|
|
Bożysław Kurowski (1911 –
2006) Prawnik,
jako oficer uczestnik walk nad Bzurą i obrony Warszawy w 1939 r. Przez
ponad pięć lat więzień obozów koncentracyjnych (Stutthof,
Sachsenhausen i Mauthausen-Gusen). W ramach akcji Szwedzkiego Czerwonego
Krzyża przybył do Szwecji w 1945 r. i osiadł na stałe w Lund. Współpracował
z Rządem Londyńskim, jako delegat tamtejszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych
na kraje skandynawskie. Od roku 1954 był mężem zaufania oraz członkiem
Komitetu Politycznego Stronnictwa Narodowego. W roku 1967 wchodził w skład
delegacji polskiej na Światowy Kongres Apostolstwa Świeckich w Rzymie;
był założycielem i prezesem Fundacji Jana Pawła II przy Polskiej
Misji Katolickiej w południowej Szwecji. Redaktor
dwutygodnika Znak (1946 –
1950) oraz biuletynu Na posterunku
(1983 – 1991), publikował w prasie emigracyjnej, był również tłumaczem
literatury religijnej. Przez całe życie na
emigracji wspierał słowem i ofiarami wiele akcji
charytatywnych, prowadzonych przez Caritas i Kongres Polaków. W roku
2000 awansowany do stopnia kapitana Wojska Polskiego. Odznaczony Krzyżem
Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1992), oraz Orderem św.
Sylwestra (1998 ), będącym najwyższym odznaczeniem kościelnym dla
osoby cywilnej. |
|
|
|
Z
Chrystusem w obozie koncentracyjnym (Med
Kristus i koncentrationslägret) Bożysław
Kurowski Więźniowie
w obozach koncentracyjnych należeli do różnych ras, narodowości,
wyznań i mieli różne pochodzenie społeczne. Byli tam nie tylko –
jakby się mogło wydawać – antynaziści, patrioci, ludzie dobrzy i
prawi, ale również element aspołeczny, kryminaliści różnego
rodzaju o wynaturzonych instynktach. Obok zbrodniarza, bestii w ludzkim
ciele, mogło się znajdować stworzenie święte, które z miłości do
Boga stawało się bohaterem cierpienia i ofiary. Można by powiedzieć,
że więźniowie obozów stanowili przekrój warstw społecznych całego
świata, z tą jednak różnicą, iż osoby które w normalnych
warunkach izoluje się w klinikach psychiatrycznych i więzieniach,
posiadały tam władzę nad ludźmi normalnymi i uczciwymi.
W
taki sposób, świat w obozie był zamknięty niczym w probówce: na jej
dnie zbrodnia i grzech, moralna nędza, tak potworna, że nie potrafimy
jej sobie wyobrazić; nad nią warstwa szara, przeciętna masa ze
wszystkimi złudzeniami, konfliktami i codziennymi słabościami zwykłego
człowieka; a na samej górze cienka warstwa, gdzie świadczono o
moralności, heroiźmie woli i męczeństwa, niemającego odpowiednika w
dziejach ludzkości. W
obozie wszystkie ludzkie składniki życia, zarówno zło jak i dobro,
nienawiść i miłość, wyraźnie kontrastowały ze sobą. Ukazywał
się tam człowiek obnażony z mistyczności i całej obłudy, a w
swojej nagości bardziej prawdziwy w uczynkach zarówno dobrych jak i złych.
A Bóg objawiał się tam potężniejszy, jak nigdy dotąd. Albowiem im
bardziej okropne były nasze przeżycia, tym bardziej ujawniało się
Jego miłosierdzie.
Z
punktu widzenia religijnego, można było dokonać podziału rzeczywistości
obozowej na wierzących i niewierzących. Były tam osoby podobne do łotra
na krzyżu, niewyrażającego skruchy, nierozumiejącego niczego, żyjące
z dnia na dzień, i cierpiące bez celu i sensu. Znajdowali się tam również
więźniowie, którzy w okresie całego wcześniejszego życia, byli
praktykującymi chrześcijanami, nawet podczas walk o niepodległość,
ale którzy po aresztowaniu utracili swoją wiarę i duchowo wyjałowieli.
