Między obrazami

Jan Zieliński

 

Królewskie stulecie

 

Balthus – Piękne Dni

 

Powiem od razu: widziałem w ostatnich latach kilka dużych wystaw Balthusa, w Lozannie, w Vevey, w Bernie, w Wenecji. Żadna z nich nie była tak znakomicie osadzona w muzealnej przestrzeni jak obecna, zorganizowana w Martigny dla uczczenia setnej rocznicy urodzin zmarłego przed siedmioma laty wielkiego malarza polskiego pochodzenia.

 

Złożyło się na to, jak sądzę, kilka przyczyn. Przede wszystkim niezwykłe miejsce, jakim jest siedziba Fondation Gianadda. Przypomnę, że stoi ona tam, gdzie podczas przygotowań do budowy bloku mieszkalnego odkryto resztki starożytnej świątyni gallo-rzymskiej, w której oddawano cześć Merkuremu. Inżynier Léonard Gianadda postanowił wówczas zbudować w tym miejscu instytucję kulturalną dla uczczenia pamięci swego tragicznie (poparzenia odniesione w katastrofie lotniczej) zmarłego brata Pierre’a. W nowoczesny gmach wkomponowano starożytne atrium, a magia

tego miejsca tkwi nadal w jego kwadratowym kształcie, w doskonałej symetrii zamknięcia.  Podobne połączenie dawnego z nowym występuje w malarstwie Balthusa, odwołującym się, także w kwestiach techniki malarskiej, do dawnych mistrzów, ale pokazującym przecież wnętrza dwudziestowieczne.

 

W Fondation Pierre Gianadda mieści się też muzeum automobili, a w nim jeden obiekt, związany z historią wschodniej części Europy, skąd wywodzili się rodzice Balthusa. Mam na myśli świetnie zachowany egzemplarz auta ulubionej firmy cara Mikołaja II, Delaunay-Belleville, zamówiony przez niego w roku 1917, a nie dostarczony z powodu rewolucji. W zeszłym roku muzeum gościło dużą wystawę Chagalla, w tym siedem dużych plansz dekoracji dla Teatru Żydowskiego, wykonanych przez artystę w roku 1920, a odrestaurowanych na koszt Fondation Gianadda w 1991.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Balthus - Ulica

 

 

 

Balthus - Pasaż

W zbudowanej na bazie kwadratu przestrzeni dawnej świątyni Merkurego obrazy Balthusa nawiązują ze sobą nowy dialog. Jego główną linię wyznaczają wielkie płótna – Ulica z roku 1933 i Pasaż Commerce-Saint-André z lat 1952-54. Kuratorzy wystawy – świeżo upieczony członek Académie française, współautor monumentalnego catalogue raisonné Balthusa Jean Claire i dyrektor Musée Jenisch w Vevey, Dominique Radrizzani – wokół tych dwóch dzieł poumieszczali rozmaite aspekty dzieła Baltazara Kłosowskiego herbu Rola, czyli, jak go pieszczotliwie nazywała w dzieciństwie matka (sama nosząca bardzo polskie, literackie imię Balladyna) – Baltusia.

 

Na pozór mamy do czynienia z dwiema autentycznymi paryskimi uliczkami – z rue Bourbon-le-Château w przypadku Ulicy i z zaułkiem, widocznym z okien paryskiej pracowni Balthusa w cour de Rohan w przypadku Pasażu. Na pierwszym obrazie widzimy sylwetki przechodniów, dorosłych i dzieci, zastygłych jakby w dziwacznym balecie, którego sensu szukać trzeba chyba w grach dziecięcych i w napięciu, jakie się wytwarza na granicy między dziecięctwem a dorosłością. Istnieje wcześniejsza wersja tego obrazu, z roku 1929, na której zamiast orientalnej pary tancerzy z lewej

kroczy poważny mężczyzna w ciemnym ubraniu, prowadząc za ręce dwóch chłopców w marynarskich ubrankach (wrocławski historyk sztuki Erich Klossowski z Balthazarem i jego bratem Pierre’em, późniejszym francuskim malarzem i pisarzem?) a na poprzecznej uliczce w głębi obrazu widać jeszcze białego konia. Oba obrazy łączy postać mężczyzny w białym ubraniu, niosący na ramieniu deskę, która zasłania mu twarz. Może to pomocnik piekarza, wracający po zaniesieniu do sklepu deski świeżych bochnów. A może Chrystus w białej szacie niewinności, dźwigający belkę krzyża? Na pewno postać ta wyznacza oś obrazu i zarazem z niego wychodzi.

 

Podobną rolę pełni w drugim obrazie odwrócona plecami sylwetka wysokiego mężczyzny z bagietką w dłoni, który oddala się od widza, jakby chciał przejść przez przeciwległą pierzeję domów. Jean Clair interpretuje go jako wizerunek malarza, który wychodzi z zaklętego kręgu swego obrazu, a złocista bagietka ma być oznaką jego magicznej mocy. Może. Dla mnie, kiedy w Martigny patrzyłem na te dwa obrazy łącznie, ważniejszy był moment transcendencji, tego, że są to dwie męskie postacie bez twarzy, coś niosące, które mają swój rytm, swój krok, i które przecinają płótno, z prawa w lewo lub z pierwszego planu w głąb, jakby nie obowiązywały ich prawa materii. Przestrzeń zdaje się nie mieć dla nich granic.

