Zakładnicy przeszłości

 

Emil Mastej

 

Rąk nigdy nie brudzili; ich miejscem pracy były katedry i instytuty naukowe. Zajmowali się ekonomią polityczną kapitalizmu i socjalizmu, filozofią, teoriami państwa i prawa, historią ... W ten sposób uczestniczyli w kształtowaniu „nowego człowieka” i „budowania realnego socjalizmu”, opierając się na poglądach „nieśmiertelnych klasyków”. Bronili nie tylko prawdziwości „teorii”, wpajając ją sumiennie studentom, jako absolutną prawdę, ale również zaciekle walczyli z poglądami odmiennymi. Tak rozumieli własne powołanie i misję.         

 

Zdawali sobie sprawę, że są władzy potrzebni. Chociaż będąc jej dobrowolnym sojusznikiem, niekiedy, zachowywali się wobec niej kapryśnie. Ale jeśli nawet grymasili, nieśmiało wykazując krnąbrność, to zawsze w stosownym tonie i formie, ważąc dokładnie słowa i czyny. Z charakterystyczną dla siebie wrażliwością i czujnością, odczytywali w mig tolerowane przez chlebodawcę granice. Bo przecież nikt, w sposób „głupi”, nie pragnął zamknąć sobie drogi do wyjazdu na kolejne stypendium zagraniczne, kongres naukowy lub popaść w tarapaty wydawnicze. Byli przecież fachowcami od realizmu. 

                                                                                                                                           

Aż dziw bierze, że po roku 1989, ich opasłe i wysokonakładowe twory, w tajemniczy i szybki sposób, poznikały z księgarń i antykwariatów. Wraz z nimi, wymieciono liczne, wydawane na najlepszym papierze, tłumaczenia dzieł twórców ideologii, która - jak niestrudzenie uczyli - miała niepodzielnie zawładnąć światem. W krótkim czasie dorobek i wysiłek życia wielu nauczycieli akademickich, i podobnych do nich ludzi niebezpiecznie przewrotnych, stał się - co najwyżej - makulaturą, przeznaczoną na przemiał. Niekiedy znalazł miejsce w nieodkurzanych częściach magazynów bibliotek i owinęła go paję­czyna. A obowiązkowe przedmioty nauczania wraz z naukowo brzmiącymi szyldami, poznikały nagle z  drzwi katedr i instytutów szkół wyższych. 

Gdy już było jasne, że „symbioza” z władzą musi się zakończyć, powstało zakłopotanie. Towarzyszyła mu nostalgia za czasem minionym, poczucie oszukania, a nawet niepewność jutra. Ale najbardziej doskwierał nieznośny lęk i obawa, przed ujawnieniem najintymniejszych, i skrzętnie ukrywanych powiązań z instytucją, która wydawała paszporciki i służyła „przewodniej sile”. Z dnia na dzień, znaleźli się w potrzasku, stając się zakładnikami przeszłości. A wygodne i dostatnie życie, zideologizowanych twórców świata pozorów, zaczęło przypominać sytuację karła przyciśniętego szafą.     

 

Jednak do katastrofy nie doszło. Wyczuwając atmosferę okrągłostołową, krzewiciele i piewcy zabobonu marksistowskiego, dokonali przepoczwarzenia. Ze starych szyldów wydrapali nerwowo sztandarowe zaklęcia. W ciągu kilku chwil obwołali siebie samych jedynymi ambasadorami „humanizmu”. Przy każdej okazji odmieniali na wszelkie sposoby słowa: „demokracja” i „feminizm”. Zaczęli podkreślać bezwzględne przywiązanie do „europejskości”. Jednocześnie żądali odideologizowania nauki, kultury i bezwzględnej neutralności światopoglądowej państwa. Szybko zwarli szeregi, zasilili środowiska postkomunistyczne i antyreligijne. Nawiązali nowe kontakty i postawili na nowe gwiazdy polityki i biznesu. Dla części z nich znalazły się miejsca w partiach politycznych, organizacjach naukowych i podmiotach decydujących o rozwoju oraz kształcie szkolnictwa. Inni, jeśli nawet wybrali status niewidzialnych, to patronowali tworzeniu atmosfery systematycznego wyśmiewania „polskiego zaścianka” i piętnowania  wszelkiego„ucisku duchowego”. Z upartością osła wspierali polityków i grupy przekreślające zaglądanie do przeszłości.  

 

Odchodzili w cień, z ironicznym uśmieszkiem. Wiedzieli, że ich wychowankowie, zadomowili się na dobre w nowych strukturach państwa. I tym razem mogli uznać, że egzamin ze zniewolenia społeczeństwa, zdali w wynikiem bardzo dobrym.