Magik… gdy Nieśmiertelni odchodzą ku Boga krainie…

 

(Ś.P. Jerzy Bartnik ps. Magik - 25 stycznia 1930 - 13 grudnia 2011)

 

Jurku! To nie tak miało być… przecież nie tak umawialiśmy się w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej… przecież mieliśmy się spotkać jeszcze po tej stronie Styksu… 

Ale ja wiem, pospieszyłeś do krainy Boga, bo uznałeś, że ci, których tu zostawiasz już sobie bez Ciebie poradzą, a Ci, których utraciłeś w naszej przestrzeni – ukochani Rodzice, a przede wszystkim najukochańsza siostra Maria Teresa - zbyt długo tęsknią za Tobą… Ja to rozumiem, bo wiem, bo wiedziałem jak piekącą i nigdy nie zagojoną raną były w Tobie te wojenne śmierci. Ja to rozumiem, tylko ta przeklęta dla mojego narodu data 13 grudnia, tylko ten nagły poranny telefon Twojej Ewy i  jej zapłakany głos - „Tadziu, Jurek nie żyje”… i to nagłe potworne poczucie utraty jakże mi bliskiego Człowieka…

 

Pamiętasz Magika – mój tekst o Tobie z roku 1990?. Wyjąt-  kowo go sobie cenię, uważając go za jeden z najlepszych, które wyszły spod mojego pióra, a które opublikowałem w naszej Naszej Gazetce. Chciałem  z Twojego życiorysu, z życiorysu, który sam w sobie jest gotowym scenariuszem na niesamowitą 

Kraków sierpien 2011  fot. F.Naglicki

opowieść filmową – wyciągnąć samą esencję, skroić do  wymiarów polonijnego czasopisma, bo w innym wypadku, powinienem po prostu drukować w odcinkach książkę Marii Wiśniewskiej – Magik i Lalka

Wiem, że lubiłeś ten tekst, może dlatego, że tak na prawdę to Ty go napisałeś…. moją ręką. To Ty go tworzyłeś podczas tych naszych przegadanych zugowskich nocy, wielogodzinnych Twoich wspomnień, gdy zabierałeś mnie w lasy Świętokrzyskie, czy na barykady Powstańczej Warszawy. Nigdy tych podroży w czasie nie zapomniałem i nie zapomnę. Twoja Ewa – jakby czuła, jakby wiedziała, że powstaje przyjaźń dwojga ludzi, z dwóch pokoleń, których fascynacją jest historia. Twoja Ewa – która traktowała mnie jak swojego brata, wiedziała, że Ty chcesz wyrzucić z siebie, a ja chcę wysłuchać. Dawała nam czas i za to Jej wielkie dzięki.

 

Po raz kolejny C Z A S  mnie pokonał. Wierzyłem, że zdążę, że zdążymy jeszcze przesiedzieć parę nocy by dopisać kolejny etap, jakże bogatego Twojego życiorysu. Nie zdążyliśmy... Dla mnie… kolejna lekcja pokory otrzymana od Boga…..  A jednak nie post scriptum napiszę, ale nasze rozdziału dokończenie…

 

 Jerzy z małżonką Ewą           fot. F.Naglicki

Przeszedłeś na emeryturę i wróciłeś z rodziną do Polski. Wróciłeś fizycznie, bo psychicznie – jak my obaj - nigdy Jej nie opuściłeś. To jest ten stan, który obaj rozumieliśmy bez słów, a  który tak wielu – nawet nam bliskich – nie rozumie…Rzuciłeś się w rytm działalności społecznej, pełnym sobą, świadomy celów, bezkompromisowy, gotowy bronić – jak zawsze – swoich wartości nadrzędnych.

 

Tylko naiwni, wszelkiej maści tzw. działacze partyjni i politykierzy mogli się łudzić, że gdy wejdziesz w działalność kombatancką – już Cię mają, już jesteś ich… Gdyby zadzwonili do mnie, powiedziałbym im, żeby się nie łudzili, żeby zostawili mrzonki, iż kiedykolwiek uformują Twój kręgosłup według ich schematu, bo to niemożliwe.

Nie zadzwonili. Wiec musiało dojść do sytuacji z Łazienek, którą środki medial­ne  pożytkowały dla siebie - nie z punktu widzenia uczciwości i przyzwoitości, a flag partyjnych. Co się wydarzyło owego 1997 roku?

Ludzie dawnej władzy podporządkowanej kiedyś ZSRR chcieli Cię uszczęśliwić awansem. Wywoływali imiennie… nie musiałeś długo czekać. Wystąpiłeś i swoim donośnym głosem oznajmiłeś, że nie przyjmujesz awansu od ludzi, którzy pułkownika Kuklińskiego uznali za zdrajcę, gdy dla Ciebie – Jerzego Bartnika – jest on bohaterem. Pisano o ciszy, o konsternacji, o szoku… A przecież wystarczyło zajrzeć do Twojego życiorysu… Magik… żołnierz Ponurego… powstaniec Warszawy… najmłodszy Kawaler Orderu Virtuti Militari…Ty byleś tylko sobą… Czy musze pisać, ze byłem dumny?!!!

 

 Nie śledziłem wizyty Prezydenta Obamy tego roku w Polsce... Włączyłem polską TV. I pierwsze co zobaczyłem… to jak Jerzy Bartnik potrząsa  dłonią Prezydenta USA, dyskutując z nim w języku angielskim…  

 

Próbuję pozbierać się… nie byłem gotów na Twoją podróż na tamten brzeg… Nasza ostatnia rozmowa… byleś zafascynowany „moim” Krakowem, opowiadałeś, że Inez i Feliks stworzyli Ci pobyt, którego nigdy nie zapomnisz, że dzięki nim poznałeś to miasto i pokochałeś, że spędziłeś w nim cudowne chwile…

Kiedy nadchodziły moje urodziny bądź imieniny, mogłem się zawsze spodziewać, że  minutę po północy bądź dość wcześnie rano, zadzwoni telefon i usłyszę głos Ewy z życzeniami, a potem – a teraz Jurek… I to sakramental­ne – Tadeusz – jak się zawsze do mnie zwracałeś. To ostatnie właśnie los mi odebrał. I jest mi koszmarnie źle, bardzo źle…

 

Ale Ty wiesz, że dopóki nie powędruję na to nasze poletko Pana Boga, Ty i Twoja historia są i pozostaną integralną częścią mojej codzienności. Że nadal jesteśmy razem… 

 

Kraków sierpień 2011    fot. F.Naglicki

Powinienem wrócić do Słowackiego, Norwida, do Tiutczewa, Lechonia, do Hesse.. Dlaczego tego nie robię? Przecież nie dlatego, że nie rozumiem… Żegnaj Przyjacielu !

                                                                                                                           Tadeusz M. Kilarski