Mój Prezydent

 

To był mój Prezydent.

W naiwności, pragnąłem, aby po 1989 r., najwyższy urząd w państwie, sprawował człowiek o wysokich walorach moralnych i intelektualnych. Spełniło się to dopiero w 2005 r., kiedy Lech Kaczyński został prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Nigdy nie oczekiwałem, aby ktokolwiek myślał tak, jak ja. Oczekiwałem jedynie szacunku dla Jego osoby i urzędu, chociaż wiedziałem, że dla wielu jest to archaiczne podejście do sprawy.

 

Jego życiorys splata się z datami-symbolami w dziejach najnow-szych kraju. Wychowany w rodzinie patriotycznej, mama w cza-sie II wojny światowej była sanitariuszką w Szarych Szeregach, a tato był żołnierzem Armii Krajowej i uczestnikiem Powstania Warszawskiego w pułku „Baszta. Razem ze bratem – Jarosła-wem - bierze udział w protestach studenckich w 1968 r. Będąc

magistrem prawa na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego (1971 r.), po robotniczych pro-testach z 1976r. włącza się w działalność KOR-u, Wolnych Związków Zawodowych, a w 1980 r. uczestniczy w strajku na Wybrzeżu. Następnie tworzy NSZZ „Solidarność” i należy do ścisłego grona doradców. W tym samym roku broni doktorat z prawa pracy.

 

W stanie wojennym został internowany, a po zwolnieniu działa w podziemnych strukturach. Był członkiem Tym-czasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ "Solidarność”. Już w wolnej Polsce uzyskuje habilitację i zostaje I wice-przewodniczącym NSZZ „Solidarność” (1990 r.). W roku następnym pełnił funkcję ministra stanu ds. bezpieczeńs-twa w Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy, nadzorował prace Biura Bezpieczeństwa Narodowego (1991 r.), a następnie był prezesem NIK-u (1992-1995). W latach 1996-1997 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego, a od 1999 r. jest profesorem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Kiedy w 2000 r. został ministrem sprawiedliwości, zyskuje sobie ogromny szacunek i uznanie wśród obywateli, walcząc konsekwentnie z przestępczością. Wygrywa w wyborach na prezydenta stolicy w 2002 r, a trzy lata później obej-muje najwyższy urząd w państwie.

 

Uważał, że w polityce zagranicznej należy kierować się polską racją stanu. Jako suwerenne państwo posiadamy niezbywalne prawo do kształtowania polityki europejskiej, bez jakichkolwiek kompleksów, czy poczucia niższości. Nie chciał, abyśmy potulnie podporządkowywali się arbitralnym decyzjom lub presji innych krajów. Polska, w Jego oczach, miała być podmiotem współtworzącym i kształtującym Europę. Mieliśmy być równymi wśród równych, dzieląc różne obowiązki, ale mając takie same prawa jak inne narody. Dla Niego, polityka zagraniczna nie polegała na schlebianiu czy przypodobywaniu się innym, ale na dialogu i rozumnych negocjacjach, w których mamy być traktowani po partnersku. Ten typ myślenia i postawa polskiego Prezydenta nie dla wszystkich była czymś oczywi-stym i do końca zrozumiałym. Budziła więc rozczarowanie i dezaprobatę niektórych polityków Wschodu i Zachodu. Z tego powodu Lech Kaczyński nie mógł być również ulubieńcem tamtejszych środków masowego przekazu.

 

Konsekwentnie dążył do zbudowania jak najlepszych relacji z najbliższymi sąsiadami: Litwą, Łotwą, Ukrainą, Czechami oraz stworzenia politycznych sojuszów, z takimi krajami jak Gruzja, Kazachstan, Azerbejdżan. Zabiegał o uniezależnie-nie energetyczne Polski. Był orędownikiem wzmocnienia i modernizacji naszej armii oraz stworzenie takiego modelu służby zdrowia, który zapewni dostęp każdemu obywatelowi do leczenia i opieki medycznej. Jego marzeniem był pańs-two silne wewnętrznie, solidarne i szanowane w świecie.

 

Ale czy wszyscy i szczerze życzą sobie takiej Polski? 