Życie w obozie koncentracyjnym wydawało się im zmarnowane i bezwartościowe.
Nie widzieli dłużej żadnego sensu bytowania, i rozumowali w taki oto
sposób: „Jeśli istnieje Bóg
– dlaczego zatem pozwala, na to wszystko?” Tym, co dawało im
siłę do dalszego życia, była przede wszystkim miłość do rodziny,
małżonki i dzieci; czasami jednak nienawiść i nadzieja na zwycięstwo
i odwet.
Z
drugiej strony spotykało się również osoby, które po raz pierwszy w
życiu znalazły Boga w obozie koncentracyjnym, lub dopiero tam
potajemnie przyjęły chrzest. I w końcu były osoby, które właśnie
w obozie umocniły się w swej wierze, i które zrozumiały – często
po ciężkiej walce wewnętrznej – że Bóg poprowadził ich na inne i
trudniejsze pola walki: by zabiegały o zwycięstwo nad własną duszą
i duchem świata przez modlitwę, ofiarę i pokutę. Zrozumieli oni, że
wspierają bój toczący się poza elektrycznymi drutami obozu, kiedy dobrowolnie
i z miłości do Boga, znosili bezgraniczne katusze. Oczywiście,
jawne życie religijne nie miało miejsca w obozie koncentracyjnym, nie
było kaplicy, Mszy św., chrztu, pogrzebów, chociaż było tam wielu
księży pozbawionych wolności. Jednak przywieziono ich tam nie po
to, aby prowadzili pracę duszpasterską, ale na męczeństwo.
Wszystkie zewnętrzne oznaki kultu religijnego w obozie były karane z
największą surowością, nie tylko przez SS – manów, ale również
przez kryminalistów i element aspołeczny, sprawujący władzę nad
innymi więźniami, i który zazwyczaj, szczególnie w pierwszych latach
wojny, był narzędziem w rękach nazistów dokonującym ludobójstwa.
Przypominam
sobie, jak pewnego razu w Sachsenhausen, wiosną 1940 r., podczas
przeszukań wykryto różaniec. Rozkazano wówczas wystąpić z szeregu
jednemu księdzu. Wobec SS – manów i więźniów, otrzymał rozkaz
przedstawienia, czym jest właściwie różaniec. Kiedy wyjaśnił, że
jest modlitwą, w której pięć razy odmawia się Ojcze
nasz i dziesięć razy Zdrowaś
Mario, był uderzony raz pałką za Ojcze
nasz, i dziesięć razy za każde Zdrowaś
Mario. Nieprzytomny osunął się na ziemię. Polewano go wiadrami
zimnej wody, dopóki nie odzyskał przytomności, a następnie rozkazano
mu pocałować leżący w błocie krzyżyk różańca. Ciągle oblewano
wodą i chłostano pałką. Na koniec zmuszono go do podeptania krzyżyka,
po czym posypały się na niego ponownie uderzenia. Zmarł trzy dni później. W
takich przypadkach, wierzący reagowali wewnętrznym modlitewnym wołaniem:
„O Boże, nie wystawiaj mnie na
taką próbę, a jeśli, to ześlij mi przynajmniej siłę, abym ją
wytrzymał! Daj moc, abym nigdy nie uległ zwątpieniu, abym zniósł
wszystko, nigdy się nie załamał, i nie oparł się Twojej woli...” Ta
okrutna rzeczywistość stawiała pod znakiem zapytania podstawowe pojęcia
dotyczące wartości życia, i dlatego problemy egzystencjalne oraz
poszukiwanie poglądu na życie, narzucało się z większą siłą niż
kiedykolwiek wcześniej. Zastanawiano się często, jaki jest cel życia.
Czy tak wielu młodych ludzi, po to otrzymało swe życie na ziemi, aby
stać się ofiarami starannie zorganizowanego barbarzyństwa? Jaki sens
miało niesamowite cierpienie, któremu poddano ojców, matki i dzieci?
A jeśli chodzi o starców – czy nie mogli dostąpić spokojnej śmierci
z powodu niedomagań związanych z wiekiem, zamiast być likwidowani w
tak bestialski sposób?
