Andrzejowi…..

 

…….. przecież to co powyżej, to zaledwie skrócony wycinek olbrzymiego życiorysu, przecież jest jeszcze tyle do dodania…

że urodził się 13 maja 1963 r….. że od dziecka mieszkał w Krakowie….. że ukończył technikum geologiczne następnie historię na Wydziale Filo-zoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, działając w struktu-rach podziemnych związanych z "Solidarnością"….. że w 2002 r. został absolwentem studiów podyplomowych z dziedziny z obronności państwa na Wydziale Strategiczno Obronnym Akademii Obrony Narodowej w War-szawie….. że po 1989 r. działał w Zwierzynieckim Komitecie Obywatels-kim NSZZ "Solidarność" w Krakowie….. że był radnym dzielnicy Zwierzy-niec z ramienia KO, a od 1 września1990 r. pracownikiem Urzędu Woje-wódzkiego w tym mieście..… że pośmiertnie otrzymał Krzyż Wielki Orde­ru Odrodzenia Polski….. pośmiertnie………..

ciągle jeszcze mam chwile myśli, że to jakiś absurdalny sen, że to nie-możliwe to co zdarzyło się pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku.…..

 

Ta sobota była dla mnie pracująca, jedna z kilku w roku. Będąc sam na swoim wydziale, z zamiarem zniwelowania otaczającej ciszy włączyłem telewizję. To była CNN… na pasku dolnym przesuwała się informacja w języku angielskim o rozbiciu się samolotu Prezydenta Polski. Stałem ska-mieniały… nie, to niemożliwe, mój  angielski jest słaby, więc nie rozu- miem co piszą… zacząłem szukać stacji niemieckojęzycznej – znalaz-łem – ARD. I znowu przesuwający się tekst  informujący o katastrofie polskiego samolotu Prezydenta Kaczyńskiego i o tym, że szczegółowe

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Winterthur, w czasie odsłonięcia pomnika grobowego polskich żołnierzy internowanych

 

 informacje za 15 minut w specjalnym wydaniu wiadomości.

 

Jeszcze nie znałem listy pasa­żerów, ale przed oczami miałem postać Andrzeja. W jakimś odruchu szukania od-dechu nacisnąłem numer jego komórki… prawie natychmiast włączyła się automatyczna sekretarka… Połączyłem się z domem mówiąc małżonce o katastrofie. Elżbieta jakby czytała na odległość w moim myślach – może Go nie było – powiedziała cicho – był z Tuskiem trzy dni temu… Ale to przecież Andrzej organizował te obchody, to On przygotowywał wszystko – powtarzałem bez przerwy.

 

Elżbieta miała Polską TV, ja nie, więc przełączyłem na Euronews. Co kilka minut wracała informacja wraz mate-riałem filmowym o rozbiciu samolotu, o tym, że wszyscy zginęli, że Prezydent leciał do Katynia i co się w Katyniu wydarzyło przed 70-ciu laty.

 

 

Z ukochaną małżonką Jolą w Kyburgu

W Internecie pojawiła się lista pasażerów, na początku kilka osób, z czasem powiększała się… Większość, to znajome twarze z Sejmu, z Senatu, kilku poznałem tu w Raperswilu, jak Prezesa  IPN Janusza Kurtykę czy Ministra Tomasza Mertę. W pewnym momencie na liście  zobaczyłem …  Andrzej Przewoźnik… zastygłem… Jak z innego świata dotarł do mnie dźwięk telefonu. To Elżbieta płacząc powtarzała – On tam był ! Andrzej był w sa-molocie ! Widzę Go na liście ! Wiem… to było wszystko co zdo-łałem wypowiedzieć…

 

Nie mogłem wyjść z pracy bo miałem sobotni dyżur. Nie wiem co robiłem, nie wiem jak wróciłem do domu, wiem, że cały weekend jak i następny spędziliśmy z małżonką przed telewizorem. Wielo-krotnie trzymaliśmy z Elżbietą w ręku telefon by zadzwonić do Joli, małżonki Andrzeja i wciąż odkładaliśmy, nie chcieliśmy przed nią płakać, a nie potrafiliśmy powstrzymać łez...

 

Dzisiaj mija dwa tygodnie o tamtych wydarzeń. I całe te dwa ty-godnie nie mogę pogodzić się z myślą, że On tam był… I jest mi źle, potwornie źle, bo odszedł jeden z najwspanialszych ludzi, których poznałem w swoim życiu.

 

Jesteśmy wśród gór Gryzoni, przyjechaliśmy tu wiedząc, że mam do napisania to wspomnienie o Andrzeju, przyjechaliśmy tu z Elą, aby w małym średniowiecznym, cudownym kościółku w Falerze zapalić świecę za Niego i drugą za innych pasażerów lotu 101, choć wiemy, że jeszcze długo nie odzyskamy spokoju…

 

 Jaźń i pamięć – Boga jakże boski podarunek… Poznałem Andrzeja w Vevey. To był niepowtarzalny Dzień Polski z okazji odsłonięcia pomnika Henryka Sienkiewicza.  Bez wątpienia zasługa jednego z najlepszych Ambasadorów jakich mieliśmy w Bernie – JE. p. Janusza Niesyto. Pi­sałem o tym i będę pisał, choć należał do opcji politycznej, którą – delikatnie mówiąc – nie darzę zbytnią sympatią. Ambasador Janusz Niesyto chciał Polonii szwajcarskiej pomagać i to robił. Dla takich postaci miałem i zawsze będę miał szacunek, bez względu na ich notowania na giełdzie politycznej.