 

To był mój Prezydent. W starożytnej Grecji, wybitny myśli-ciel Platon, proponował, aby państwem rządzili filozofowie, czyli ludzie mądrzy i szlachetni. Dla mnie takim człowiekiem

był Lech Kaczyński. Łączył, jak nikt inny z Jego poprzedni-

ków, uprawianie realistycznej polityki z wartościami moralnymi, na których osadzona jest nasza cywilizacja i kultu-ra. By-ło to naturalne nawiązanie do ideałów i postulatów polskiego Sierpnia 1980 r. oraz zrodzonego wówczas du-cha Solidarności, którą współtworzył i na zawsze pozostał jej wierny.

 

Imponował mi Jego wysiłek w przywracaniu pamięci historycznej, dbałość o prawdę, a nade wszystko poczucie głębokiej odpowiedzialności wobec pokoleń, które walczyły, cierpiały i umierały marząc o wolnej i niepodległej Oj-czyźnie. Spłacał dług zaciągnięty przez nas wszystkich wobec żołnierzy Armii Krajowej, zamordowanych w Twe-rze, Pietichatkach, Katyniu. Nie zapominał Sybiraków, Żołnierzy Wyklętych, represjonowanych i więzionych działa-czy opozycji czasów PRL i działaczy Solidarności. Wydobywał ich heroiczne czyny z mroków planowego zapom-nienia, stawiając za wzór cnót obywatelskich i ludzkich. Zdawał sobie sprawę z faktu, że samą przeszłością żaden naród nie może i nie potrafi żyć. Ale był dogłębnie przekonany, iż: „Kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości” (Józef Piłsudski).

 

To był mój Prezydent. Od samego początku pełnienia tego urzędu większość mediów, przy wydatnym udziale wielu polityków, rozpoczęła nagonkę skierowaną przeciwko Jego osobie i działaniu. Wyszydzano wszystko co robił, oś-mieszano i drwiono. Systematycznie, z pedantyczną konsekwencją zaszczuwano Głowę Państwa. Deprecjonowa-no urząd i osobę Prezydenta w oparciu o manipulacje, insynuacje i kłamstwa. Preparowano Jego wizerunek, ogłu-piając społeczeństwo. Zagubiono całkowicie wszelkie proporcje w prawie do słusznej i uzasadnionej krytyki oraz satyry politycznej. Po roku 1989, było to jedno z najbardziej perfidnych i obrzydliwych zjawisk w życiu społecznym i politycznym kraju. Wszystko to musiało dotkliwie boleć nie tylko Pan Prezydenta, ale boleśnie ranić najbliższe Jemu osoby.

 

W obliczu niewypowiedzianej tragedii narodowej, niedawni ini-cjatorzy i uczestnicy akcji nienawiści, nagle zmieniają ton i na-stawienie. Czy to tylko kolejna próba aby „popłynąć na fali pow-szechnej żałoby”? A może powoli odzyskują poczucie przyz-woitość? Zaczęli bowiem sobie samym zadawać pytanie, czy może nie byli zbyt brutalni w krytyce Lecha Kaczyńskiego. Nie-którzy proszą wręcz o przebaczenie, inni obiecują przejrzeć swoje wypowiedzi o Nim i dokonać rachunku sumienia. Dopie-ro teraz przechodzą im przez gardło słowa, że był człowiekiem prawym, rozumnym, wielkim patriotą i życzliwy ludziom. Stacje telewizyjne, które do niedawna specjalizowały się w systema-tycznym rzucaniu obelg i opluwaniu Prezydenta, dzisiaj Go opłakują.

 

Czy to obłuda, czy kolejna gra pozorów lub wyrafinowany ko-niunkturalizm? A może wynik totalnego zaskoczenia spowo-

dowany reakcją na Jego śmierć. Pogardzanemu do niedawna, oddają nagle hołd najwięksi tego świata. W kraju nieskończone tłumy oczekują godzinami na uklęknięcie lub pokorne schylenie czoła przed trumną Prezydenta i Jego Małżonki. A sam pogrzeb przeradza się w ogromną, spontaniczną manifestację szacunku i wdzięczności.

