Czy święta cierpliwość może się wyczerpać ?

 

 

Emil Mastej

 

W ubiegłym roku odbyły się wybory samorządowe. Ich wyniki są znane i być może ciekawe, ale bardziej interesujące są „zjawiska” z nimi związane. Rzucają światło na kondycję naszego  społeczeństwa i ich reprezentantów, niezależnie od opcji politycznej. Widać wyraźniej jakim osobom powierzamy władzę w gminach, powiatach i województwach.

 

Otóż natychmiast, po głoszeniu wyników wyborów, rozpoczęła się fala przedziwnych chorób i oczywiście długotrwałych zwolnień lekarskich. Osoby, które straciły swoje stołeczki i niezłe dochody, nagle powaliły poważne dolegliwości. Nastąpiło coś w rodzaju epidemii powyborczej, spowodowanej niezidentyfikowanym, groźnym wirusem. Atakuje skutecznie „nieudaczników”, którzy w porę nie upatrzyli sobie posadek do lądowania awaryjnego, w razie niepowodzenia w wyborach. Albo mało przewidujących, i „pewniaków”, zbyt optymistycznie oceniających swoje szanse na powtórny wybór. 

Rys. Tadeusz Krotos

 

 

Rzućmy okiem na zdrowych i nowo wybranych. Oni nie tylko z dumą wyprostowują plecy, odświeżają garderobę, zmieniają fryzury i perfumy, ale zaczynają energicznie przystępować do rządów w swoich grajdołkach i metropoliach. Oznacza to, iż  nastaje czas na odreagowanie urazów i kompleksów. Ma miejsce generalne sprzątanie. Lecą szybko głowy zwolenników i sympatyków poprzedniej władzy oraz ich ludzi. Dokonuje się redukcji kadr, wymiany na kluczowych stanowiskach w urzędach i różnych instytucjach, czyli jak to się fachowo określa, „następują zmiany strukturalne i racjonalizacja działalności administracji państwowej, celem jej sprawniejszego funkcjonowania”. Oczywiście, w trosce o dobro państwa i szarego obywatela . W rzeczywistości chęć odwetu i mściwość bierze górę; często wyrzuca się osoby kompetentne i z dużym doświadczeniem, proponuje się im podrzędne funkcje, zastępując kolesiem z własnej partii lub koalicjantem. Na stanowisko trafia, „mierny, ale wierny”, po prostu, „nasz”  - jak za najlepszych czasów PRL-u. To swoista recepta wybrańców ludu, na budowę sprawnej i stabilnej administracji oraz silnego państwa. 

 

Ale to jedynie skromny początek działalności zwycięskich partii i osób. Przychodzą następne, posunięcia. Nowo wybrani radni chcąc „podkreślić godność i prestiż urzędu”, w szybkim tempie uchwalają dla siebie podwyżki uposażeń. Argumentacja jest prosta i oczywista. Mówią głośno o ciężarze odpowiedzialności, lub powołują się na fakt, że w sąsiedniej gminie czy podobnym kurniku, ludzie pełniący te same funkcje, mają dużo, dużo więcej. A więc, nie można być gorszym. Czymś naturalnym i prawie automatycznym staje się powyborczy zwyczaj obdarowania podwyżką nowego burmistrza czy prezydenta miasta. I to zupełnie niezależnie od stanu finansów (przeważnie katastrofalnych). 

 

W tych zmaganiach o tanie państwo prym nie tylko wiodą  „samorządowcy”. „Przedstawiciele narodu” też nie zostają w tyle. Europejskość mają we krwi, i chcą ją bezwzględnie potwierdzić. Dlatego w praktyce, z łatwością nawiązują do słów, przypisywanych cesarzowi rzymskiemu Wespazjanowi: „pecunia non olet”. W lutym, tego roku, posłowie i senatorowie doczekali się ponownej podwyżki w tej kadencji parlamentu; skromny dodatek, 500 zł, na pokrycie funkcjonowania swoich biur. Wcześniej, te same osoby, w 2009 r., otrzymały 1000 zł. Widocznie finanse państwa, pod wodzą kompetentnego ministra, muszą być wspaniałe.

 

Jestem przekonany, że kiedy w maju, na ołtarze zostanie wyniesiony Jan Paweł II,  to większość z tych oddanych synów i córek narodu, albo znajdzie się w delegacjach i pielgrzymkach w Rzymie, albo będzie na uroczystościach w kraju. Z namaszczeniem, zaczną wspominać spotkania z Nim, sławiąc Jego osobowość i naukę. Po raz kolejny, podkreślą bezwzględne oddanie i przywiązanie do moralnych wartości Kościoła. (...) Widząc to wszystko, może i nie jeden święty straci cierpliwość do takich ludzi.