Sina nagość
Ekspresjonizm
jest sztuką miejską, wielkomiejską. Tymczasem w Szwajcarii obrazy, rzeźby
i grafiki ekspresjonistyczne powstawały przeważnie w górach, w Davos i
innych kurortach alpejskich, dokąd malarze i rzeźbiarze przyjeżdżali, by
leczyć suchoty bądź wydobywać się z rozmaitych nałogów. Świadectwem
tej przygody ludzi wielkiego miasta z czystą przyrodą jest wystawa, którą
można obecnie oglądać w Bernie, a która powędruje potem do Groningen w
Holandii i do Churu (wiosną roku 2008). Pierwsze
wrażenie jest kolorystyczne: zdecydowana przewaga agresywnych fioletów.
Fioletowe zbocza Alp, fioletowe marynarki mężczyzn, fioletowe oczy kobiet,
nieomal fioletowe krowy, fiolet w tle. Do tego brąz z żółcią albo zieleń
z czerwienią. Męczącej kolorystyce towarzyszą dynamiczne formy, potęgując
nastrój zagrożenia. To są Alpy, które mogą się w każdej chwili zawalić,
przyroda groźna, tuż przed katastrofą. Malarze chętniej niż miejscową
ludność portretują siebie nawzajem, jakby się czuli członkami samotnej
kolonii, ostatniej placówki ludzkości w świecie skazanym na zagładę. Można
powiedzieć tak: każdy widzi Alpy swoimi oczyma, widzi je przez bagaż
swojego dotychczasowego życia, przez pryzmat swej formacji estetycznej. Jeśli
nawet te niebywałe góry wywierają wstrząsające wrażenie, to wstrząs ten
kanalizuje się w dotychczasowy system percepcji i wyraża artystycznie w dostępnym
języku. Dla ekspresjonistów był to język agresywnych barw i dynamicznych
form. Wspomniałem
o kolonii. Grupa skupiona wokół Ernsta Ludwiga Kirchnera miała poniekąd
charakter artystycznej bohemy, swego rodzaju komuny. Na obrazie Kirchnera Nowoczesna
bohema (1924) widać w tle kilka postaci, oddających się zajęciom
intelektualnym i artystycznym, z książką bądź szkicownikiem w ręku,
podczas gdy na pierwszym planie leży bez cienia pruderii naga kobieta. Oczywiście
fioletowo-sina. I jakby przeniesiona z zupełnie innego otoczenia, czy zupełnie
innej sytuacji. Pokazane
na wystawie zdjęcia dokumentują podobną nienaturalność nagości w scenach
plenerowych. Widać na nich żony i przyjaciółki malarzy z kręgu Kirchnera,
wraz z dziećmi, jak paradują w stroju adamowym na brzegach górskich potoków.
Wymuszone uśmiechy zdradzają, że musi im być niewygodnie na twardych
kamieniach i w rwących strumieniach lodowatej wody. Czego się jednak nie
robi, by spełnić marzenia i zaspokoić oczekiwania? Rzecz
wzięła się trochę z nieporozumienia, którego istotę wyjaśnia w katalogu
dyrektor berneńskiego muzeum, Matthias Frehner. Otóż Kirchner przyjechał
do Davos po raz pierwszy 19 stycznia 1917 roku, dość nieoczekiwanie
otrzymawszy zezwolenie na wyjazd z targanych wojną Niemiec – a już 4
lutego wyjechał z powrotem do Berlina. Namalowany wkrótce potem obraz Kolej
retycka przekazuje doznanie panicznego lęku: górskie zbocza walą się
na miniaturowy pociąg, który wyrywa się do ucieczki ze śmiertelnego zagrożenia.