 

Jedynie przyszłość potrafi zweryfikować wartość zachowań i słów, które padają. Pomimo niepokojących sygnałów, chcę wierzyć, że wszelkie zapewnienia i deklaracje, wypowiadane po tragedii pod Smoleńskiem, są autentyczne i prawdziwe. Że mogą być początkiem radykalnej i trwałej zmiany stylu i języka prowadzenia dyskusji politycznych w kraju. I mogą rozpocząć uzdrawianie polskiego dziennikarstwa. Przecież nawet bezwzględny i okrutny Szaweł nawrócił się i został nowym człowiekiem.

 

Niewątpliwie coś jest złego w naszych, polskich duszach. Jakieś ślady czarnych demonów. A może nawet piętno samego szatana? Nie nauczyliśmy się mądrze różnić, to znaczy konsekwentnie i spokojnie używać racjonalnych argumentów, zachowując bezwzględne poszanowanie dla drugiej osoby i jej poglądów. Dyskusja merytoryczna o konkretnych programach gospodarczych, społecznych i politycznych jest nam prawie obca. Lubujemy się w próż-nych rozważaniach i wyżywamy najczęściej atakując osoby. Rozkoszujemy się chocholim tańcem. Pomimo wielu tragedii w przeszłości tak mało się nauczyliśmy. Brakuje nam ciągle rozumu i wrażliwości sumienia, aby ujrzeć konsekwencje naszych podłych i beztroskich czynów. Polskie „ega” są zbyt pyszne i wybujałe, aby przyznać innym racje. Prawie obce jest dla nas pokorne wnikanie w obiektywne argumenty, konsekwentne i odpowiedzialne myśle-nie, przechodzące w solidarne działanie dla dobra wspólnego. Przecież tak postępują wszystkie cywilizowane społeczeństwa i narody świata.

 

Nie umiemy dyskutować o sprawach trudnych, natomiast umiemy się niszczyć. Zbyt często w debatach publicznych brak nam roz-wagi, spokoju i szacunku dla rozmówcy. Jeśli mamy różne poglą-dy (i to dobrze!) na te same sprawy, istnieje duże prawdopodo-bieństwo, iż  staniemy się dla siebie zaciekłymi wrogami. I wtedy nie szczędzimy innym jadu, nie przebieramy w środkach, zaczy-namy toczyć pianę nienawiści. Triumfuje ślepy instynkt, a radość sprawia nam osaczanie i zadawanie bólu oraz totalne niszczenie odmiennie myślących. Góruje zacietrzewienie i chęć odwetu, na-wet za cenę wysługiwania się obcym, i ku ich uciesze oraz pożyt-kowi. Wtedy czujemy się mądrzejsi, lepsi, oczekujemy na aproba-tę i poklask grona kolesiów i popleczników. Trawi nas i gubi ciągła niezgoda, nieuznawanie i obsesyjne podważanie autorytetów. W pogardzie dla nich potrafimy osiągać mistrzostwo. Tak postępu-jemy wszędzie, w kraju i na emigracji, stając się zgorszeniem dla wielu.

 

Najchętniej Polak pragnie być „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem; goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu”. Bo tylko wte-dy, wydaje mu się, że jest wolnym. Ten fałszywy pogląd propagują w wielu wypadkach polskie media i skwapliwie przyjmują lewico-

wo-liberalni politycy. Nawet, kiedy wielokrotnie, i z uporem uderzamy „o szmat głazu”, a w swej nikczemności idzie-my w niebyt, jak „bańka pryskamy”, trudno nam uznać, a jeszcze trudniej przezwyciężać nasze słabości i wady narodowe.

 

Dopiero w majestacie śmierci – doświadczeniu granicznym - następuje otrzeźwienie. Wtedy na krótko ośmielamy się spojrzeć w lustro. Zdejmujemy nawet maski. Przerażające odbicie wywołuje wówczas częściowe opamiętanie, skruchę i łzy. Czy będzie to trwała zmiana?

 

To był mój Prezydent. Żył i pracował dla Polski. Wierny wartościom, za które poniosły śmierć polskie elity, mordo-wane precyzyjnym strzałem w tył głowy, na „nieludzkiej ziemi”. Miejsce tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego jest świadectwem wierności narodowej tradycji, służby Bogu i Ojczyźnie. A prawdziwe umiłowanie wartości żąda zaw-sze ofiary. Pozostanie dla nas tajemnicą, dlaczego tak chce BÓG.

 

                                                                                                                       Emil Mastej