską Jonathana Swifta. Redaktor katalogu powiada na
temat tego obrazu, że cień staje się w nim sobowtórem, że
ciało ulega fragmentaryzmcji i że Munch traktował
śmierć nie jako chwilę, tylko jako trwające pewien czas
przeżycie. I cytuje z rękopisu notatkę norweskiego malarza
(który bywał też pisarzem): „To też takie dziwne, całkiem
zniknąć, i że musisz, że musi nadejść ta
godzina, kiedy będziesz mógł do siebie samego powiedzieć:
teraz masz jeszcze dziesięć minut, jeszcze pięć minut, a
potem to nastąpi, potem poczujesz, jak coraz bardziej stajesz się
Niczym”. Zestawienie z maską pośmiertną Swifta relatywizuje te
słowa, napisane około roku 1889, a więc w fazie dekadenckiej.
We wstępie do swej książki Ernst Benkard podkreśla,
że choć wszystko w życiu przemija, maska pośmiertna, ta
„trwała reszta substancji organicznej”, pozostaje niczym przestroga we
wrotach pomiędzy życiem a śmiercią, ten „ostatni
wizerunek człowieka, jego wieczne oblicze”. Przybierając na
schorowaną twarz maskę pośmiertną autora Podróży Guliwera
Edvard Munch przed wyruszeniem w ostatnią podróż broni się
gestem, w którym jest szczypta ironii i odrobina nadziei. Poruszająca wystawa. Niezwykła książka. Wystawa Edvard Munch – Zeichen der
Moderne. Bazylea, Fondation
Beyeler, 18.03.-15.07.2007. Katalog pod red. Dietera Burchharta, Ostfildern 2007, Hatje
Cantz Verlag. |