Skąd to poczucie porażki i odwrotu? Z zawiedzonych oczekiwań: Kirchner sądził,
że Davos „leży na południu, pod palmami”... Na
szczęście malarz nie zniechęcił się pierwszym niepowodzeniem – nadal, w
latach dwudziestych, przyjeżdżał w szwajcarskie Alpy i w końcu jakoś się
tu zadomowił. Ale marzenie o południowych klimatach pozostało. Być może
jego pokłosiem są dziwne drewniane rzeźby, widoczne na wielu obrazach
Kirchnera i jego grupy, a przypominaące afrykańskie (bądź indiańskie)
totemy. Często ustawione w pary, przeważnie nagie, budziły sprzeciw gryzońskich
sąsiadów, a i na wystawach w Zurychu czy w Bazylei w latach dwudziestych
pokazywane były tylko na specjalne żądanie amatorów, w salach zamkniętych
dla szerszej publiczności. Malarze
z grupy „Rot-Blau” znaleźli swój południowy raj po drugiej stronie Alp,
nie w modnej (słynna Monte Verità!) Askonie, tylko w zupełnie wówczas
odciętym od świata Mendrisotto. W krajobrazach z tych okolic nadal utrzymuje
się fioletowa tonacja, ale też wiele w nich żółtych płaszczyzn, jakby skąpanych
w południowym słońcu. Dobrym przykładem jest tu Zimowy pejzaż tesyński
Paula Camenischa, na którym u stóp owocowych drzewek pogodnie żółcą się
kukurydziane pola. Eksperymenty
artystyczno-obyczajowe kończyły się jednak z czasem i trzeba było zejść
ze swą sztuką na niziny, do miasta. W katalogu wydrukowano w charakterze
aneksu ciekawy tekst znanego bazylejskiego krytyka sztuki i kuratora wystaw
Georga Schmidta, pochodzący z lipca roku 1924, a opatrzony barokowym, skądinąd
zresztą bardzo precyzyjnym tytułem: Co chętnie bym był powiedział 29
czerwca w Winterturze, w powiedzeniu czego wszakże przeszkodziło mi do
pewnego stopnia przyjazne nastawienie moich słuchaczy. Zarazem kilka
odpowiedzi na niektóre omówienia wystawy. Schmidt ustosunkowuje się w
nim między innymi do kwestii nagości w sztuce, a zwłaszcza aktów w
plenerze. Powiada, że o ile w przypadku drzew i zwierząt publiczność
przyzwyczaiła się już do fantastycznych deformacji, wobec ciała ludzkiego
wciąż utrzymuje się oczekiwanie, że artyści przestrzegać będą kanonu
piękna, a nawet więcej: idealizować. I proponuje (a tekst ten, przypominam,
miał być pierwotnie wygłoszony w trakcie wernisażu wystawy Kirchnera): „Stańmy
wszyscy, jak tu stoimy, naprzeciw siebie w stroju adamowym – wszyscy
wzdrygnęlibyśmy się na widok tego nagromadzenia tak zwanego obrzydlistwa,
chyba nikt nie odpowiadałby wymogom tak zwanej sztuki, każdą i każdego
należałoby ‘upiększyć’.” Zadaniem prawdziwego artysty, powiada dalej
Schmidt, jest patrzenie na rzeczy nowym, świeżym okiem i takie przeżycie
rzeczywistości, jakby przed nim nigdy nie była ona wyrażana artystycznie.
Nie ma innej drogi niż ta od nowej prawdy do nowego piękna. Wzburzenie,
jakie wywołały w Winterturze akty Kirchnera jest zatem objawem, który
powinien cieszyć. W dzienniku prowadzonym w Davos przez Ernsta Ludwiga Kirchnera znajdujemy podobne myśli, które świadczą o kluczowej roli, jaką odgrywał akt w myśleniu tego ekspresjonisty o sztuce. „Ważne, żeby pojąć, że sztuka KSZTAŁTUJE, a nie PRZEDSTAWIA. To ogromna różnica, kształtowanie jest bowiem swobodną czynnością duchową. Przedstawianie jest rzemiosłem, którego można się wyuczyć. A SZTUKI – NIE. Każdy człowiek, który umie pracować oczyma ma talent artystyczny, ale tylko u niektórych występuje on w tym stopniu, że musi się wyrazić, że kształtowanie staje się funkcją życiową. Tylko nieliczni, u których ów popęd występuje z wielką siłą, są artystami, a i tu występują dwa rodzaje. Jedni, u których ów popęd bierze się po prostu z erotyki i u których wygasa on koło czterdziestki wraz z cielesną erotyką, i inni, u których popęd ten bierze się też z erotyki, ale żywi się ponadto innym popędem, czysto duchowym. Ci artyści tworzą przez całe życie aż do śmierci, a ich dzieła stworzone po czterdziestce stają się najwyższymi, najczystszymi dziełami sztuki. Mniej więcej w tym wieku ustala się u nich świadoma twórczość, która właściwie dopiero godna jest miana sztuki. Świadoma w tym sensie, że artysta staje się świadom swoich środków wyrazu, przy czym pojęcie ‘świadomości’ nie jest tu przeciwieństwem uczucia.” Patrząc
na malowane na łonie natury fioletowe akty Kirchnera, Wiegersa, Scherera czy
Camenischa trudno się oprzeć wrażeniu, że w szwajcarskiej odmianie
ekspresjo
Jan
Zieliński Wystawa
Expressionismus aus den Bergen. Ernst Ludwig Kirchner, Philipp Bauknecht, Jan
Wiggers und die Gruppe Rot-Blau,
Berno, Kunstmuseum, do 19 sierpnia, muzeum w Groningen (Holandia), Chur, Bündner
Kunstmuseum, 16 lutego-25 maja 2008. Katalog
pod red. Beata Stutzera, Samuela Vitaliego, Hana Steenbruggena i Matthiasa
Frehnera nakładem trzech muzeów, Berno-Groningen-Chur 2007.
|