 

To właśnie Ambasador Janusz Niesyto zorganizował spotkanie z Sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Mę-czeństwa. A chodziło o pomoc w sfinansowaniu sypiącego się Pomnika grobowego Polskich Żołnierzy internowa-nych w Winterthur. Usiedliśmy w małym pokoju hotelu „Du Lac”. Zbyszek Bem zaczął omawiać problem. Andrzej wtedy jeszcze „Pan Sekretarz” chwilę słuchał, po czym wchodząc Zbyszkowi w głos powiedział – Panowie, pomo-gę wam, ale muszę mieć fotografię starego pomnika, projekt nowego i oczywiście kosztorys. Ja potrzebuje poważ-ne dokumenty. Rozumiem Panie Ministrze – powiedziałem dość spokojnie jak na siebie – że jeśli dostarczymy dokumentację, sprawa będzie poważnie potraktowana? Proszę Pana – usłyszałem głos Andrzeja Przewoźnika – takie sprawy ja zawsze traktuję poważnie…To było nasze pierwsze spotkanie… nie wiem czy trwało z 5 minut.

 

Vevey nas poznało… Z okazji tych uroczystości nasze drogi krzy-żowały się. Wymiana zdań, spostrzeżeń, wymiana myśli… Poz-nałem Andrzeja i już wtedy wiedziałem, że poznałem CZŁOWIE-KA! Nie poznałem tylko, że tego czasu tak mało…

 

To było 25 listopada 2005r. Jedenaście mie­sięcy później, 6 paź-dziernika spełniło się moje marzenie – dzięki Andrzejowi - wypeł-niałem obietnicę złożoną niezastąpionemu Zbyszkowi Pląskows-kiemu – odsłanialiśmy odnowiony Pomnik Grobowy Internowanych w Winterthur.

 

Na odsłonięcie Andrzej przyleciał z Małżonką Jolą. Cieszyliśmy się, że przyjęli nasze zaproszenie i mogliśmy ich gościć w na-szym domu. Dotychczas myśleliśmy z Elżbietą, że nie ma takie-go drugiego kochającego się małżeństwa jak nasze. Myliliśmy się. Może dlatego tak fantastycznie czuliśmy się w ich towarzystwie…

 

Ten czas pozwolił mi lepiej poznać Andrzeja. Człowieka o nie-prawdopodobnej samodyscyplinie, o olbrzymiej wiedzy historycz-nej i umiejętności obchodzenia się z czasem, którego – jakby czuł, że Mu go może zabraknąć. A przy tym miał w sobie ogrom

 

 ciepła, łagodności i zrozumienia dla zjawisk nas otaczających, czasem z odcieniem ironii.

 

Nie mam wątpliwości, iż nikt inny nie byłby wstanie w trudnych rozmowach z władzami, ukraińskimi, rosyjskimi czy białoruskimi – szczególnie gdy stosunki na szczeblach władzy nie należały do najlepszych – zrobić tak wiele w przywróceniu blasku polskim grobom i cmentarzom – nie tylko tym znanym jak Katyń czy Lwów, ale częstokroć za-pomnianym i zaniedbanym. To właśnie dzięki Andrzejowi Przewoźnikowi polegli polscy żołnierze, czy to na wzgó-rzach Bliskiego Wschodu czy przestrzeni Kazachstanu godnie spoczywają.

 

Spotykaliśmy się jeszcze parokrotnie w Warszawie. Chcieliśmy z Elżbietą pokazać Joli i Andrzejowi piękne góry Gryzoni, bajkowe lustra jej jezior i cudowne przełomy Renu… Z trudem dociera do nas świadomość, że On już nas nie odwiedzi…. Wierzymy, że zrobi to Jola ze swoimi córkami…. 

 Jolu! Pamiętaj, że zawsze w Szwajcarii masz przyjaciół….

 

Andrzeju ! Podążyłeś do ogrodu naszego Boga – jak mój Ojciec. Ale ja wiem, że nie odszedłeś ale jesteś i pozo-staniesz przy swoich najbliższych… Być może dzięki Twojej śmierci – tak jak to miało miejsce  w moim przypadku, z Twoich ukochanych córek wydobędzie się to co nigdy nie byłoby w stanie się wydobyć…..  choć cena wyjątkowo bolesna….

 

W jednej z naszych rozmów powiedziałeś, że wiesz, iż będziesz żył krótko, ale za to intensywnie. I tak żyłeś. Inten-sywnie,,, tylko, że za krótko.

 

Żegnaj Andrzeju!!!

                                                                                              Elżbieta i Tadeusz Kilarscy