Legendarne wybory

 

 

Emil Mastej

 

Dzień 4 czerwca podzielił Polaków. Polityczna decyzja Donalda Tuska, o przeniesieniu rocznicowych uroczystości z Gdańska do Krakowa, wpisuje się logicznie w jego politykę miłości. Tak ukochał stocznię i związkowców z Solidarności, że uznał ich za grupę zadymiarzy, zdolnych jedynie do wywoływania burd i demonstracji ulicznych. Po prostu, tępy motłoch bez zahamowań, mogący nawet zaatakować wielce szanownych gości ze świata i wywołać skandal. Gratuluję, panie premierze, wykazania głębokiej troski o gości oraz wyjątkową dbałość o wizerunek naszego kraju. Dziękuję również za umiar i tolerancję, charakteryzującą pana partię. Bo przecież nie kazał pan nikogo inwigilować, ani prewencyjnie izolować na czas uroczystości. A tylko wówczas całe społeczeństwo miałoby całkowitą gwarancję wyeliminowania elementów awanturniczych i nieodpowiedzialnych. Do dźwięków dzwonu Zygmunta i hejnału dodaję brawa za odwagę.

 

Co faktycznie wydarzyło się 4 czerwca 1989 r. ?

Miały wówczas miejsce częściowo wolne wybory. To znaczy takie, które nie spełniały istoty wyborów demokratycznych. Bo jak sobie przypominamy, według pookrągłostołowego kontraktu wszystkie miejsca w nowo utworzonej izbie (Senacie) i 35% miejsc w Sejmie było obsadzone w wyniku wolnej gry wyborczej, ale 65% pochodziło z list PZPR i jej sojuszników. W pewnym uproszczeniu, przypominało to sytuację niewolnika wypuszczonego warunkowo z klatki. Przy okazji zdjęto z jego szyi żelazną obręcz i zastąpiono nieco lżejszym łańcuchem na rękach.

 

Czy nie ma w tych słowach przesady? Zapewne, nie. Bo nie wolno zapominać, iż Ministerstwo Obrony Narodowej i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (wojsko, milicja i ZOMO) pozostawało całkowicie w rękach architektów stanu wojennego, tzn. gen. F. Siwickiego i gen. Cz. Kiszczaka. A prezydentem został wybrany ich były szef z wojska - gen. W. Jaruzelski - będący jedynym zgłoszonym kandydatem na to stanowisko. Nie bez znaczenia musi pozostawać jeszcze inny fakt. Podczas wyborów w urzędach spraw wewnętrznych uaktualniano instrukcje i listy osób przeznaczonych do internowania (chodziło głównie o działaczy Solidarności i członków różnych grup opozycyjnych) w przypadku wprowadzenia stanu wojennego w kraju. Ponadto po wyborach, wiceminister spraw wewnętrznych gen. H. Dankowski, zażądał teczek osób wybranych do parlamentu, które były tajnymi

współpracownikami Służby Bezpieczeństwa. Można się jedynie domyślać dlaczego.

 

Jeśli nawet strona Solidarnościowa odniosła zwycięstwo o charakterze moralno-psychologicznym, uzyskując zdecydowane poparcie ze strony społeczeństwa, to był to jedynie etap, jeden z wielu elementów dłuższego procesu wybijaniu się Polaków na niepodległość. Należy więc go dostrzegać obok innych faktów, jak późniejsze powołanie rządu Mazowieckiego (24 sierpnia 1989 r.) czy dokonanie takich zmian w konstytucji ( 29 grudzień 1989 r.), które formalnie zakończyły istnienie PRL.

 

Jest rzeczą oczywistą, iż wybory czerwcowe miały znaczenie dla upadku komunizmu i narodzin III Rzeczpospolitej, ale tego wydarzenia nie należy mitologizować. I nie powinno się tworzyć legendy powalenia komunizmu na kolana w jednym dniu, ani mitu ostatecznego zwycięstwa. Dlatego błędem jest nie tylko mówienie o wolnych wyborach, ale i znaczną przesadą jest okrzykiwanie 4 czerwca dniem odzyskania wolności lub rocznicą upadku komunizmu. Na żądania śmiałków, domagających się ustanowienia święta, zareagował podobno żelazny smok pod jamą wawelską. Zaczął się krztusić i parsknął śmiechem.

 

Czy faktycznie 4 czerwca mamy powody do radości? Do pewnego stopnia - tak. Bo zmęczone i apatyczne społeczeństwo złapało oddech i nabrało nadziei. Ale jest też i druga strona medalu ze swoimi odcieniami, najczęściej przemilczanymi. Bezpośrednio po wyborach okazało się, iż „drużyna Lecha” nie tylko była nieprzygotowana do wykorzystania ogromnego potencjału poparcia społecznego, ale również dokonała jego częściowego zmarnowania. I to uczyniono na własne życzenie, wbrew oczekiwaniom i pragnieniom znacznej części polskiego społeczeństwa, które faktycznie miało dosyć komunizmu. W ten sposób zrodził się żal, gorycz i trwałe podziały z powodu niewykorzystanej szansy.

 

Takich uczuć nie doznają jednak panowie z byłej PZPR. Do swoich kalendarzy mogą śmiało wprowadzić ten dzień jako wielkie święto i odkorkować szampana. Bo to w wyniku tych wyborów następowało masowe uwłaszczenie i bogacenie nomenklatury. Na przykład, niektóre komitety wyborcze PZPR różnych szczebli, zaczęły tworzyć własne przedsiębiorstwa pod zarządem wypróbowanych i godnych zaufania towarzyszy. Część wysokich funkcjonariuszy władzy i bezpieki oraz służb specjalnych wchodziła do zarządów spółek z kapitałem zagranicznym, a członkowie ich rodzin stawali się bez przeszkód właścicielami uprzywilejowanych udziałów w niektórych towarzystwach ubezpieczeniowych. Poprzez naprędce tworzone spółki pośredniczące zaczął się ogromny przepływ pieniądza z państwowej kasy na rachunki prywatnych firm powoływanych pod patronatem towarzyszy.

 

4 czerwca 2009 r. powody do świętowania przy jamie ze smokiem wawelskim mógł mieć również D. Tusk i jego koledzy partyjni. Ale w stronę Wawelu nie spoglądały „doły” zgromadzone na barwnej manifestacji w Katowicach, ani byli stoczniowcy z kolebki Solidarności. Dla nich podarunkiem od „góry” jest miejsce w kolejce do biur zatrudnienia.