Fascynująca biografia

 

Wiesław PIECHOCKI

                                                                                                  

Kto z renomowanych dziennikarzy szwajcarskich może powiedzieć, iż jego rodzimym językiem jest polski? Kto przeprowadził wywiad z Lechem Wałęsą jako zbuntowanym robotnikiem w czerwcu 1981 w Genewie i z tym samym już jako prezydentem RP w Belwederze w maju 1994? Kto dyskutował po dziennikarsku z politykami Izraela i krajów arabskich? Kto urodził się w grudniu 1943 w Zurychu a zaczął chodzić do szkoły podstawowej 1 września 1950 w Gubinie nad Nysą?

 

 Tą osobą jest Frank Plopa, mieszkaniec Sankt Gallen, mąż pianistki Aleksandry Ablewicz, ojciec syna Jana i córki Alexandry. Odpowiedzi na powyższą serię pytań uzyskałem z jego autobiografii, którą przeczytałem jednym tchem. Napisał ją po niemiecku, czyli w języku, w jakim potem rozwinął swoją karierę dziennikarską.

 

Autor książki „In fremden Welten. Erinnerungen eines Journalisten” jest genetycznie pół Polakiem (ojciec był internowanym polskim żołnierzem) i pół Szwajcarem – matka pochodzi

z malutkiej wioski Stierva, położonej wysoko nad Tiefencastel w kantonie gryzońskim. Ojciec matki (czyli dziadek autora) niemal do końca życia nie przebaczył córce, iż wyszła za mąż za Polaka. Lokalny ksiądz wyraźnie wówczas mówił, iż nie należy zbliżać się do dziwnych przybyszy ze wschodniej Europy. Po ślubie z Polakiem panna Luzia Maria Candreia automatycznie utraciła obywatelstwo szwajcarskie.

 

Nie dość na tym. Młody małżonek postanowił wrócić 1947 do zdewastowanej wojną Polski. Nie przerażały go niedostatki i raczkujące rządy komunistów. W Gubinie  energiczny młody człowiek zakłada wraz z ojcem coraz lepiej funkcjonujące przedsiębiorstwo budowlane. Budować zaraz po wojnie to było złote jabłko w PRL. Do czasu. Zaczęto bowiem bezpardonowo upaństwawiać firmy prywatne. Zaczyna dziać się coraz gorzej ludziom „z głową na karku”. Do nich należy ojciec Franka Plopy.

 

Pewnego dnia ojciec znika. W Berlinie Zachodnim, czyli w specyficznej jednostce terytorialnej, utworzonej dzięki murowi wybudowanemu przez ZSRR i NRD, senior Plopa zaczyna współpracę z wywiadem USA, nader aktywnym w tym wschodnim przyczółku Zachodu. Amerykanie przerzucają go do PRL. Ojciec Franka Plopy zostaje aresztowany. Rodzina jest bez ojca i środków do życia. Daleka szwajcarska ojczyzna matki spod Tiefencastel kusi. Matka jeździ wielokrotnie do Warszawy i błaga urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o zezwolenie na wyjazd jej i dwojga dzieci do Szwajcarii. Bezskutecznie.

 

Dopiero w 1956 roku otrzymuje taki dokument dzięki politycznej odwilży. W międzyczasie mały Frank deklamuje w szkole z gorliwym zapałem wiersze ku czci towarzysza Stalina. Teraz jednak wracają do „wolnego świata”. Żegnaj, PRL! Witaj Liechtensteinie! Bo w małej wiosce Balzers w Księstwie, brat matki, wujek jest księdzem i proboszczem. Pomaga samotnej siostrze z dwojgiem dzieci. Młody Frank kończy maturę w Bazylei. Największe trudności ma z niemieckim. Pisać w języku Wilhelma Tella nauczył się w Balzers. Ale matura ma swoje ambitne wysokie wymagania.  No  i najważniejsze w rodzinie: odnalazł się ojciec!

 

Teraz trzeba iść do wojska! To poważny rozdział w życiu młodego Franka. Opisuje on co prawda urocze pointami przygody w różnych koszarach (n.p. w Liestal) swej helweckiej ojczyzny, gotowej zawsze bronić swej suwerenności za każdą cenę.

Młody Frank marzy o podróżach po zakończeniu zasadniczej służby wojskowej. Konkretnie chce poznać Amerykę Południową. Ale po wielu zygzakowatych przygodach (z humorem, ironią i filozoficznym dystansem świetnie opisane w kolejnych rozdziałach) ląduje w...Szwecji. Spędza tu młodzieńcze (lege: erotyczne) wtajemniczenia, prace o dłuższym stażu w Uppsali, doświadczenia dorastania i kierowania samym sobą.