Pewnego
dnia, 1941 roku, w obozie Mauthausen-Gusen, rozeszła się, budzące
grozę pogłoska, mówiąca o tym, że nie ma wystarczającej ilości
jedzenia dla wszystkich w obozie; było za dużo o 2000 więźniów.
Postanowiono więc utworzyć, tzw. specjalne „Bloki inwalidów” (
„Invalidenblock”). Zaledwie dobę później, po apelu, SS – mani
wybrali osoby słabe, chore i ranne. Gdy okazało się, że nie
zebrano 2000 ofiar, brakującą resztę dobrano spośród zdrowych. Następnie
zapędzono ich do baraków dla inwalidów. Nie musieli pracować, ale
otrzymywali ogromnie zmniejszone porcje żywności. Ponieważ w roku
1941 nie było w Gusen komory gazowej, mordowano ludzi w sposób
bardziej niż brutalny. Właśnie w tym czasie budowano łaźnię w
obozie. Gotowa była cementowa posadzka, odprowadzenie ścieków i rury,
dla około 50 pryszniców. Nie było jednak dachu, ani ścian. Każdego
wieczoru prowadzono tam część więźniów przemienionych w żywe
trupy. Z trudem trzymali się na nogach, nie mieli już siły krzyczeć.
Potem kąpano ich długo w lodowatej wodzie. Następnie SS – mani
spuszczali na nich rasowe psy (należące do grupy psów gończych –
przypis tłumacza), a „die Blockältesten” zabijało wielu pałkami.
Widziałem to z bliska, na własne oczy. Prawie
nigdzie indziej, słowa Tomasza z Aquino, Deificatio
status – bestficiato hominis (Ubóstwienie państwa prowadzi do zezwierzęcenia
ludzi), nie znalazły tak okrutnego potwierdzenie, jak w
nazistowskich Niemczech. Ale
obok tego szalejącego zła mogliśmy również dostrzec wiele znaków
dobra. Każda szlachetna myśl, każde życzliwe słowo, najmniejszy
dobry uczynek, szczególnie ze strony naszych prześladowców rozjaśniał
mękę całego dnia. Tak
było, na przykład w 1941 r., kiedy widzieliśmy żołnierza SS, który
przez kilka dni, z wyraźnym współczuciem, po kryjomu wciskał do ręki
kawałki chleba, wygłodzonemu więźniowi, pracującemu koło niego.
Jednocześnie mruczał, że całe zło mające tutaj miejsce, musi
sprowadzi nieszczęście na Trzecią Rzeszę.
Zdarzało
się również, każdego razu, gdy szliśmy do pracy poza obozem, że
spotykaliśmy mieszkańców austriackiej wsi, a oni pozdrawiali nas słowami:
„Grüss Gott!” Nawiasem mówiąc, stosunek umundurowanych Austriaków
do nas był pozbawiony zupełnie nienawiści, w odróżnieniu od
pozostałych strażników, przedstawiających nas wobec otaczającego świata,
jako zbrodniarzy. Podczas wywózki w Salzburga, spotkałem się osobiście
z wzruszającymi oznakami dobroci ze strony strażników austriackich. Może
ktoś zarzucić, że te przebłyski dobroci miały charakter sporadyczny
i małoznaczący, były niedostrzegalne przez szerokie rzesze, i nie
miały właściwie znaczenia, jako element przeciwwagi wobec potężnego
morza zła. Niech i tak będzie. Ale w tym zakresie w jakim występowały,
uczyły nas czegoś ważnego. Dowodziły, że istnieje pewnego typu porządek
rzeczy, niezależny od imperium nienawiści. Były przykładem, że te
same osoby, w różnych sytuacjach, mogą działać w sposób dobry lub
zły; pokazywały, iż zło nie należy do Stworzenia, ale powstaje
przez nadużywanie wolnej woli człowieka. W
duszach naszych budziły się zupełnie nowe, poprzednio nieodczuwalne
wartości życia; wiele przykładów duchowej mocy, moralnej siły i
woli poświęcenia, ratowało naszą wiarę w człowieka i umacniało w
postanowieniu, aby się nie poddawać, ale walczyć o przeżycie
wszystkich.