 

Zwracano uwagę na to, że paryskie ulice na obu tych arcydziełach Balthusa są właściwie pasażami, takimi, jak te, o których pisał niemiecki eseista Walter Benjamin w wielkim dziele, wydanym niedawno po polsku pod tym właśnie tytułem – Pasaże. Etymologicznie słowo to wiąże się z przejściem, przechodzeniem, ale też – przemijaniem. Obraz staje się próbą zatrzymania, uchwycenia tego, co przechodzi, przemija.  

 

Pasaż Commerce-Saint-André jest, jak ustalił już wcześniej Jean Clair, miejscem bardzo znaczącym. Nie tylko dlatego, że było tam boczne wejście do najstarszej paryskiej restauracji, założonej w roku 1686 Café Procope. Przede wszystkim dlatego, że to miejsce ma związek z rewolucją francuską. Tutaj, w widocznym na obrazie domu numer 8, Marat wydawał swój dziennik, „L’Ami du peuple”. Tutaj też wykuto pierwsze ostrze gilotyny. Używano go z początku do krojenia sprasowanego w bele siana, potem do ucinania głów baranom, a potem już wiadomo. Balthus musiał być tych faktów świadom. W roku 1944 jego przyjaciel Pierre Jean Jouve wydał dla uczczenia sto pięćdziesiątej rocznicy śmierci Dantona dziełko o rewolucji jako ofierze, w którym nazywał rewolucję „antyreligijnym wykwitem”, zrodzonym z potrzeby odnowienia sensu prawdziwego sacrum, swego rodzaju „powrotem do stanu mistycznego”, wymagającym, by znów popłynęła krew baranka.

 

Wiedząc o tym wszystkim inaczej patrzy się na Pasaż. Biały kędzierzawy piesek na środku obrazu zaczyna rzeczywiście przypominać baranka, czerwony parapet po lewej, znad którego widać główkę chłopca staje się zakrwawionym ostrzem gilotyny, a postać w lewym rogu obrazu, trzymająca jakiś fartuch, zmienia się w świętą Weronikę z chustą, czekającą na głowę Baranka.

 

Na jednej z bocznych ścian, jakby w cieniu, wisi tajemniczy obraz, któremu osobny szkic poświęcił w katalogu Jean Starobinski. Piękne dni z lat 1944-46. Warto podejść bliżej i przyjrzeć się szczegółom tego wspaniałego płótna, które na co dzień wisi w Waszyngtonie. Spoczywająca na szezlongu dziewczyna wyciągnęła daleko prawą nogę, lewą ma zgiętą w kolanie. Patrzy ciekawie w małe lusterko, jakby szukała na twarzy oznak dorosłości. Po lewej stolik z alabastrową miednicą, znak niewinności i czystości. Po prawej natomiast półnagi młodzieniec dorzuca drwa do rozżarzonego kominka. Najciekawszy jest szczegół pomiędzy obiema postaciami, na reprodukcjach prezentujący się jako bliżej nieokreślony ciemny kształt. Na obrazie widać wyraźnie, że to sylwetka sfinksa albo jakiejś orientalnej bogini kobiecej. Kiedy to dostrzeżemy, stojące za figurką metalowe szczypce, oparte o boczna ściankę kominka, nabierają kobiecych kształtów, stają się jakby obrysowanym cieniem tej bogini. Zaczynamy uczestniczyć w rytuale dziwnego misterium.

 

Piękne dni na pierwszy rzut oka przypominają scenkę rodzajową we wnętrzu – mogłyby być na przykład ilustracją do opowiadania bałtyckiego prozaika Eduarda von Keyserlinga. Przy bliższym wejrzeniu odsłaniają swój sens misteryjny. I tak jest często u Balthusa: jego obrazy wciągają w rozmowę, zapraszają do podróży w poszukiwaniu głębszego znaczenia.

 

Rozpisałem się o trzech obrazach, a przecież jest ich w Martigny wiele. Gorąco polecam rocznicową wystawę Balthusa, a jako ćwiczenie w diagonalnym oglądaniu jego obrazów proponuję motyw koni i spahisów. To ciekawy ślad po francuskiej służbie wojskowej, w ramach której Balthus spędził w latach 1930-31 piętnaście miesięcy w koszarach w Kenitrze (Maroko). 

 

29 lutego 2008 Balthus skończyłby 100 lat. Ale, jak dzienna data urodzenia wskazuje, wielki malarz nie miał, jak większość śmiertelników, urodzin co roku, tylko w lata przestępne. Byłby zatem, licząc faktyczne urodziny, zaledwie dwudziestoparolatkiem. To dobrze pasuje do niezwykłej młodzieńczości Léonarda Gianaddy, którego fundacja świętuje w tym roku trzydziestolecie. Nowoczesny budynek muzealny na ruinach starożytnej świątyni Merkurego. Niezwykłe dopasowanie obrazów aktualnej ekspozycji do ciekawego wnętrza. I królewska wystawa wielkiego staro-młodego mistrza.

 

                                                                                                                                  Jan Zieliński

 

Wystawa Balthus. 100e anniversaire. Martigny, Fondation Gianadda, 16.06-23.11.08. Katalog z tekstami następujących autorów: Jean Clair, Robert Kopp, Raymond Mason, Dominique Radrizzani, Jean Starobinski, Camille Viéville, Frédéric Wandelère.