 

Wraca do Szwajcarii (w PRL po Gomułce następuje Gierek...) i po raz pierwszy staje w szranki zawodu dziennikarskiego. Ta inicjacja profesjonalna odbywa się w Genewie. Frank Plopa zostaje początkującym dziennikarzem w Touring Club der Schweiz. A potem rozwija się zawodowo, czyli zmienia pracodawców, miasta i funkcje: „Schweizer Illustrierte” i potem „Blick” w Zurychu, tamże praca dla UPI, czyli „United Press International”. Stamtąd przenosi się do Winterthur, do lokalnej gazety „Landbote” o renomie ponadregionalnej, a stamtąd wreszcie do „Ostschweiz” w Sankt Gallen. W niej pracowałby może do dzisiaj, lecz ona przestała istnieć w noc sylwestrową 1997/1998. Co robić? Czy może istnieć życie „bez redakcyjnego biurka” dla tak aktywnego człowieka, parającego się piórem? Typowo retoryczne pytanie... Tak, Frank Plopa zaangażował się z małżonką w działalność organizacji zwalczającej alkoholizm: „Blaues Kreuz”. W roku 2002 bardzo istotnie przyczynił się do wielkich uroczystości 125-lecia tej jakże potrzebnej organizacji społecznej.

 

A komu zadawał niewygodne pytania? Plopa nie jest grzecznym dziennikarzem, unikającym zadrażnień, konfliktów i owijania w bawełnę. Nie. Po to prowadzi rozmowę, aby dowiedzieć się czegoś nowego, może ukrytego dotąd dla opinii publicznej. Wielu polityków unikało jego pióra, mikrofonu, dyktafonu i dociekliwych pytań. Właśnie: z kim rozmawiał? Lista jest bardzo długa, a oto jej główne postaci: generał Władysław Anders (w Londynie), Sir Bernard Lowell, Stanisław Trepczyński (w Nowym Jorku, ONZ), Kurt Waldheim, prof. B. Geremek, Stefan Piwowar (attaché Ambasady Polski w Bernie po napadzie na jej budynek), minister Moshe Dajan (Jerozolima), wielokrotnie sułtan Omanu, Andrzej Olechowski, autor Roman Koperski (reporter, specjalista od Syberii), Dalai Lama, gen. Wojciech Jaruzelski, Shimon Peres, Friedrich Dürrenmatt. Powtarzam – to parę jedynie nazwisk z olbrzymiego pola doświadczeń skromnego emeryta Franka Plopy, ćmiącego swą nieodłączną fajkę Dunhill...

 

Jako Polakoszwajcar dostrzega Plopa lepiej i głębiej niż inni różnice w mentalności narodowej i temperamentu obu narodów. Przykładowo nie rozumie pogardliwego stosunku Polaków do wszystkiego, co wiąże się z chłopstwem, krowami, życiem na wsi. Każdy, kto zetknął się ze Szwajcarią z kolei, dziwi się, iż jej rdzenni mieszkańcy niemal bałwochwalczo czczą krowy, nie wstydząc się pochodzenia ze wsi! Krowa to wszak żywicielka rodzin od wieków! Chwała jej osiąga niemal kaliber religijnego kultu w Indiach dla przysłowiowych „świętych krów”. A Polakom krowa kojarzy się ciągle z brudem, smrodem i słabym wykształceniem intelektualnym rolników... Plopa miał zaraz po wojnie specyficzne doświadczenia w Gubinie. Potem wracał do PRL, choćby z sentymentu i powiązań rodzinnych. Mało kto ma tak skomplikowany życiorys!

 

Ma on wiele dramatycznych zakrętów, skomplikowanych meandrów, niebywale plastycznie opisanych zdarzeń o skali prywatnej (jak się żyje na lotniskowcu), rodzinnej (jak się poznaje przyszłą żonę)  lub światowej (jak się stawia pytania prezydentom). Na przykład dokładnie można się dowiedzieć z niej jak historyczny i rewolucyjny, a w treści tajny (sic!) referat Nikity Chruszczowa na posiedzeniu komunistycznego Zjazdu Partii ZSRR na Kremlu  w 1956 roku ujrzał (via Warszawa!) światło dzienne, czyli jak Zachód zapoznał się z tym sławnym tekstem!  Warto sięgnąć po tę książkę: www.amazon.de a ISBN = 978-3-86991-131-1. Autor, Frank Plopa, może być dumny z niebywale potoczystego i kwiecistego języka, pełnego subtelnych a zarazem adekwatnych zwrotów.