Tak
więc, pomimo ciągle pogarszającego się naszego stanu fizycznego,
mogliśmy coraz wyraźniej zauważyć, jak tajemniczo jest skomplikowana
struktura wszechświata, i jak niepojęta, dla nas istot stworzonych,
pozostaje tajemnica bytu. I
chociaż wiele z tego, co się działo było niezrozumiałe dla naszych
ludzkich, ograniczonych możliwości poznawczych, to jednak potrafiliśmy
wyczuć, że podobnie jak ból i śmierć, występujące w przyrodzie,
poprzez odnawianie i odmładzanie wszelkiego życia służy dobru, i
podobnie jak nawet grzech może mu w jakimś stopniu służyć, tak również
nasze cierpienia, widziane z wyższej perspektywy, mogą służyć
pewnym dobrym celom i mają swój sens.
Chrześcijańska
nauka wiary i religijne wychowanie, które wynieśliśmy z domu na całe
dalsze życie, stanowiło tutaj dla wielu z nas dużą pomoc. A pokorna,
ale mocna wiara w niezbadane drogi Opatrzności Bożej, dawała nam wewnętrzny
spokój, powodując, iż mogliśmy znieść więcej, niż było by to możliwe
bez naszej chrześcijańskiej wiary. Wiedzieliśmy,
że cierpienie akceptowane z miłości do Boga i z oddaniem Jemu ofiarowane,
nie może być bezwartościowe, ponieważ Bóg jest dobry, sprawiedliwy
i wszechmocny. Bóg jest miłością! Pocieszaliśmy
się świadomością, że Bóg tak kieruje światem, iż ostatecznie
nawet zło musi służyć Jego świętym zamiarom. Doświadczyliśmy,
że wiara wymaga od nas abyśmy żyli jednocześnie na dwóch płaszczyznach,
doczesnej i nadprzyrodzonej, i że prawdziwy chrześcijanin powinien dążyć
do naśladowania swojego Mistrza, być drugim Chrystusem – Christianus
alter Christus – i świadczyć o Jego Mistycznym Ciele. W życiu
poprzedzającym obóz mogło to tylko może stanowić pobożną myślą
od święta, ale tutaj, ten fundamentalny nakaz chrześcijański,
ukazywał się, jako konkretne, codzienne zadanie, tak, jako wzniosłe
powołanie. Jasno zdawaliśmy sobie sprawę, że również i w Gusen, w
tym obozie uważanym za jednym z miejsc przeklętych przez Boga i ludzi,
zachowują ważność słowa: „Niech będzie wola Twoja”, i że
przez nas więźniów, także i tam, powinno urzeczywistniać się Królestwo
Boże. Ale
ten cel można było osiągnąć tylko wówczas, gdyby Bóg wyszedł nam
naprzeciw, wlał w nas Swoje światło, i pozwolił działać Swej sile.
„Boże, ześlij wpierw dla mnie,
Twej łaski gwieździście błyszczący ratunek, bo jestem marnym człowiekiem”,
modlił się poeta obozowy.
Dlatego
wielu więźniów, mimo wszystko, z pełną ufnością kierowało swój
wzrok ku niebu i modliło się w dzień i noc. Modliliśmy się
nieustannie: aby słabość ustąpiła sile moralnej w naszej codziennej
walce, aby gorzka rozpacz pierzchła i wszystko zostało przezwyciężone
według woli Boga, aby nadzieja chrześcijańska pozostała w nas, i abyśmy
potrafili dzielić się nią z naszymi braćmi, aby miłość do Boga
– twórcza i pełna poświęcenia – płonęła w nas, i tak wzmacniała
wolę, aby nasze cierpienie mogło być zadośćuczynieniem za nasze własne,
i katów naszych grzechy. Modliliśmy
się – o świcie, przed pracą, podczas apeli i w ciągu pracy - aby
ludzie nigdy nie cierpieli takich mąk jak my, i nie doznali takiej nędzy.
