Ś.P. Krystyna Kilarska

18.04.1926 – 31.05.2012

Z żałobnej karty

 

Matko moja…Spoglądam na Twoje zdjęcie… i dwie daty. I nie umiem pogodzić się z obecnością tej daty drugiej. Jest w niej coś z nieu-błaganego przeznaczenia, jakiś niewidoczny ciężar przygniatający myśli poruszające się w chocholim obłędzie. Jest jakiś krzyk przeszywający zwoje mózgu i… to potworne poczucie bezsilności…

 

Zaledwie dzień wcześniej cieszyliśmy się z Elżbietą z narodzin trzeciej wnuczki, by następnego poranka usłyszeć zapłakany głos siostry i porażające słowa – Tadeusz, Mama nie żyje…..

 

Potrzebuję czasu…nie aby zrozumieć, nie aby uświadomić sobie nie-odwracalność tego co się stało – bo to rozumiem, jestem świadom ale aby nauczyć się żyć z tym zrozumieniem, z tą świadomością… na razie tego nie umiem, nie potrafię, nie chcę… Potrzebuje czasu… ale ten czas jakby zatrzymał się, jakby zawisł w jakiejś nieokreślonej prze-strzeni. Utraciłem jego poczucie…

  Po raz kolejny sięgam po list, który otrzymałem mailem…

 

Drogi Panie Tadeuszu

 

Jestem wdzięczna Panu za wiadomość o odejściu Pana Mamusi do „Domu Ojca”. Ufam, że w Jego ramionach będzie szczęśliwa i odnajdzie pełnię radości ją tylko Bóg może dać.

 

Mamusia Pana była kobietą wielkiej szlachetności, dobroci i przyjaźni do wszystkich, których Bóg postawił na jej drodze. Bóg ją wyposażył i obdarował wielkimi Darami Swej Miłości, a Ona umiała z tymi Darami współpra-cować. Jej modlitwy, prace i całe życie były pięknym darem dla Boga, dobro, jakie z Niej emanowało było pełne ciepła i życzliwości. Pracą, którą wykonywała, czyniła wiele dobra dla Kościoła, przybliżając dusze ludzkie do Boga.

 

Cieszę się, że mogłam osobiście poznać Panią Krystynę i skorzystać z jej serca pełnego życzliwości i hoj-ności. Ufam, że Jezus stokrotnie wynagrodzi każdy gest jej mi­łości ofiarowany bliźniemu i wprowadzi jej dusze do najpiękniejszych komnat, gdzie On Sam przebywa.

 

Drogi Panie Tadeuszu moje wyrazy współczucia i całej Naszej Wspólnoty Zakonnej wyrażamy w modlitwie za Ś.P. Krystynę. Zwyczajem naszego Klasztoru jest 1 raz w miesiącu modlitwa brewiarzowa i Msza Święta za naszych dobroczyńców - zarówno żywych jak i zmarłych, do których będzie włączona śp. Krystyna, Pana Mamusia. Jutro tj. 1 czerwca 2012, o godz. 8 w naszej Kaplicy będzie odprawiona Msza Św. za naszych do-broczyńców, z której będzie mogła już skorzystać Ś.P. Krystyna.

 

Ślemy serdeczne pozdrowienia wraz z modlitwą.

 

                                       Siostry Karmelitanki bose z Gdyni - S. M. Józefa od Dz. Jezus k.b.

Tak, jestem pewien, że Jezus wprowadził Twoją duszę do najpiękniejszych komnat swojego Królestwa…A przecież jakże trudno zmieniać słowa modlitwy… jakże ciężko dodać ten nowy – szczególnie ten - znicz, do tych już zapalonych…

 

Encyklopedia Jasła… Przesuwam oczy, po Twojej biografii, po liniach dobrze mi znanych, a jednak tak inaczej odczuwalnych… od niedawna…Czy potrzeba było Twojej śmierci, aby uświadomić sobie jak wiele w tej notatce biograficznej brakuje, jak wiele jakże istotnych elementów Twojej codzienności, ani ta, ani żadna inna biografia nie odda i to nie dlatego, że autor nie poznał, nie chciał, czy nie umiał odtworzyć, ale dlatego, że nie sposób odtworzyć Twojego tragicznego i zharowanego życiorysu. Jak oddać bowiem spowite mrokiem i zasypane śniegiem wiejskie drogi Podkarpacia, które pokonywałaś jako młoda wdowa, zmarznięta i wyczerpana by nauczać kobiety wiejskie kroju i szycia? Jak oddać horror tysięcy dni i nocy do trzeciej nad ranem spędzonych przy maszynie do szycia? Dźwięk syren karetek odwożących Cię do szpitala, gdy przemęczony organizm buntował się? Jak oddać miłość i bezgraniczne poświęcenie dla nas – Twoich dzieci?

