Pytania i odpowiedzi

 

Emil Mastej

W polityce pookrągłostołowej na świeczniku państwa tliły się i dogasały postacie marne lub przeciętne. Nie wszystkie zapewne, ale było ich sporo. Pierwszym prezydentem nowej Polski został współpracownik radzieckiej Informacji Wojskowej zależnej od NKWD. Odpowiedzialny za czystki antysemickie po 1968 r. w wojsku, masakrę na Wybrzeżu i wprowadzenie stanu wojennego, z jego tragicznymi konsekwencjami. Wybrany na stanowisko głosami tchórzliwych inteligentów, a niekiedy i wytrawnych graczy politycznych, widzących możliwość - realizacji własnych ambicji.

 

Po nim przychodzi osoba owiana legendą, z niewątpliwymi zasługami, ale mająca trudności ze zbudowaniem kilkunastu zdań, spójnych logicznie i poprawnych gramatycznie. Chaos myśli, słowa i czynu (przeważnie chce, a nie może). Legenda wyblakła, ponownej kadencji nie było. 

Rys. Tadeusz Krotos

Potem do zacnego grona, decyzją wyborców, dochodzi pan Aleksander, młodzieżowy działacz PZPR. Ten mówi na okrągło. Pozory elokwencji wyniesione z okresu działania w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich (przybudówka kierowniczej siły), pozwalają mu zdobywać popularność, potrafi czarować i przychodzić do pracy na bani. Za dekorację służy mu żona – uwielbiana i rozpieszczana przez media.

 

Nie lepiej dzieje się jeśli chodzi o stanowiska w administracji państwowej. Przez kilka lat rządzi wypróbowana kadra z byłej PZPR: Miller, Oleksy i inni cudownie nawróceni na demokrację bezprzymiotnikową. Nagle pokochali swój kraj, a niektórzy i Kościół. Tu i ówdzie, pojawia się w pierwszych ławach rządowych, męsko wyglądający pan Waldemar - dwukrotny premier. I chociaż przeważnie sprawia wrażenie człowieka nagle wyrwanego z głębokiego snu, to na widok jego ponętnych spojrzeń do kamery, nawet starsze emerytki, dostają gęsiej skórki i szybciej bije im puls.

 

Teraz mamy czas Donalda Tuska. Człowieka przeciętnych zdolności i miernej pracowitości, ale za to sprytnego i sprawnego medialnie. Do polityki podchodzi w sposób praktyczny (szybko i skutecznie załatwił swego konkurenta partyjnego, J.M Rokitę). Jego ostatnie wyznanie o doświadczeniach z marihuaną nie należy traktować w kategoriach przejęzyczenia. Jest to raczej ryzykowna przygrywka do skoku na Belweder. Obecnie dochodzą jedynie nowe szczegóły taktyki jego doradców i specjalistów od zachowywania pozorów. W mediach określa się ich niewinnie i elegancko: specjaliści od wizerunku. To jakby mniej wtajemniczeni, rzemieślnicy psychoanalizy ze szkoły Freuda. Uspokajają, podpowiadają jak się ubrać, kiedy uśmiechać; po prostu, jak zadowolić gawiedź. Za odpowiednie pieniądze obiecują sukces. Z miernoty zrobią gwiazdora. (Przykład: Były pracownik PGR-u, bez egzaminu dojrzałości, pieniacz, łamiący permanentnie prawo, nie spłacający zaciągniętych długów. Gdy zostaje w demokratycznym kraju ministrem i wicepremierem, specjaliści wyrzeźbili z niego prawie męża stanu).

 

Pan Donald gra pod publiczkę. W ostatnim wystąpieniu, nazwanym „orędziem”, obiecuje stadion w każdej wiosce (domyślać się należy, iż w miastach jest ich nadmiar), nakarmienie wszystkich głodnych dzieci, komputer dla każdego ucznia, prysznice, sztuczne murawy itd. Przeforsował zwolnienie niektórych obywateli od płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego... Używa innych chwytów, (np. urzędując nawet w dni wolne od pracy) w pogoni za spełnieniem własnych ambicji, podsycanych umiejętnie przez najbliższe otoczenie.

 

Bycie sobą nie jest dla niego wartością. Doskonale wie, że jeśli chce być popularnym i pragnie osiągnąć sukces, powinien wypełniać oczekiwania, kaprysy i życzenia potencjalnego wyborcy. Jest jeszcze jedna, ważna grupa, którą musi skutecznie kokietować - to ludzie z dużą kasą!

 

Patrząc pobieżnie na ostatnie19 lat, nie można nie pytać, jak to możliwe, że w większości rządzili państwem ludzie mierni, przeciętni, a nawet zwykli karierowicze? Czy to jedynie garb zniewolenia i stęchlizna po realnym socjalizmie? Czy czasami, z własnego przyzwolenia, nie oddaliśmy pola bezczelnym pozorantom i cwaniakom? I, czy jest szansa na zakończenie tego procederu ?

 

Kiedyś, za komuny, zapytano starego Górala, o rządy towarzyszy i jak długo to potrwa. W odpowiedzi usłyszano słowa: „tak długo, jak im na to pozwolimy”.