Modliliśmy się o wolność dla nas i ojczyzny, o światło dla oświecenia
wroga, i o nadejście Królestwa Bożego na ziemi. I cała przyroda
– każdego dnia urozmaicone wschody i zachody słońca, kiedy to jarzyło
się ponad szczytami gór – harmonizowała z naszą płomienną
modlitwą, objawiając wszechmoc Boga i naszą ogromną małość. W
obozie wzrastała i dojrzewała nasza wiara, nie tylko poprzez
cierpienie i modlitwę, ale również przez czynną miłość do bliźnich.
W cieniu krematoryjnych posępnych, mdlących dymów, w obliczu stosów
trupów, byliśmy przekonani, że człowiek dla człowieka musi być
bratem. Prawie każdy więzień, który przeżył obozy, mógłby
wymienić przynajmniej jednego lub kilku kolegów, którzy uratowali mu
życie przez zwykłe gesty solidarności – jakąś ciepłą odzież,
dzieląc się resztkami jedzenia, lepsze komando pracy – jednocześnie,
jak jemu samemu było dane wspomóc innego więźnia. Miłość
do Boga ukazywała się zarówno w małych sprawach jak i w największych
ofiarach. Kiedy do obozu przybyły kobiety ciężarne, zaraz po
porodzie zabierano im noworodki, i wrzucano do komór gazowych. Uwięzione
pielęgniarki, często zgłaszały się tam do pracy na nocną zmianę,
aby w ostatniej chwili ochrzcić te dzieci.
Znany
polski zakonnik franciszkanin, ojciec Maksymilian Kolbe, poszedł
dobrowolnie na śmierć głodową, zamiast ojca rodziny, wybranego spośród
dziesięciu innych, jako zakładników. Skazanych na śmierć zamknięto
w bunkrze głodowym, gdzie umierali jeden po drugim z głodu i
pragnienia. Ojciec Kolbe przeżył swoich towarzyszy niedoli i był dla
nich wielką podporą duchową. Kiedy zazwyczaj przez grube mury,
przenikał rozdzierający serce krzyk, w tym przypadku, z ich celi słychać
było tylko modlitwy i śpiew psalmów. Ostatecznie po dziewiętnastu
dobach dobito go śmiertelnym zastrzykiem. Tak miały się potwierdzić
słowa Jana Ewangelisty: „Nie ma
większej miłości, niż życie oddać za drugich”. Gdy
obóz w Dachau, został wyzwolony przez Amerykanów, w 1945 r., wielu z
ocalałych księży, zaofiarowało swą gotowość do zamieszkania w
barakach, gdzie izolowano więźniów chorych na tyfus. Jako
duszpasterze pragnęli wspomagać chorych w ich ostatnich chwilach życia.
Kilku z nich zostało zarażonych i sami umarli.
W
obozie w Gusen widok wspaniałych szczytów alpejskich, zarysowujących
się na horyzoncie, i cały krajobraz Dunaju, nieraz wabił myśli wycieńczonego
więźnia, przenosząc go poza obóz. Ale w Sachsenhausen brakowało
nawet takiej możliwości do pociechy. Tam, ku ołowianoszaremu niebu,
wznosiły się tylko ponure wieże wartownicze, strzegące
siedemdziesięciu baraków obozowych, wzniesione w półkolu, i przez
otaczające dookoła mury, całkowicie izolowane od świata. Ale
to, co w Gusen było jedynie marzeniem, zostało urzeczywistnione w
Sachsenhausen, mianowicie możliwość przyjęcia Komunii. Miało to
miejsce na Wielkanoc 1943 r. Ojciec Franciszek Bobrowski, w tym czasie
jedyny polski ksiądz w obozie - potem pracował w Szwecji - otrzymał
od holenderskich księży-więźniów dwadzieścia konsekrowanych
hostii. W
szarym pasiaku oczekiwał na nas na placu apelowym. Podchodziliśmy do
niego, a on, z największą ostrożnością, wkładał ukradkiem do
naszych rąk Świętą Hostię, owiniętą w cienki papier, który potem
się spaliło. Dla nas był to wielki dzień. Dzięki
Komunii osiągnęliśmy wreszcie najgłębsze i najintymniejsze
zjednoczenie z Chrystusem. Zostaliśmy pokrzepienie i czuliśmy się
