Dzwonienie ogonem na mszę

 

Emil Mastej

 

Stać na barykadach antyreligijnych, powiewając sztandarem z wyhaftowanym zaklęciem: „religia opium dla ludu”, wydaje się dzisiaj niemodne. Budzi niesmaczek, nawet wśród zwolenników walki z „zabobonem,  klerem i konserwatyzmem”. A dziarskie wymachiwanie cepem walczącego ateizmu uznano za mało estetyczne i nieefektywne. Oczywiście pominąć tutaj należy hałaśliwe środowiska, które nadal uprawiają nieśmiertelny w ich oczach „naukowy socjalizm”, tak często odznaczający się „krzepą leninowską”. Ale tytułów  pism i osób z tym folklorem związanych nie warto nawet wymieniać.

 

Tubą elit, uprawiających „miękkie metody” antyreligijne i antykościelne jest „Gazeta Wyborcza”, wspierana solidarnie przez niektórych dziennikarzy z „Polityki” i „Wprost”.

Pisząc o religii najczęściej powołują się na osoby związane z Kościołem. Cytują  ich wypowiedzi, a po odpowiedniej obróbce, poślizgach znaczeniowych i myślowych, opatrują właściwym komentarzem. Jednocześnie podpowiadają oraz sugerują jedynie słuszne, i odpowiadające duchowi czasu, rozwiązanie. Przykładowo  redaktor Jan Turnau, z „Gazety Wyborczej”, na swoim blogu, pisze: Język religijny młodzieży to podstawowe pytanie katechizacyjne. Tematykę tę twórczo ciągnie od jakiegoś czasu miesięcznik dominikański „W drodze”. Była tam rozmowa z księdzem Wiesławem Przyczyną, przytoczyłem tu jego opinię, że we własnych wypowiedziach młodzi mogą nazywać Jezusa nawet i okropnym słowem „zajebisty”.

 

Już z tego fragmentu przebija ogromna troska piszącego o ludzi młodych, a zwłaszcza metody ewangelizacji. Budzi podziw bezinteresowne zaangażowanie i gorliwość autora. Oczywiście, nazywanie Chrystusa, nawet przez młodych, przytoczonym przymiotnikiem na „z” nie wywołuje u niego żadnej reakcji; przechodzi nad tym do porządku dziennego. Zdumiewa to szczególnie, bo uznawany jest za specjalistę w dziedzinie religii. Powinien zatem wiedzieć, że Chrystus, w szeroko rozumianym chrześcijaństwie jest pojmowany nie tylko jako człowiek, ale i Bóg. A więc należna Mu jest bezwzględna i najwyższa cześć oraz szacunek w słowie i czynie. Ten drobiazg uchodzi uwadze autora blogu.

 

 Dalej redaktor Turnau pisze: W numerze wrześniowym mamy z kolei rozmowę z Beatą Lasotą, która wraz z grupą przyjaciół i młodzieży przełożyła Ewangelię według świętego Jana na młodzieżowy slang. Także „Ojcze nasz” i ta modlitwa brzmi następująco: 
„No i zagadał do nich: a jak się modlicie, to nawijajcie tak:
nasz Tato, co jesteś tam w niebie,
niech Twoje Imię będzie na maksa uwielbione
,

 

Zaoszczędzę Czytelnikowi dalszych części przekładu. Przyjmując sposób rozumowania autora  blogu i jemu podobnych, dzieląc ich sympatie i troskę o losy Kościoła, należałoby natychmiast przetłumaczyć Ewangelię na język prostytutek, kryminalistów, sadystów, chorych psychicznie, żołnierzy, polityków,  profesorów różnej specjalności, uczonych teologów i .... Czyli stworzyć ogromną ilość tłumaczeń w obrębie każdego z języków, aby wszystkim skutecznie głosić Ewangelię. Najlepiej więc byłoby powołać jakąś speckomisję do przeprowadzenia tego zadania. W jej skład powinni wchodzić przedstawiciele z każdego państwa Unii Europejskiej, reprezentanci wszystkie środowisk, zawodów i orientacji seksualnych. Czy nie brzmi to nowocześnie, ciekawie i interesująco ?

 

W ramach innego blogu możemy napotkać następującą złotą myśl dziennikarza „Gazety Wyborczej”, adresowaną do inteligenta polskiego: Na przykład w Polsce, gdzie różnica między Radiem Maryja a kilkoma miesięcznikami katolickimi („Więzią”, ,,Znakiem”, „W drodze”, „Listem”, „Przeglądem Powszechnym”) i „Tygodnikiem Powszechnym” jest oczywista. I można zapytać, czy jest jakieś obiektywne kryterium oceny, po której stronie jest duchowo głębiej?  Cóż, Piłat też pytał podobnie, i to samego Chrystusa: „czym jest prawda ?” Jeśli ktoś rzetelnie czytał Ewangelię, niezależnie od tego czy jest wierzącym, czy nie,  to zna odpowiedź na takie pytania. 

 

W innym miejscu redaktor Turnau dzieli się z czytelnikiem swoją wiedzą: Są bowiem w katolicyzmie dwa filozoficzne nurty: egzystencjalistyczny i racjonalistyczny. Kołakowskiemu bliżsi byli Augustyn i Pascal, którzy Boga szukali w religijnym przeżyciu, niż Tomasz z Akwinu, który zasłynął z pięciu rozumowych argumentów, że On jest. Choć też niedawno Kołakowski powiedział mi, że jednak Augustynowa „massa damnata" to teoria okropna.

Puenta: myśl katolicka na szczęście rozmaita jest, nie na jedno szyta kopyto. Mnie owego pluralizmu przydałoby się jeszcze więcej: bo te dwa nurty to właśnie filozofia, przydałaby się większa swoboda w teologii, etyce...

 

Nie miejsce tutaj dyskutować o „nurtach”, ale i również nie warto wchodzić w dyskusję, czy poglądy Leszka Kołakowskiego mają być wiążące lub powinny stanowić drogowskaz dla katolików i Kościoła. Zwracam jednak uwagę na inny fakt, będący właściwie istotą sprawy. Chodzi o niewinnie brzmiący postulat-hasło: „większa swoboda w teologii, etyce...”. Do jakich praktycznych konsekwencji ono prowadziło i prowadzi, powinien redakcyjny kolega A. Michnika dobrze wiedzieć i mieć śmiałość o tym napisać.

 

Dzisiejsi „reformatorzy” i nowinkarze pragną radykalnej zmiany języka teologii i etyki. Biegnąc za „duchem czasu”, dostają zadyszki i żądają bliżej nie sprecyzowanych swobód w rozważaniach teologicznych, a zwłaszcza tych dotyczących moralności. Najchętniej ogłosiliby referendum, w sprawie istnienia Boga i ważności dziesięciu przykazań. Bo jak sądzą, w wieku XXI, jedynie słuszną metodą jest „demokratyczne” rozstrzyganie wszystkich problemów.

 

Szanownym paniom i panom „reformatorom”, i to nie tylko Kościoła, religii czy moralności, chodzi zasadniczo o wprowadzenie zamieszania i wywołanie zamętu. A potem już idzie im łatwo, bo jak mówi stare porzekadło: „w odmęcie ryby najlepiej się łowią”.