|
Kat na salonach. Dlaczego?
Emil Mastej
Mija
30 lat od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. W tym okresie osoba
ponosząca największą odpowiedzialność za jego przygotowanie i
przeprowadzenie, nie traciła czasu na systematyczne zacierania śladów
nikczemności i zbrodni systemu, który współtworzyła i uparcie broniła.
Jednocześnie w licznych publikacjach i wystąpieniach starała się
stan wojenny usprawiedliwić, uwiarygodnić i przekonać do swoich
racji. Podkreślała przy tym konieczność i zbawienne skutki swej
decyzji. Stworzyła teorię „mniejszego zła”, przywoływała groźbę
interwencji radzieckiej, presję towarzyszy z Moskwy, wymalowała obraz
totalnego wyniszczenia i załamania gospodarki z powodu strajków
politycznych. Miał nas czekać jedynie głód i chłód, a nawet zagłada
biologiczna narodu, w okresie zimy roku 1981 i 1982. Nieustannie mówiła
o nieobliczalności i prowokacyjnej postawie Związku, burzącego pokój
społeczny i ład międzynarodowy. Porównywała jego działania do
zabawy z ogniem, w pobliżu cystern. Przeglądając
listę „argumentów” byłego I sekretarz KC PZPR, premiera i szefa
WRON, nie można oprzeć się przekonaniu, że jest to właściwie
misternie ułożony hymn pochwalny, ku czci samego siebie i formacji do
której należał. Nasuwa się również inny wniosek: Polacy mają być
wdzięczni za uratowanie społeczeństwa od całkowitej zguby. Tym samym
powinniśmy uznać, że to „solidarnościowa ekstrema”
i
ogłupiałe społeczeństwo samo sobie jest winne. To ono, przez brak
odpowiedzialności, nieuzasadnione aspiracje i dążenia wolnościowe,
spowodowało nieuchronne wprowadzenie stanu wojennego. Wniosek z
wypowiedzi twórcy labiryntu pozorów, który pełnił wszystkie możliwe
funkcje w państwie i partii (z wyjątkiem króla i prymasa), jest taki:
winę za gwałt ponosi sama ofiara. I to ją należy ukarać. Wpisuje się
on doskonale w logikę deklaracji Cyrankiewicza, złożoną po rewolcie
w Poznaniu: „Każdy prowokator
czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy
ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie
w interesie klasy robotniczej...”(29
VI
1956 r.). Dlatego
napaść na „Solidarność” w grudniową noc 1981 r. nie powinna
dziwić. Dla renegatów - czymś naturalnym i uzasadnionym - były
brutalne pacyfikacje fabryk oraz zakładów pracy, internowania, kary więzienia,
znęcanie się nad pozbawionymi wolności czy masakra niewinnych ludzi („prowokatorów
i szaleńców”). To była próbka wybranych metod tresury, w
ramach ujarzmiania materii. Stosowano
jednak bardziej wyrafinowane sposoby postępowania w obrębie ducha. Było
nim umiejętne dozowanie lęku i nieustanna obróbka propagandowa. Wywołując
lęk i niepewność dokonuje się paraliżu woli zwykłego człowieka. Lęk
nakłada takie kajdany, które nie pozwalają obywatelowi i społeczeństwu
zmieniać teraźniejszość i budować przyszłość. Wtedy rodzi się
beznadzieja, poczucie niemocy, a nawet klęski. Rwą się i zanikają
naturalne więzi międzyosobowe, więdnie ludzka solidarność. A wówczas
łatwiej manipulować, rządzić i rozkazywać.
Brutalne
metody nie były działaniami samymi w sobie. One służyły konkretnym
celom. Tym pierwszym było zgniecenie i zabicie „Solidarności” („odrąbanie
ręki”), czyli nośnika najniebezpieczniejszych idei zagrażających
władzy oraz całemu systemowi. Chciano za wszelką cenę wymazać z
historii Polski pieśń o ludzkiej nadziei i godności, której Związek
był twórcą i wykonawcą. Drugim
celem-motywem była obrona ustroju, narzuconego Polakom po drugiej
wojnie światowej, siłą sowieckich bagnetów, przy praktycznej zgodzie
państw zachodnich. Zaprzedańcom Moskwy chodziło o podtrzymanie przy
życiu jednej z największych, zbrodniczych utopii w dziejach świata. A
w równym stopniu chodziło również o ratowanie własnej skóry,
zachowanie stanowisk i życia wygodnego, na miarę tamtych czasów i
okoliczności. Był
również trzeci cel, organicznie związany z pierwszym i drugim. Polacy
mieli na zawsze żyć w przeświadczeniu, że komuniści „władzy
raz zdobytej nie oddadzą nigdy” (wypowiedź Gomułki z 18 VI 1945
r.). I tego dogmatu, nikt nie miał prawa podważyć, ani kwestionować;
w zamyśle władz należało nim żyć i oddychać. Społeczeństwo miało
sobie wybić z głowy jakiekolwiek marzenia o wolności i normalnym życiu.
Mieliśmy pozostać niewolnikami. Stan
wojenny był zalegalizowaniem metod przemocy i gwałtu. Po raz kolejny
pokazano, że polityka - w wydaniu komunistycznym - polega na stosowaniu
wszelkich metod, a więc paraliżującego strachu, groźby i użycia
bezwzględnej przemocy. Dlatego stała się dla wielu z nas synonimem
szamba, moralnego bagna, gdzie jedynie cynicy i silniejsi, utrzymują władzę
w brudnych, a niekiedy splamionych krwią rękach. A
jakie skojarzenia może mieć z polityką zwykły człowiek, żyjący
dzisiaj w Polsce? Co sądzi, gdy widzi, jak były agent Informacji
Wojskowej, ściśle współpracującej z NKWD, dławiciel narodowej
wolności, oraz architekt i wykonawca zbrodniczego stanu wojennego,
zapraszany jest osobiście, przez prezydenta Komorowskiego, na uroczystość
wręczenia mu insygniów Orderu Orła Białego
i Orderu Odrodzenia Polski? I gdy w charakterze doradcy zapraszany jest
również na
posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego? A
co myślą i czują ofiary komunistycznego terroru i bestialstwa po
drugiej wojnie światowej, rodziny zamordowanych, zadręczanych i prześladowanych
w stanie wojennym? Kto w takiej atmosferze zapragnie uczestniczyć w życiu
społecznym czy politycznym kraju? Nic
więc dziwnego, że pomimo upływu 30 lat od wprowadzenia stanu
wojennego w Polsce daje się zauważyć wyraźne zniechęcenie, marazm i
brak obywatelskiego zaangażowania. A bardzo wiele uczciwych i mądrych
osób zachowuje liczne podejrzenia, dystans i nawet głęboką niechęć
wobec polityki oraz polityków. Wolą stać na uboczu, dbając jedynie o
siebie. To tylko jeden z gorzkich i gnijących owoców stanu wojennego
oraz porozumień, których symbolem stała się Magdalenka.
|