bezpiecznie. Myśleliśmy: dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Jezus
Chrystus zmartwychwstał, zwyciężył cierpienie i śmierć. Przyszedł
do swoich uczniów przez zamknięte drzwi. I teraz przybył do nas do
obozu, obecny pod postacią chleba, pokonując mury, druty kolczaste pod
napięciem elektrycznym, aby zesłać nam pocieszenie swoim
pozdrowieniem: „Pokój wam wszystkim”, i aby w końcu wlać w nas otuchę. Bowiem:
„Ja jestem chlebem żywym, który
zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na
wieki”(J6:51-52). W
świetle tego wydarzenia uświadomiliśmy sobie, że te lata męki i tęsknej
modlitwy były czasem pokuty, i przygotowaniem na tę chwilę przyjście
Pana. To była nasza droga na Golgotę, droga prowadząca do
zmartwychwstania w nas Jezusa. W
przyszłości przystępowaliśmy do Komunii często. Po bitwie pod
Stalingradem (1943), zezwolono nam na otrzymywanie paczek od krewnych, a
w nich znajdowały się niekonsekrowane hostie, przeszmuglowane w podwójnych
dnach, i wino w małych buteleczkach, ukryte w chlebie. To pozwoliło
ojcu Bobrowskiemu, aby sam odprawił Mszę św. Pewnego wieczoru, został
na ochotnika, jako dyżurny w baraku, kiedy wszyscy inni stali na zewnątrz
na placu apelowym, i w kącie pomiędzy pryczami, odprawił najkrótszą
z możliwych Mszy św.
W
Boże Narodzenie 1943 r., czterdziestu więźniów otrzymało Komunię.
Wczesnym rankiem, jak tylko zbudził nas dzwonek obozowy, wykradliśmy
się w ciemności i oczekiwali przed barakami. Ksiądz szedł za mną
od baraku do baraku, i udzielał Komunii tym, którzy dzień wcześniej
wyspowiadali się u niego, podczas pobytu na placu apelowym. Komunia
ta była wzruszającym przeżyciem. To tak, jakby Chrystus, po raz
pierwszy wędrował przez obóz. –
Panie nie jestem godzien, abyś
przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza
moja. –
Ciało Chrystusa niechaj cię
strzeże na życie wieczne. Doświadczyliśmy,
że podczas gdy świat czynił wszystko, aby zniszczyć człowieka, Bóg
zsyła w Chrystusie nowe życie. Poprzez swój Kościół i swoich kapłanów
nawiedza Zbawiciel najbardziej strzeżone miejsca, aby go wzmocnić i
zachować w łasce.
Następnego
roku, 1944, przybyło do obozu w Sachsenhausen wielu polskich i francuskich
księży – więźniów. Tym samym, umożliwiło to dotarcie z potajemną
opieką duszpasterską do wierzących w całym obozie. Miało to
szczególne znaczenie dla umierających, którzy mogli przyjąć
Komunię, pokarm na życie wieczne. Poza tym, każdego dnia, podczas zbiórki
na apelu, kiedy krzyczano „Mützen
ab!” i zdawano raport, ojciec Bobrowski udzielał powszechnego
absolutorium. O tym wiedzieli wszyscy „praktykujący”. Straszliwe
lata spędzone w obozach koncentracyjnych, które wydawać się mogły
bezwartościowe i stracone, były dla wielu z nas, najbardziej
bogatymi duchowo, w ciągu całego życia.
W
obliczu tego potwornego zła i poczucia kompletnej beznadziejności,
budziło się i pogłębiało nasze życie religijne. Mając świadomość
odpowiedzialności za życie duchowe i głębokie zjednoczenie z
mistycznym ciałem Chrystusa, doświadczyliśmy chrześcijaństwa w tak
intensywny sposób, że jego wartości wryły się głęboko w nasze
serca. Było to doświadczenie wyjątkowe, i nigdy nie będzie zatarte.
Bowiem w największym cierpieniu, albo właśnie dzięki niemu, ujrzeliśmy
i oceniliśmy to, co istotne w bytowaniu człowieka.
Redakcja
składa podziękowanie córce Bożysława Kurowskiego – pani Zofii
Kurowskiej – za udostępnienie tekstu szwedzkiego i fotografii. |