Do Czytelników NG słów kilka...

1 listopada byliśmy z Elżbietą na cmentarzu w Zizers. Powoli zapadał zmrok. W smugach gasnącego dnia, otaczające górskie szczyty wydawały się być niczym otuleni snem strażnicy spokoju. Stałem z targającymi mną mieszanymi uczuciami przed grobem zbiorowym, w którym spoczął Henryk i jego Irena. Znałem Henryka lata całe i to pojęcie  zbio­rowej mogiły brzmiało mi jakimś dysonansem.  

  Patrzyłem jak moja Elżbieta zapala kolejny znicz za kolejną nam bliską osobę, która odeszła. Granitowy obelisk otoczyły promienie światła dając poświatę tak dobrze nam znaną z cmentarzy w Polsce. W pozostałej jego części zaledwie gdzieniegdzie przebijał się płomyk palącego znicza. Zastygliśmy w modlitwie… Potem, jak w zwolnionym kalejdoskopie powracały twarze i mojej Mamy i Eli Ojca i naszych starszych przyjaciół i tych, którzy byli naszymi rówieśnikami…

 

Elżbieta poszła w kierunku kościoła. Zamknąłem oczy… byłem na jasielskim cmentarzu. Tak jak wiele razy dawniej… nie, nie jak dawniej, bo teraz już spoczywali oboje…

 

- Ma pan tu kogoś? – usłyszałem cichy głos w dialekcie szwajcarskim. Obok stała bardzo zadbana starsza pani.

 - Tak, starszego przyjaciela, Henryka Węgra – odparłem równie cicho. Początkowo nie kojarzyła, zmyliło ją polskie „ę”, dopiero po chwili – Wegier ! Tak znałam go z Zizers. Światło i ciepło… tu czuć pamięć przeszłości – kontynuowała starsza pani. To coraz rządsze zjawisko. Polskie znicze rzeczywiście tworzyły cudowną grę barw.

- Tam – wskazała parę grobów dalej – od dwóch lat leży moja siostra. Dwa miesiące po pogrzebie jej mąż zamieszkał z nową kobietą. Tu on nie przychodzi, więc ja to robię. Jakże zmienił się ten nasz świat, jak bardzo zmienili się ludzie. Tylko pieniądz – dokończyła smutno.

 

Wiedziałem, że ma wiele racji, ale nie chciałem, nie mogłem tak zakończyć naszej rozmowy.

Co roku odwiedzamy grób kogoś nam bliskiego i tam zapalamy znicze również za tych, których groby nie możemy odwiedzić i jednocześnie wiemy, że tam gdzie nas teraz nie ma, jest zawsze ktoś, kto zapali za nas choćby jeden znicz. Bo takich ludzi jest dużo, bardzo dużo, szczególnie w moim kraju, w którym 1 listopada nie ma grobu, na którym nie zapłonęła by świeca. To jest święto zadumy i powagi, ale nie smutku, bo skoro tu przychodzimy i chcemy przychodzić to znaczy, że nasza przeszłość żyje i chce też czasem wspomnieniem odetchnąć. Tak jak żyje w pani zmarła przed laty siostra.   

 

Pożegnaliśmy się serdecznie, jakbyśmy się znali lat wiele. Życzyłem jej to co i Wam i sobie życzę – aby ten rok następny nie miał tyle bólu i goryczy, tyle niespokojnych dni i nocy, tyle wilgotnych powiek co rok, który odchodzi….. …        

 

                                                                                                               Wasz Redaktor