 

Oddałaś nam całą siebie, nie żądając nic w zamian. Zrezygnowałaś z prawa do swojego szczęścia, by nam wynagrodzić zbyt wczesną śmierć Ojca, a my chyba zbyt lekko i szybko przyjęliśmy to za rzecz oczywistą, jakby nam się rzeczywiście to wszystko należało… A potem każde z nas poszło w swoją stronę… Pozostałaś sama… Kiedyś to najbardziej kunktatorskie stwierdzenie, że takie jest życie i kolej losu poprawiało własne samopoczucie…już od dawna mi nie poprawia…i już nie poprawi…

 

Cisza małej kaplicy przerywana oddechami szlochu Inez… I nasz milczący dialog… Wiem, że jesteś w tej przestrzeni to czuję…i czuję w sobie niezrozumiały dla mnie spokój. Wdzierające się promienie dnia padając na urnę tworzą mozaikę witraży. I one nie są czarne, nie są tylko czarne… jak te z naszego ostatniego pobytu u Ciebie, gdy byłaś tak bardzo chora. Znów widzę Twoją uśmiechniętą i uszczęśliwioną twarz… gdy gościliśmy Cię w naszym domu, spacerująca po wyspie Mainau, na stoku w Graechen, widzę Cię stojącą w drzwiach do naszego ogródka i gdy stąpasz po nim w poświacie księżycowej pełni… dziesiątki krótkich ujęć przewija się w ponadczasowym tempie, są wypełnione Tobą i radością Twoich oczu i takie już po­zostaną – na zawsze!

 

Czas na drogę do kościoła… na Twoją ostatnią drogę do wieczności… Końcami palców głaszczę urnę… nie jest zimna, nie ma w niej zimna śmierci…

 

Ileż ludzi przyszło Cię pożegnać… Twoi przyjaciele, których Bóg jeszcze nie powołał, ich rodziny, moi przyja-ciele, którzy przyszli tu – nie dla mnie – ale dla Ciebie i to nie tylko z Jasła i okolic, ale i Krakowa i jakże odle-głej Uppsali. Uczestniczę w Mszy św. ale jakby tylko częścią jaźni, jakby tam w ławie siedziała jedynie moja otoka, a ja z odległości - tą drugą jaźnią wraz z Tobą – moja Matko – spoglądamy z niedowierzaniem na to-czącą się uroczystość. Ciszę kościoła wypełnia jakże dobrze znany nam głos, który jest także nieprawdopo­dobnym elementem witrażu wymieszania rzeczywistości i niedowierzenia. Już wiem, że jest, już wiem, że Emil przybył ze Szwecji, aby oddać Tobie cześć, bo cenił Cię i szanował, tak jak Ty zawsze ceniłaś jego oso-bowość i moją z nim przyjaźń. Powracam w siebie, spoglądam na Przyjaciela wypowiadającego spokojnym, wolnym głosem mowę pożegnalną… w tym czasie… i tej przestrzeni… Tego nie zapomni się już nigdy…

 

Kończy się Msza św.  I przemieszczenie się na cmentarz… Nie widzę żadnych twarzy, czuję tylko dłoń Elż-biety na moim przedramieniu. Jesteśmy oboje przy Tobie – Mamo… i Ty jesteś przy nas i już przy nas pozostaniesz…

Dłoń wyciągnięta zawisła w przestrzeni

Ludzka bezsilność w zderzeniu z losem

Fatum mówiące nieludzkim głosem,

Że już nie zdołasz niczego zmienić –

Więc znowu Stwórcy stawiasz pytanie –

Dlaczego cierpi – Miłosierny Panie!!!

 

Chwytasz okruchy bieżących minut

Chcesz je zachować na wieczność całą

Choć wiesz, że przecież to wciąż za mało

By móc zagłuszyć – żegnaj mój synu

Więc dławisz łkanie i łzy ogniste –

Błagając ciszą – pomóż nam Chryste!!!

 

Jeszcze Ją widzisz w pełni jasności

Choć wiesz, za chwilę cień zgasi oko

Choć wiesz, że boleć będzie głęboko

Świadom poczucia Jej samotności.

Więc by oszczędzać chwil upokorzeń -

Bądź przy Niej Stwórco! I chroń Ją Boże!!!

 

To już ostatnie - Mamo moja – nasze pożegnanie. Po raz ostatni dotykam urny, chcąc w tym dotyku je zacho-wać. Dławię w sobie emocję coraz większym wysiłkiem. Patrzę na Elżbietę podchodzącą do urny. Jakże dziękuję Bogu, że jest przy mnie. To w dużej mierze małżonce zawdzięczam, że tak lubiłaś być z nami, i mogłem cieszyć się promieniami Twojej uśmiechniętej twarzy, widzieć Cię szczęśliwą… To właśnie ona stwa­rzała atmosferę, w której tak dobrze się czułaś…    

 

Czasu kres odmierzania…Patrzę bezsilnie, jak urna zanurza się w otchłani grobowca i już nie mam siły za-trzymać ani swoich ani Elżbiety łez… i już przestają pomagać słowa Hermana Hesse, że Bóg nie zsyła nam rozpaczy aby nas zabić, lecz by nowe pobudzić w nas życie. Ja właśnie pożegnałem Twoje życie - moja Matko………….

 

Podchodzą do nas obecni, coś mówią, żegnają się i opuszczają cmentarz. Ja nic nie słyszę, widzę tylko Twoje imię wyryte na tablicy granitowej pod imieniem Ojca i nie potrafię z tym się po­godzić. 

 

Żegnaj Mamo… Bóg zabierając mi Ojca, podarował mi Ciebie - najwspanialszą Matkę, na którą być może nie zasłużyłem, ale którą kochałem zawsze i która miłością we mnie pozostanie….

 

Wolno podążam do świata żywych, wypalony, pokiereszowany ranami pożegnań jakby już bez prawa do modlitwy. Jeszcze nie wiem - Mamo, że kiedy wyjeżdżając, po raz ostatni wejdę do kuchni Twojego mieszkania w kalendarzu tygodnia, który się zatrzymał pozostawisz mi przesłanie…Nie płacz, że coś się skończyło. Ciesz się, że dane było Ci to przeżyć…. Dziękuję Mamo… 

 

                                                                                                    Tadeusz